Wisłocki: „Złotówka od biletu? To nie jest ten moment…”

W jaki sposób Michael Essien pomógł w wytropieniu kreta? Jak wyglądają rozmowy z kibicami Wisły? Dlaczego stał się twarzą odbudowującego się klubu? Jak świętował zwycięstwo w derbach? Prezes Wisły Kraków, Rafał Wisłocki w obszernej rozmowie przyznaje, czy stara miłość do Legii już zardzewiała, kiedy Jakub Błaszczykowski stwierdził, że "to jest to", co dalej z Arkadiuszem Głowackim i barwami w klubowych grafikach...

Bartłomiej Stańdo: Boi się pan czegoś?

Rafał Wisłocki: – Do głowy przychodzi mi obawa o zdrowie najbliższych i o to, co kocham. Poza tym chyba niczego się nie boję.

A rekinów? Robiąc porządki w Wiśle jednocześnie musiał pan zacząć z nimi walczyć…

– Nie wiem, czy to jest walka… Gramy o wielką stawkę, jaką jest pozostanie Wisły w ekstraklasie. Pamiętajmy, że wciąż jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, a dług liczony jest w dziesiątkach milionów złotych. To nie jest tak, że wygrane derby, dużo goli, fajna gra, pełny stadion i na tym koniec. Otrzymujemy gigantyczne wsparcie od kibiców, ale proces ratowania Wisły wciąż trwa. Wolelibyśmy unikać w takim momencie symboliki, która nam nie pomoże, natomiast może zaszkodzić. 

Symbol rekina jest jednym z takich symboli?

– Wiem, że symbol Sharksów nie jest jednym ze znaków zakazanych w ustawie o imprezach masowych, ale nie chcemy, aby symbole niosące ze sobą negatywny przekaz wpłynęły na wizerunek czy odbiór klubu. My natomiast chcemy być pozytywnie odbierani przez władze miasta czy wiarygodnego inwestora.

Dlatego też zakazaliście wieszania wszystkich flag z rekinem?

– To nieprawda. Dla nas kontrowersyjna jest właściwie jedna flaga: Wisła Sharks. Rekiny są też na przykład na flagach osiedli, choćby Kurdwanowa, ale one nie są problemem. Tylko ta jedna, plus ewentualnie PDW, które można rozumieć jako Pozdrowienia Dla Wiślaków, ale…

Wszyscy wiemy, że są pozdrowieniami do więzienia.

Rozumiem, że osoby przebywające w więzieniach liczą na swoiste wsparcie, wyrażane poprzez pozdrowienia. Nie jestem jednak przekonany o tym, czy stadion Wisły w obecnej sytuacji jest do tego właściwym miejscem.

Wracając do rekina – w jakim punkcie przeciągania liny z kibicami jesteście? I dlaczego to przeciąganie zaistniało?

– Rekin jest symboliką pewnej grupy. Spójrzmy na to jeszcze inaczej: w pewnym momencie Wisła Kraków jako spółka akcyjna była źle kojarzona: wysokie pensje, długi, niewypłacalność, sprzedaż klubu… Przejmując Wisłę przejęliśmy herb i staramy się, by znów był on postrzegany pozytywnie. Może kibicom też o to chodzi? Żeby zmienić podejście do symbolu rekina, a nie zmienić rekina? Rozmawiamy ze środowiskiem kibiców, także tych spod znaku Ultra Wisła. Jestem przekonany, że z tego środowiska wyłonią się liderzy, którzy za swój główny cel obiorą dobro i wsparcie Białej Gwiazdy.

Czuje pan podczas rozmów z nimi, że to nowi ludzie? Że odcinają się od tego, co było?

– Różnie. To środowisko się zmienia. Uważam, że może być tak, że znajdą się osoby dzięki którym będzie nowe otwarcie. Ale tę symbolikę rekina trudno będzie przyjąć tak, by obyło to się bez szkody dla wizerunku Wisły Kraków.

Tym bardziej, że to środowisko wciąż jest na cenzurowanym. Co pan pomyślał, gdy czytał tweeta Szymona Jadczaka o tym, że Sharksi pobili kibiców z Ultra Wisła?

– Taka sytuacja mogła mieć miejsce, ale chyba – nie znam szczegółów, tylko tyle, co udało mi się zweryfikować pocztą pantoflową – nie chodziło o doping, a o transparent z zaproszeniem na derby, który miał zostać przejęty przez kibiców z drugiej strony Błoń. To chyba sprawa wewnętrzna kibiców, nic związanego z klubem.

W komentarzach często można przeczytać: „nie odpuszczajcie im nawet na krok”. Też wychodzi pan z takiego założenia?

– Nie. Jak środowisko będzie zjednoczone, będzie potrafiło się określić i miało swojego jednoznacznego lidera, ale też takiego, z kim będzie można porozmawiać, a także będzie wiedziało, w którym kierunku chce iść – możemy z nim wówczas usiąść do stołu i porozmawiać. Żeby wszystko było zgodne z tym, jak ja rozumiem kibicowanie, czyli wspieranie swojego klubu i zespołu. 

Kwestia dopingu i sposobu jego prowadzenia była szeroko komentowana w ostatnich tygodniach. Ze Śląskiem był, z Pogonią już zorganizowanego nie było, z Cracovią miało nie być, ale ostatecznie się udało…

– Istnieją wewnętrzne podziały. Są osoby, które uważają, że w tym trudnym momencie zespół jednak powinien otrzymywać wsparcie. Zespół, bo ja sam nie oczekuję, że ktoś będzie wspierał moją pracę. Są pewne rzeczy, z którymi możemy się nie zgadzać i to szanuję. Zgodzić się możemy na pewno, że widowisko sportowe z oprawą i zorganizowanym dopingiem jest dużo atrakcyjniejsze. Polski klimat, nazwijmy go słowiańskim – bo w tej części Europy czy na Bałkanach kibicuje się zupełnie inaczej niż w Anglii czy Hiszpanii – to klimat, który warto pielęgnować.

Złotówka od biletu to koszt pielęgnacyjny, który warto ponieść?

– Gdyby to rozwiązać w sposób, który będzie przemyślany…

Dodajmy: złotówka od biletu na tzw. młyn, nie na cały stadion.

– Dziś wciąż walczymy o byt, o przyszłość. Rozumiem, że oprawy i ich przygotowanie to nie tylko pracochłonne, lecz i kosztowne zajęcie. Dziś klub musi się skupić jednak na innych aspektach. Temat złotówki od biletu nie jest kwestią na moment, w którym znajduje się klub.

Winston Churchill powiedział kiedyś: „To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku”. Po derbach można było odczuć, że to koniec początku? Że można powiesić wianek na budowie zwiastujący zakończenie jej ważnego etapu, bo choć wiślacki dom jeszcze w stanie surowym, to jednak już stoi?

– Trochę tak. Mówiliśmy sobie, że derby będą papierkiem lakmusowym sprawdzającym, jak do tego otwarcia podejdą wszyscy. Kibice Wisły zrobili mega atmosferę i ponieśli piłkarzy do zwycięstwa.

 

Jestem natomiast rozczarowany, że na przykład kibice Cracovii wnieśli race. Zatrudniliśmy na derby wysokiej klasy specjalistów. Sprawdzaliśmy wszystko w sposób zaawansowany: wiedzieliśmy na przykład, czy któryś z kibiców gości miał kontakt z materiałami łatwopalnymi i takie osoby kierowane były na rewizję osobistą. Zawsze uważałem, że da się to skontrolować, ale teraz – z perspektywy organizatora meczu – wiem, że czasem, mimo ogromnego zaangażowania, to się nie udaje.

Kibice Cracovii wnieśli też flagę z przekreśloną białą gwiazdą, choć zapowiadaliście, że takowa w derbach nie zawiśnie.

– Ta flaga została wszyta w inną flagę. Gdybyśmy kazali kibicom Cracovii rozdzierać ich flagi – mogłoby dojść do protestów pod stadionem. Piłka nożna jest dla kibiców i kibice obu drużyn powinni mieć możliwość oglądania meczu swojej drużyny. Ale właśnie, teraz ja zadam pytanie: twoim zdaniem kibice Cracovii będą obecni na następnych derbach przy Reymonta?

Myślę, że nie, choć powinni być. Odpowiedzialność zbiorowa to żadna odpowiedzialność, ale zdaję sobie sprawę, że identyfikacja sprawców bywa trudna.

– No właśnie, z tego powodu też nie pozwoliliśmy na wniesienie peleryn na stadion kibicom Cracovii. Plusem jest to, że „tylko” odpalono racę czy stoczono nierówną walkę kaloryfera z ogrodzeniem. Ale to niezgodne z prawem. Nie można tego bagatelizować, to jest jakiś problem. Na szczęście nie tak duży, jaki mógłby być i jakiego się obawialiśmy.

Nie sposób przy okazji kibiców nie zapytać o grafiki w social mediach. Co autor miał na myśli i dlaczego nie barwy klubu?

– Chodziło o to, by takim elementem wspólnym całej akcji w komunikacji była niebieska wstęga, którą widzimy w herbie. Ona przecina czerwoną tarczę i zamysł był taki, by przecinała również grafiki. Trzeba było jednak zadbać o to, by dostosować ją do prawidłowości barw, choć z nimi też jest osobna historia: jedni uważają, że Wisła ma czerwono-biało-niebieskie barwy, inni że niebiesko-biało-czerwone… Uznaliśmy, że musimy to rozwiązać tak, by nie tworzyć konfliktów tam, gdzie kompletnie nie są one potrzebne.

Może nie konflikt, ale pewien niesmak – i to jest chyba odpowiednie słowo – kibice odczuwali w temacie stadionowego cateringu, źle ocenionego m.in. przez Stadionowe Rewolucje Weszło, ale też od lat przez kibiców Wisły w komentarzach. Coś drgnęło w tym temacie?

– Pytanie, jak punkty na stadionie różnią się od siebie. Można trafić do takiego, w którym osoba przyrządzająca danie ma duże kwalifikacje i punkt jest odpowiednio zarządzany i odwrotnie. Umowa z firmą cateringową podpisana jest na trzy lata. Dajemy sobie czas i mamy świadomość, że taka zmiana to proces. Musisz pozyskać technologię, osoby, wybrać składniki… Ciekawostka jeśli chodzi o kiełbasę. Przeprowadziliśmy testy dotyczące różnych rodzajów. Najwięcej punktów zdobyła ta, która… była wcześniej podawana! Ciekawe, nie? Dlaczego? Bo jest dobra! 

Mówią, że smakowała jak podeszwa.

– Jakościowo była najlepsza i pod kątem tego „ile jest mięsa w mięsie” wygrała. Do tego jednak dochodzi sam proces przygotowania, może nie do końca te kiełbasy były dobrze wypieczone? Dochodzimy jednak do pytania: co możemy zrobić na tym stadionie, jak nie ma systemu oddymiania…

Wróćmy z gastronomii do futbolu. Peszko do Kuby, ten strzela na 3:0 w derbach przy pełnym stadionie – 4 stycznia taki scenariusz wydawał się zbyt cukierkowy nawet jak na film z happy-endem.

– Kosmos! Całą historię porównałbym do… domino. I w tym miejscu trzeba podziękować Bogusławowi Leśnodorskiemu. On był tą pierwszą kostką, która położyła całą resztę. Cała batalia o Wisłę rozpoczęła się od jego tweeta. Później Jarek Królewski napisał do mnie na Messengerze, następnie dołączył Tomek Jażdżyński poprzez Socios… Choć już w grudniu zaczęliśmy myśleć co zrobimy, jak tego przelewu nie będzie.

Całą historię, którą powinien zainteresować się Netflix, kibice już znają. Mnie natomiast zastanawia: dlaczego akurat pan? Jak to się stało, że Rafał Wisłocki okazał się ostatnim sprawiedliwym w morzu pełnym żarłocznych ryb wysysających wodę z Wisły?

– Napisałem do Krzysztofa Stanowskiego, on się do mnie odezwał. Myślę, że to właśnie Krzysiek powiedział o mnie Bogusławowi Leśnodorskiemu. Czemu Stan we mnie uwierzył? Pewnie popytał wielu osób, związanych głównie z piłką młodzieżową, czy warto takiemu człowiekowi jak ja pomóc. Akademia i rzeczy, która udało się tam zrobić – to musiał punkt zaczepny. Działałem przecież od pół roku w zarządzie TS, który nie cieszył się zbyt dobrą sławą i był odpowiedzialny za sprzedaż spółki akcyjnej. Wiem, jakie miałem wtedy wątpliwości, ale biorę też winę na siebie, bo brałem w tym udział. Ktoś postawił nas w takiej sytuacji, że nie było wyboru, choć jak patrzę teraz na liczby… Uważam, że można było zrobić to wszystko trochę inaczej. Z drugiej strony: gdyby to się tak nie potoczyło, nie byłoby tego, co jest teraz. Ktoś napisał taki scenariusz, tak musiało być.

Działaliście trochę na zasadzie: „ratujmy to za wszelką cenę, bo Kuba nie będzie miał gdzie grać”?

– Na pewno. Teraz też wszystko jest wokół Kuby zbudowanie. Dla mnie to najważniejsza postać w tym wszystkim. Bez jego gestu nie mielibyśmy prawa zrobić tego, co zrobiliśmy. Mówię często też o Leśnodorskim, bo gdyby nie on, to Kuba faktycznie nie miałby gdzie wracać… Wszystko się zazębiło. Gdybyśmy czytali to jak książkę, uznalibyśmy to za niemożliwe. Happy-end potraktowalibyśmy jako naciągany na siłę, choć w rzeczywistości do niego jeszcze daleka droga.

Błaszczykowski strzelił trzecią bramkę w derbach, został powołany do reprezentacji, zagrał z Łotwą pół godziny, asystował. Krótko mówiąc: odżył.

– Powołanie nie mogło dziwić – Kuba znalazł się przecież dwa razy w jedenastce kolejki. On sam czuł przed meczem w Kielcach, że to jest to. Przed meczem z Koroną jego brat Dawid powiedział mi: „zobaczysz, to będzie mecz Kuby”. On rośnie z każdym kolejnym meczem, po prostu brakowało mu gry. Powrót do formy to nie jest ławy proces. Wiesz, ja też długo nie grałem i pewnie nie odnalazłbym się w meczu, ale za trzy tygodnie… (śmiech)

Mignął mi ostatnio nawet skrót z meczu Glinika z rezerwami Wisły. Na bramki Ćwielonga odpowiedziałeś dwoma trafieniami. Snajper wyborowy?

– Nie, akurat środek pola! Pisaliśmy nawet o tym meczu z Piotrkiem na Twitterze. Napisał: „nie mów mi, że na boisku byłeś!”, a ktoś mu dobrze odpowiedział: „zobacz strzelców!”. 

Piłkarsko jest pan z zadowolony z tego, jak prezentuje się Wisła wiosną?

– Zagraliśmy dobre derby, aż serce rosło. Cracovia ma sporą jakość piłkarską, ciekawych zawodników, ale w pierwszym fragmencie meczu byli w szoku. Początek zagraliśmy koncertowo. Po przechwycie od razu szliśmy do przodu, trochę w stylu Liverpoolu. Rezerwy mamy natomiast w grze defensywnej. Piłki czasem przelatują przez nasze pole karne i zdarza się, że nikomu nie udaje się ich przechwytywać albo wybijać. Widać to też w tabeli: Wisła ma pierwszy atak w lidze i piątą od końca obronę.

Chociaż w temacie transferów od jakiegoś czasu króluje odpowiedź: „potrzebujemy napastnika”. Jesienią na takie komentarze odpowiedział bramkami Ondraszek, teraz strzelać zaczęli Drzazga z Kolarem.

– Krzysiek jest w świetnej formie, natomiast bardzo się cieszyłem jak bramkę strzelił Marko, bo jemu to ciążyło. Od 3 stycznia zbudowaliśmy między sobą fajną relację, z nim i jego agentem. Walczyłem o to, żeby został. Dostał duży kredyt zaufania, bo wierzyliśmy, że będzie zdobywał bramki. Po meczu z Koroną (Wisła wygrała 6:2 – przyp. red.) schodził z boiska niepocieszony. Powiedziałem mu wtedy: „graj jak grałeś, bierz piłkę, utrzymuj się przy niej, podawaj, asystuj. Nie przejmuj się, bo przyjdzie moment, że strzelisz”. I przyszedł.

I to w wyjątkowy meczu, w derbach. Jak świętował pan zwycięstwo nad lokalnym rywalem?

– Długo na stadionie, miałem kilka spotkań w skyboxach. Później chwilę ze znajomymi z zaprzyjaźnionej firmy, następnie chwilę na mieście. Wiesz, są momenty, w których trzeba ciężko pracować, ale też te, które można przeznaczyć na świętowanie. Mieliśmy kilka godzin na to, choć poniedziałek był normalnym dniem pracy.

Nie spotkał pan na mieście nikogo z drużyny? Nawet jeśli nie, to hipotetycznie: jaka byłaby reakcja prezesa?

– Z tego co wiem, chłopaki byli po meczu w swojej strefie na stadionie z rodzinami. Nie chcę im w tę strefę wchodzić – to ich miejsce, gdzie mogą się czuć swobodnie. Zbudowaliśmy fajną relację z zespołem i nie czuję potrzeby wchodzenia z butami w ich życie po pracy. Każdy z nas musi odpocząć, rozluźnić się. Pod tym względem zmieniło się moje postrzeganie świata, bo dopóki sam kopałem piłkę to uwierz, że od okresu przygotowawczego do końca ligi miałem na tyle silną wolę i samodyscyplinę, że nie pozwalałem sobie więcej niż jedno piwo.

Arek Głowacki w wywiadzie u nas powiedział, że „w piłce nie chodzi o to, że piłkarz gdzieś wyjdzie w sobotę i zabaluje do rana. Czasami taki wieczór na mieście czy wśród znajomych pozwoli mu się uspokoić, wyczyścić głowę z niepotrzebnych i złych emocji, zresetować i napędzić na cały tydzień”.

– Ja wtedy natomiast nie rozumiałem kolegów grających ze mną pod tym względem, podobnie jak Momo Traore, który przed przyjściem do Zagłębia Lubin grał ze mną w Gliniku Gorlice. Jest muzułmaninem, więc nie pije alkoholu. Siedzieliśmy we dwóch trzeźwi wracając z wyjazdu, a wiadomo, jak wyglądają takie powroty. Pytał: dlaczego tak jest? Mówiłem mu: Tra, to są chłopaki, którzy cieszą się z gry w piłkę, to dla niektórych ucieczka od codziennego życia, ale oni nie pójdą wyżej. Jeśli ty chcesz iść wyżej – rób to, co musisz. Pamiętam, ze to był mój ostatni sezon. Choć byliśmy na trzecim miejscu w trzeciej lidze, fabryka maszyn Glinik ucierpiała na krachu na giełdzie, Traore odszedł, wiosna 2009 była trudna. Wtedy też zacząłem praktyki w Wiśle i jak zaoferowano mi pracę to zdecydowałem, że jako zawodnik już nie mam szans, ale jako trener mogę być jednym z najlepszych w Polsce.

Dlaczego w ogóle o to zapytałem? Pojawiały się bowiem plotki, że choćby Sławomirowi Peszce spodobał się Kraków.

– Ze Sławkiem nie ma żadnego problemu. On wie, że – przygotowując się do meczu – pięć czy sześć dni przed nim nic już nie można wypić. Teraz w trakcie przerwy reprezentacyjnej chłopaki mieli trochę luzu, trzy dni wolnego, kiedy był czas odpocząć i się rozluźnić. Nie można jednak przesadzić, bo organizm przez dwa tygodnie odczuwa tego skutki. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba wiedzieć kiedy i w jakich ilościach.

Jankekx89 pisał, że co prawda Peszko utrzymywany jest z pieniędzy prywatnego sponsora, ale „w środowisku pojawiły się dość głośne głosy, że reprezentujący byłego reprezentanta Tomasz Hajto otrzymał sowite wynagrodzenie za ten ruch”.

– Trzeba to powiedzieć: od Wisły Kraków nie otrzymał ani złotówki. Zresztą, powiedział mi wprost, że żadnej prowizji od klubu nie oczekuje. Trudno mi powiedzieć, czy jakąś zapłacił sponsor, ale raczej nie. Od Wisły Hajto pieniędzy nie chciał i nie dostał. Sławek miał też propozycję z Widzewa, ale chyba warto było przyjść do Krakowa. 

A propos Janekxa89, ostatnio napisał zakulisowy tekst o Wiśle, odsłaniając wiele nieznanych szczegółów.

– Czytałem, kilka rzeczy dla mnie było zupełną nowością. Rozmawiałem o tym z Arkiem Głowackim czy Marcinem Kuźbą, dopytywałem… Powiem tak: duża wiedza Janekxa. Od dłuższego czasu mam z nim kontakt, właściwie od kiedy zastanawiałem się, co z tym klubem będzie. Nie uważam się jednak za źródło jego wiedzy, ale ta jest duża. Ma swoje kanały. My możemy jednak pewne rzeczy łatwo sprawdzić. Na przykład taki Michael Essien.

Sprawdziliście dzięki niemu, którędy przecieka?

– Dokładnie! Wiedzieliśmy, że go nie zakontraktujemy, ale można było sprawdzić, gdzie mamy nieszczelność. Na przykład o Balickim wiedziałem tylko ja i Arek Głowacki i jakoś przed transferem ta informacja nie przedostała się poza klub. Niesamowite, nie? Przypomina się gra „Gra o Tron”. Karzeł sprytnie rozegrał raz sytuację, kiedy Myrcella miała zostać wysłana do jednego z miast. Przekazał więc trzy różne informacje trzem różnym osobom. Okazało się dzięki temu, kto donosi królowej. Prosta rzecz. W kolejnych etapach przekazywałem informacje o Essienie i wiedziałem, kiedy wypłynęła.

Dlaczego wiedzieliście, że nie zakontraktujecie Essiena? Być może taki ruch mógłby się spłacić…

– Wizerunkowo dużo byśmy zyskali, pewnie więcej byłoby chętnych kibiców do oglądania naszych meczów. Być może usłyszałby o nas jakiś inwestor? To mogłoby się spiąć. Z drugiej strony: rzucanie zawodnika z tak dużym ego do klubu w trakcie rozgrywek, który musiałby jeszcze przejść proces aklimatyzacji, a nie zarabiałby mało… Podpisał kontrakt w Azerbejdżanie, ciekawe, jak sobie tam poradzi. Przed transferem trenował z Chelsea, więc w jakiejś formie na pewno jest. Dla Wisły mogłoby być to korzystne, ale w tym momencie odbudowy klubu to jednak było za duże ryzyko.

Arkadiusz Głowacki zdecydował się przestać pełnić funkcję dyrektora sportowego, ale ostatecznie będzie pracował do końca sezonu. Jakie były powody tej rezygnacji? Co dalej z przyszłością „Głowy” w Wiśle?

– Staraliśmy się, żeby z nami został. Na razie wrócił z urlopu i normalnie pracuje: jeździ, ogląda, do końca sezonu będzie w klubie realnie wykonywał swoją pracę. Na pewno bzdurą jest to, że Głowacki został przez nas wyrzucony. Może być tak, że taki rodzaj pracy nie do końca odpowiada Arkowi. Robiłeś w życiu coś, co by cię męczyło?

Oczywiście.

– Więc wiesz, co czuł. Arek był piłkarzem i zapach szatni to coś, czego na pewno mu brakuje. Ja go rozumiem, bo sam na kolejnym spotkaniu biznesowym przyłapałem się na tym, że pomyślałem: kurde, poszedłbym na boisko! Gigantyczna chęć kopnięcia piłki wtedy dała mi do zrozumienia to, co być może czuje Arek: że garnitur zamieniłby na przykład na trenerski dres i życie codzienne z drużyną.

Ale w klubie zostaje?

– Przez dwa-trzy miesiące będziemy mieli czas na to, by Arek zdecydował o przyszłości. Nie mogę powiedzieć mu na siłę: zostań i podpisuj kontrakt. Musi to być decyzja Arka i on musi być szczęśliwy po jej podjęciu. Kiedyś walczyłem o Radka Sobolewskiego, jako pierwszy usiadłem do rozmów, by został w Krakowie i pracował dla wiślackiej Akademii. Powoli kończył karierę, ostatecznie odszedł do Górnika. Radek powiedział mi wtedy, że on chce pracować w seniorskiej szatni. Choć sam wzorem Arsenalu chciałbym, żeby z naszymi dzieciakami pracowali byli piłkarze będący autorytetami dla młodych adeptów futbolu, to mam też świadomość, że nie każdy się w takiej pracy spełni, nie dla wszystkich będzie ona odpowiednia.

Często powtarzasz, że wciąż czujesz się trenerem. Czyli to nieprawda, że władza uzależnia?

– W moim przypadku nie. Trenerem się jest, prezesem czy dyrektorem akademii się bywa. Poza tym wyczerpująca jest sytuacja, jaka była w ostatnich tygodniach, czyli po 14 czy 16 godzin pracy, a reszta dnia na sen czy związek, który ostatecznie się rozpadł…

Przez Wisłę?

– Chyba tak.

Wielkie rzeczy wymagają poświęceń?

–  To było trudne, bo Karolina była ze mną w najtrudniejszych chwilach jeśli chodzi o ostatnie miesiące. Normalnie z powodu sytuacji rodzinnej musiała zostać w Szczecinie, choć od drugiego do dziesiątego stycznia – czyli w najgorętszy czas ratowania klubu – była ze mną w Krakowie. Gdyby nie ona, trudno byłoby to przetrwać. Dużo mi pomagała. Wyglądało to tak, że jechałem autem, telefon na głośnomówiącym, a ona wybierała mi numery albo odczytywała wiadomości. To była ciągła trasa: Kraków, Zakopane, Kraków, świętokrzyskie, Warszawa, Kraków… To było trudne. Co jakiś czas byłem w Szczecinie, ona u mnie też, ale taka odległość to była duża trudność. Od pewnego momentu moja koncentracja na pracy na pewno też zabrała nam dużo w tej relacji. Cóż, życie…

Nie zdziwię się, jak ktoś po wywiadzie zaatakuje tytułem: prezes Wisły do wzięcia.

– A wiesz, że swoją drogą kluby się zgłaszają?

Oferują stanowisko prezesa?

– Różnie. Bardziej te związane z akademią.

Dzięki temu, że jesteś prezesem z pewnością zbudowałeś sobie rozpoznawalność, zaczęli cię zauważać też jako jako dyrektora Akademii.

– Też prawda. To praca za biurkiem, ale jako dyrektor Akademii też możesz wychodzić na plac. Dobrze się czułem mogąc pogadać z trenerami, pojechać na obóz – uwielbiałem to, jesteś sfokusowany tylko i wyłącznie na futbolu, nie bierzesz telefonu na trening. Tylko praca na murawie. 

Gdybyś po Wiśle znów chciał być trenerem – na pewno łatwiej będzie ci się wdrapać do poważnej piłki aniżeli przechodząc wszystkie szczeble od dołu.

– Gdy trener Dariusz Pasieka egzaminował mnie w Szkole Trenerów, zapytał: „siedzisz na tym stołku dyrektorskim, co ty właściwie chcesz robić?”. Odpowiedziałem, że chciałbym wrócić do piłki, a stołek mi w tym pomaga. Zarządzanie? Przecież to najważniejsza umiejętność dla trenera! Widać to po Maćku Stolarczyku, który był dyrektorem Akademii czy dyr. sportowym. Zbudował sobie ogromną umiejętność zarządzania zasobami ludzkimi i odpowiednio kieruje relacjami.

Od prezesa do trenera – to byłby chyba precedens w polskim futbolu. Na ile więc w twojej ścieżce kariery jest premedytacji?

– Można to też tak oceniać. Ogólnie uważam, że mówimy o szczęściu, ale za tym kryje się korzystanie z okazji jakie spotykamy w życiu. Albo je łapiemy, albo pozostajemy w strefie komfortu, czyli de facto stoimy w miejscu. Niektóre osoby mówią, że mają pecha, a tak naprawdę nie wychodzą nawet z domu. Starałem się zawsze łapać okazję, jakie mnie spotykały w życiu i dzięki temu mogę się cieszyć jak dziecko z tego, że mogę pracować w piłce nożnej. Za niecały miesiąc minie dziesięć lat, odkąd pracuje w Wiśle, teraz jestem jej prezesem. Cieszę się każdą chwilą i jak jest tylko możliwość to jeżdżę na wszystkie mecze. Każdy może być przecież tym ostatnim. Ktoś, kto wejdzie w ten biznes prawdopodobnie weźmie swoich ludzi, to normalna sprawa. Nawet przed pozyskaniem inwestora, jeśli znajdzie się ktoś lepszy ode mnie, z większym doświadczeniem, wiedzą, kontaktami, ktoś kto będzie rozumiał wizję pracy w klubie – to dobrze dla Wisły, gdyby zajął moje miejsce nawet bez inwestora.

Ale nigdzie nie uczą zawodu „prezes klubu piłkarskiego”. Być może lepsze CV nie oznaczałoby, że będzie lepiej zarządzał Wisłą? Na to chyba nie ma recepty czy złotego rozwiązania.

– Możesz mieć rację. Jestem w środku, znam strategię i specyfikę klubu i to pewnie jeden z elementów, dzięki którym mogłoby tak być.

Są tarcia na linii osób odbudowujących Wisłę?

– Oczywiście! Z Jarkiem na przykład znamy się od lat, każdy ma swoje pomysły czasami i nasza wiedza jest różna w różnej materii. Na przykład tweet o szyciu nowych flag. Głupota? Powiedziałem to ja, powiedział Bogusław Leśnodorski, a Jarek i tak napisał tego tweeta. Chociaż to mega wykształcony człowiek i ogólnie mam szczęście, że mogę pracować z takimi ludźmi.

Zdarza się, że nie nadążasz za tym, co mówi?

– Czasem musisz użyć rzadko używanego powszechnie słowa, żeby precyzyjnie przekazać swoje myśli. Jarek czasami rzuca takimi tekstami, jak w tym monologu w „Stanie Futbolu”. Nadążam za tym, choć z racji tego, że pracowałem z młodymi ludźmi uważam też, że czasem najlepsza jest prostota. Oglądałeś przerwę w meczu finału ostatnich mistrzostw świata?

Ten moment, w którym Didier Deschamps przemawia do swoich zawodników?

– Tak. Jakich on prostych słów używa! Najwyższy światowy poziom, a on używał najprostszych zwrotów i mówił niemal o banalnych rzeczach: że Mandżukić lubi zejść na tą nogę i tak dalej. Proste rzeczy. Niebywałe.

Jak Bogusław Leśnodorski zareagował na transparent kibiców Legii?

– Wiedział, że takie coś może mieć miejsce. Ale to mała grupa ludzi, która na dobrą sprawę zwróciła na siebie uwagę, ale negatywnie. Lepiej dla Legii, żeby Wisła upadła? Przecież to byłaby duża strata dla całej ligi i wszystkich klubów w ekstraklasie. Dziwię się tej części kibiców warszawskiego klubu, bo chyba nie chodzi o to, żebyśmy my upadli, tylko żeby Legia na boisku udowodniła, że jest lepsza?  

Teraz będzie miała okazję. Wisła gra z Legią, więc pewnie jesteś przygotowany na to, że będą wyciągać pewne zdjęcie z pewnego wyjazdowego meczu warszawskiego klubu…

– Super, nie mam z tym problemu. Tak, przez wiele lat kibicowałem Legii Warszawa. Jak myślisz: dlaczego?

Otoczenie? Koledzy? Często też wybór ukochanego klubu to wybór nieświadomy. Tego się nie analizuje, a raczej czuje.

– Tym bardziej, jak jesteś dzieckiem. Oglądasz mecze i się nie zastanawiasz. Najpierw kibicujesz swojemu narodowi, normalne. W moim przypadku później było tak, że w 1995 roku Legia zaczęła grać w Lidze Mistrzów. Naturalne było to, że się w tej Legii jako dzieciak zakochałem. Przeżyłem mecz z Widzewem na Łazienkowskiej, zakończony 2:3. Pamiętam jakby to było wczoraj. Mieliśmy wycieczkę do Zoo w Chorzowie, na którą nie chciałem jechać z wiadomych powodów. Nauczycielka obiecała mi jednak, że kierowca mi wszystko o meczu opowie. No i opowiedział. Zaczął, że Legia wygrywała 2:0, więc ja ucieszony, ale później dodał, że Widzew strzelił trzy bramki w ostatnich minutach. Z dziecięcą naiwnością wypaliłem: „może jeszcze strzelą?”. „Ale mecz się skończył”. „Jak to skończył? Już nie strzelą?”. Takie chwile zostają w głowie.

Stara miłość rdzewieje?

– Niestety, przez zachowania kibiców Legii, przez sposób, w jaki niektóre osoby podchodziły do rywali… Takie poczucie wyższości, pychy, lekceważenia – nie podobało mi się to. Również to, co działo się w klubie. Zraził mnie sposób, w jaki zachowywały się niektóre osoby z Legii, które spotykałem przez te wszystkie lata. Choć jeszcze zaczynając pracę w Wiśle przeżywałem mecze Legii. Potwierdzi to mój przyjaciel ze studiów, Maciek, z którym mieszkałem trzy lata i on to widział. Może to nie do końca w porządku, ale… Mimo wszystko starałem się przekazać moim zawodnikom miłość do klubu, w którym obecnie grają.

Pamiętasz moment przełomowy? Taki, po którym drzwi w sercu z napisem „Legia” się zatrzasnęły?

– Przy którymś wyjeździe z Wisłą na Legię. Tego, jak potraktowano nas, z jaką wyższością – nie podobało mi się to, bo sam staram się podchodzić do ludzi z szacunkiem. Jak mówię, młodych wiślaków zawsze starałem się wychowywać w miłości do klubu. Napisałem takiego tweeta lata temu.

 

 

To jest czas, kiedy Górnik spadał z ligi. Niezależnie od tego, czy ten pan miał później problemy wizerunkowe, nie można mu odmówić miłości do klubu. Widać emocje. Robi to wrażenie. Mało ma lajków ten tweet, tylko 14, a to przecież dobry tweet!

Przyzwyczaiłeś się już chyba do dobrych liczb.

– Racja, w ostatnim czasie jest szaleństwo.

Nadążasz z odpisywaniem?

– Nie, nie dałbym rady. Wyłączyłem niektóre powiadomienia, bo nie wyrobiłbym się z tym wszystkim.

Ile sobie dałeś czasu na prezesowanie?

– Nie mam deadlineu. Musimy pilnować jak wygląda cashflow, prognozy finansowe, co nam uda się zrobić w przyszłości. Potrzebujemy mieć dużo pozytywnych rozwiązań przed nowym sezonem, żeby Wisła była w pełni wypłacalna w rozgrywkach 2019/20. Musimy też spłacać wierzycieli. Na szczęście wiele osób jest takich, które rozkłada nam płatności w czasie i dlatego to może dalej funkcjonować.

Odbudowa będzie trwać, to jasne, ale jak długo jesteś gotów pełnić rolę prezesa? Zapytam inaczej: oglądałeś „Psy”?

– Oczywiście!

Czy jest pan gotów stać na straży porządku prawnego odnowionej piłkarskiej Wisły Kraków?

– Bezapelacyjnie, do samego końca. Mojego, bo Wisła nigdy nie zginie!