Zorro – żużlowiec na emeryturze

Po blisko 30 latach ścigania się na motocyklu postanowił dać sobie z tym spokój i zawiesił buty na kołku, czy co tam robią żużlowcy w analogicznej sytuacji. Magnus Zetterstroem z pewnością nigdy nie należał do największych gwiazd światowego speedwaya, ale w wielu klubach, zarówno w Polsce, Wielkiej Brytanii jak i rodzinnej Szwecji ma status legendy.

Po blisko 30 latach ścigania się na motocyklu postanowił dać sobie z tym spokój i zawiesił buty na kołku, czy co tam robią żużlowcy w analogicznej sytuacji. Magnus Zetterstroem z pewnością nigdy nie należał do największych gwiazd światowego speedwaya, ale w wielu klubach, zarówno w Polsce, Wielkiej Brytanii jak i rodzinnej Szwecji ma status legendy. W udzielonym nam wywiadzie opowiada o wypadkach na torze, paradoksalnych podróżach po Europie oraz o zmianach, jakie nastąpiły w czarnym sporcie przez ostatnie trzy dekady. Zapraszamy!

 

Czym zajmuje się emerytowany żużlowiec? Jak się czujesz ?

Magnus Zatterstroem: Bardzo dobrze jeśli mam być szczery. Już moje ostatnie pół roku kariery to uczucie, że nie mam już w sobie tyle mocy, żeby to dalej ciągnąć. Wciąż kocham się ścigać – to z pewnością jedno z najlepszych uczuć, jakie znam. Ale cała ta otoczka – podróże, ich organizacja, mecze, dłubanie w silnikach itd. Zbyt wiele rzeczy miałem na głowie. W tej chwili jestem bardzo szczęśliwy – mam za sobą długą, pełną sukcesów karierę i nic bym w niej nie zmienił.

No to od początku, jak to się wszystko zaczęło w twoim przypadku?

MZ: Miałem 6 lat, a mój ojciec zajmował się wyścigami, więc silnikami interesowali się wszyscy w mojej rodzinie. Kiedyś poszliśmy obejrzeć mecz lokalnej drużyny z Eskilstuny, mojego rodzinnego miasta. Chodziłem na mecze żużlowe, a że mój tata znał jednego z zawodników, któregoś razu mogłem się z nim przejechać. Tak się zaczęło, a ja prosiłem rodziców o motor. Kiedy miałem 6 i pół roku zacząłem jeździć, już wtedy uwielbiałem to uczucie, kiedy siadałem na motor. Zacząłem oczywiście od tego z najmniejszym silnikiem 50 cc. W wieku 12 lat przesiadłem się na 80 cc, a gdy miałem 16 lat jeździłem już na dużym motorze 500 cc.

Większość swojej kariery zawodniczej spędziłeś w trójkącie pomiędzy Szwecją, Polską i Wielką Brytanią. Czym różni się życie w tych krajach i jakie jest podejście do speedwaya w każdym z nich?

MZ: Największa różnica między krajami jest taka, że Szwecja to zaledwie 9 milionów ludzi mieszkających na bardzo rozległym terenie. W Polsce i Wielkiej Brytanii tych ludzi jest dużo, dużo więcej. Przez to cały czas się coś dzieje. Gdy wracam do Szwecji i jadę z lotniska do domu, mijam jeden samochód co pół godziny. Jest spokojnie, jest dużo przestrzeni. W Anglii natomiast ludzie mieszkają bardzo blisko siebie, te odległości są dużo mniejsze. Poza tym oczywiście inne jedzenie – przyznam się, że mimo, że lubię szwedzką kuchnię, to i tak najlepsze jedzenie jest w Polsce.  Na wyspach natomiast ciężko znaleźć cokolwiek, co można w ogóle zjeść (śmiech).

Jeśli chodzi o żużel…Anglia to świetna szkoła speedwaya, bardzo techniczne, krótkie tory. W sezonie jest bardzo dużo spotkań, pamiętam, że zdarzało mi się jeździć w kilkudziesięciu meczach, podczas gdy w Szwecji to jest 12 czy 15 kolejek ligowych. Gdy przyjechałem do Wielkiej Brytanii, musiałem się nauczyć wielu nowych rzeczy. Byłem młody, musiałem więc opanować język, ponieważ przy tej ilości spotkań spędzałem tam mnóstwo czasu. Jazda „po złej stronie drogi” też była początkowo trudna (śmiech). W Szwecji zostawiłem przyjaciół i rodzinę, a na wyspach byłem początkowo zupełnie sam. To był dla mnie ogromny krok w dorosłość i świetna szkoła życia.

W Szwecji kluby zarządzane są przez prezesa i zarząd, w Anglii drużyna należy do promotora, który nią kieruje i chce na niej zarabiać. W Szwecji jest największy luz, nie ma takiej presji, największą presję nakładałem na siebie sam, chcąc dobrze prezentować się w kraju, z którego pochodzę.

No i Polska…Tutaj presja jest ogromna. Mnóstwo ludzi interesuje się żużlem, pamiętam, że w czasach, gdy zaczynałem się tutaj ścigać, frekwencja na stadionie wynosiła po 20 tysięcy widzów! Czuliśmy się jak gwiazdy rocka przyjeżdżając do miasta na mecz, wychodząc na tor czy jadąc na stadion w eskorcie policji. Do tego kibice z fajerwerkami czy ogromnymi flagami, wszędzie służby mundurowe. Specjalne uczucie, które wywoływało również dodatkową presję. Tu także można było zarobić najwięcej pieniędzy, ale wymagania też były ogromne, zawsze trzeba było dawać z siebie wszystko. W przeciwnym razie dostawało się bilet w jedną stronę do Szwecji bądź kraju, skąd żużlowiec pochodził…

Dziś sport się zmienił, nie jest już taki jak dawniej. Dzisiaj mamy internet, mecze żużlowe można oglądać w telefonie, a w telewizji powtórki lecą 24 godziny na dobę. Dawniej było inaczej, ja w Polsce pierwszy raz pojawiłem się koło 1990 roku. Ludzie szli w niedzielę do kościoła, potem na obiad, a po południu obowiązkowo na mecz żużlowy. Każdy stadion był wypełniony po brzegi. Tutaj żądało się wyników.

Poza tym w Polsce tory są znacznie dłuższe, trzeba było mieć świetnie przygotowany sprzęt, szybkie silniki. W Polsce są obiekty, które mają 400 metrów długości, podczas gdy w Anglii jedynie około 270 metrów.

Wspominałeś o podróżach, logistyce wyjazdów. Często słyszy się historie, że zawodnik poleciał w jedno miejsce, jego motocykl w inne, a silnik wylądował jeszcze gdzie indziej. Tobie też się to zdarzyło?

MZ: Oczywiście. W dodatku do czasu zamachu terrorystycznego w Stanach Zjednoczonych 9/11 mogliśmy zabierać na pokład samolotów silniki i motory. Wówczas mogłem używać swojego ulubionego silnika w Szwecji we wtorkowy wieczór, następnie w Anglii, a potem w Polsce w niedzielę.

Kiedyś ten mój ulubiony silnik zaginął na lotnisku, zostałem jedynie z torbą podróżną. Potem okazało się, że został gdzieś podczas przesiadki w Kopenhadze… W każdym razie trzeba było liczyć, że się odnajdzie i zostanie na czas dostarczony na mecz. Koniec końców dotarł na stadion w ostatnich chwili. Słyszałem historie o dostarczaniu silników taksówką do parku maszyn, ale osobiście takiej nie przeżyłem.

W każdym razie, przykładowo. Wyruszyłem ze Szwecji o 5 rano do Anglii przez Kopenhagę. Wysiadłem o 11 w Londynie. Dwoni do mnie promotor i mówi, że mecz w Poole  został odwołany z powodu deszczu. Oczywiście bezpośredniego lotu do Sztokholmu nie było, więc trzeba było lecieć przez Oslo, żeby o północy pojawić się w Szwecji. Tak więc jednego dnia zaliczyłem cztery kraje, w każdym z nich zjadłem po kanapce i kupiłem gazetę na lotnisku, żeby koniec końców nie wsiąść nawet na motor. Tego typu historii jest tak wiele, że czasem człowiek zaczyna się zastanawiać, „po co mi to wszystko? c ja do cholery robię?”. Tak to mniej więcej wygląda.