Znów byli drużyną. Derby LVbet dla Widzewa!

Ostatnie miesiące w upadającej Polonii Warszawa. Piłkarze swoje pensje widzieli ostatnio w 1979, brakowało na wszystko, w powietrzu unosił się zapach degradacji. Pomimo tego piłkarze robili co mogli, by wygrywać. Myśleli o każdym kolejnym meczu i zadziwiali całą piłkarską Polskę. – „Banda Świrów” w Koronie za czasów trenera Leszka Ojrzyńskiego? To było coś niesamowitego, ale najlepszą atmosferę, jaką dane było mi przeżyć, doświadczyłem właśnie za najgorszych czasów Ireneusza Króla na Konwiktorskiej – mówił Jacek Kiełb, obecnie piłkarz Korony.

Widzewiacy swoje wypłaty mają na bankowych kontach niemal co do minuty. W zespole atmosfera nigdy nie była tak gęsta, by można byłoby ją kroić nożem. O uśmiech dbali między innymi golkiperzy, czyli Maciej Humerski i Patryk Wolański. W ostatnim czasie w zespole czerwono-biało-czerwonych dało się jednak dostrzec tąpnięcie.

Remis z Ursusem Warszawa, strata punktów z ostatnim w tabeli GKS-em Wikielec, wymęczone zwycięstwa, a ostatnio porażka na własnym stadionie z ŁKS-em Łomża – to na pewno wpłynęło na nastroje i morale druzyny. Wielu kibiców, którzy przez 90. minut wspierają swój klub, nie wytrzymali i w nieparlamentarnych słowach dali zawodnikom znać, że styl gry i wyniki nie przypadają im do gustu.

W Tomaszowie Mazowieckim, podobnie jak swego czasu w Polonii, zadziałał „syndrom oblężonej twierdzy”. Tym razem piłkarze nie zjednoczyli się przeciwko właścicielowi czy działaczom, a nieustannej i wielkiej presji, jakiej są poddawani. Każde ich zagranie jest bacznie obserwowane przez ponad 16 tysięcy widzewskich fanów, a także wymagający sztab szkoleniowy z byłym selekcjonerem, Franciszkiem Smudą na czele. Nie jest łatwo w takiej sytuacji odciąć się od otoczenia i zachować spokój w grze.

Paweł Magdoń robił wszystko, by powstrzymać widzewiaków, ale nie zmienił losów spotkania.

– Na dobra sprawę nie mamy gdzie tej atmosfery budować. OK, mamy świetny stadion, ale na nim gramy tylko co dwa tygodnie. Trenujemy w Gutowie Małym, a po treningu wszyscy wsiadają do aut i rozjeżdżają się w swoją stronę. Nie mamy swojej szatni, czyli miejsca, gdzie możemy zostać i budować team spirit – mówił w programie widzewskiej telewizji klubowej „Piłsudskiego 138” pomocnik łodzian, Maciej Kazimierowicz.

Zawodnicy spotkali się w środku tygodnia więc sami. Z własnej inicjatywy postanowili wyjaśnić sobie wszystkie małe waśnie i spory, co zaowocowało bardzo dobrą grą w meczu na szczycie trzeciej ligi. Na boisku w Tomaszowie Mazowieckim widzewiacy byli jednością. Wszyscy asekurowali pozycje kolegów, pomagali sobie w pojedynkach „jeden na jeden” podwajając krycie. Grali nie tylko dla siebie, trenera czy kibiców. Grali również dla tych, z którymi dzielą szatnię.

Lechia, analizując grę widzewiaków w poprzednich spotkaniach, mogła być zaskoczona. Drużyna z al. Piłsudskiego od pierwszego meczu pod wodzą Smudy dobrze grała piłką, przy której długo się utrzymywała. Niekorzystne wyniki tłumaczono niezwykłą ambicją rywali. – Nie wiem, przeciwnicy przed meczem z Widzewem chyba piją krew? – dziwił się Smuda. Dziś samemu podstawił pod nos swoim podopiecznym co najmniej szklankę czerwonej cieczy. Do dobrej gry kombinacyjnej 4-krotny mistrz Polski w starciu z Lechią dołożył 110% zaangażowania.

Widzew nie polegał jednak tylko na dobrym podejściu mentalnym. Dołożył do tego umiejętności piłkarskie, o czym przekonać można się chociażby oglądając drugą bramkę. Autorem zwycięskiego trafienia został Daniel Świderski, który w trakcie meczu pokazywał namiastkę zapasów w licznych pojedynkach siłowych z rosłym Pawłem Magdoniem, ale tego gola poprzedziła seria koronkowych podań. Rodem nawet nie z ekstraklasy, bo i na najwyższym poziomie rozgrywkowym taka akcja to dość rzadkie zjawisko.

Dwoił się i troił w bramce gospodarzy Mateusz Awdziewicz, który kilkukrotnie Świderskiego powstrzymał. Lechia wykorzystała jedną z dwóch sytuacji, jakie sobie tego niedzielnego poranka stworzyła, zaś Widzew okazji do strzelenia gola miał co najmniej pięć. Skuteczność szwankowała, ale można to zrzucić na karb szczęścia, czy też raczej jego braku. Kibiców cieszyć może z pewnością to, że łodzianie te sytuacje tworzą, a później też próbują kończyć je poprawnie. Przy takiej grze, jaką 1800 fanów obserwowało na stadionie Lechii, rozwiązanie worka z bramkami powinno być kwestią czasu.

Adam Radwański popisał się genialną asystą przy bramce na 1:0

Imponował też środek pola w łódzkim klubie, który zasłużył na osobny akapit. Adam Radwański popisał się fantastyczną asystą przy otwierającym wynik trafieniu Mateusza Michalskiego, ale swój koncert zagrał na tomaszowskim obiekcie przyjaciel „Michalaczka”, czyli Maciej Kazimierowicz. Symbol łódzkiej wersji gegenpressingu, czyli szybkiego odbioru tuż po stracie piłki. W tym spotkaniu podać do niego piłkę, to jak schować ją do sejfu, a przecież w poprzednich kolejkach to nie była oczywistość. Działał też przerzut, nie szwankowała regulacja tempa gry, poziom zaangażowania wskazywał optymalny dla tego klubu poziom.

Jego grę, tak jak całego zespołu po ostatnim słabym i przegranym meczu można określić jednym słowem: remontada. Nie trzeba było zagęszczać środka pola Kacprem Falonem i Aleksandrem Kwiekiem wystawionymi w pierwszej linii, by centrum boiska świeciło na czerwono-biało-czerwono. Ponadto szybkie, siejące wiatr i składne akcje skrzydła – zarówno w postaci bocznych pomocników, jak i obrońców, do tego niezmordowany Świderski i sprytny Mąka w ataku – to pozwoliło zmazać plamę z ostatnich spotkań, jak i z przytupem wrócić na fotel lidera. Na taki Widzew czekali jego kibice, którzy ostatnie dni spuentowali wspólnym, pomeczowym okrzykiem z piłkarzami: “Razem po awans!”.

Komentarze