Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Zajął miejsce Głowackiego w szatni i nie odpuszcza

- Arek Głowacki gra na prawym pół-stoperze, więc występuję najbliżej niego. Czuję się z tym komfortowo, bo Arek jest doświadczony, podpowiada i na pewno to jest duża pomoc - mówił rok temu na kanale Wisły Kraków na YouTube Jakub Bartkowski. Teraz zajął jego miejsce w szatni - wśród takich wiślackich postaci jak Paweł Brożek, obok którego siedzi, ale również Rafał Boguski, Maciej Sadlok czy Marcin Wasilewski. I nie wygląda na kogoś, kto miałby wywalczone miejsce w klubie, na boisku czy poza nim odpuścić. 

W derbach z Cracovią nie zagrał z powodu urazu mięśniowego, ale z wyjątkiem tego spotkania ma na swoim koncie komplet rozegranych minut. Rok temu o tej porze mijała 14. kolejka z rzędu, w której nie pojawił się na placu gry. Dziś jest pewniakiem, który do derbów zagrał w ekstraklasie i Pucharze Polski wszystko od deski do deski.

Najważniejsze: zagrał dobrze, co potwierdzają choćby statystyki InStat. W wielu kategoriach wypada lepiej niż choćby powołany do reprezentacji Polski Rafał Pietrzak, grający na przeciwnej flance w obronie Wisły.

Bartkowski w tym sezonie oddał najwięcej strzałów spośród obrońców (dziewięciokrotnie próbował pokonać golkipera drużyny przeciwnej), ale też częściej jest przy piłce od swojego vis-a-vis (więcej razy podaje, ale też więcej podają do niego), jest częściej faulowany, z większą częstotliwością zagrywa kluczowe podania, wchodzi w pojedynki, drybluje, obiera…

Jak policzył Wojciech Górski, w pojedynek wchodzi średnio co 5,6 minuty, zaś Pietrzak – co 9,1 min. Wdaje się w drybling co 34 minuty, a Pietrzak co 85 minut. Słowem: nie odstaje od lewego obrońcy powołanego do reprezentacji Polski, a patrząc na formę choćby Artura Jędrzejczyka nie jesteśmy przekonani, że wypadłby gorzej od „Jędzy” w meczu z Portugalią.

I to wszystko piłkarz, który jeszcze nie tak dawno był w ligowym niebycie. Teraz zajął miejsce Arka Głowackiego w szatni, czuje się coraz pewniej i z każdym meczem wygląda lepiej. Jest skromny, spokojny i stonowany, a jednak potrafi znaleźć wspólny język ze starszyzną. Nic dziwnego, że w Wigrach Suwałki wybrano go nawet kapitanem pomimo młodego wieku.

Bartkowski po prostu nie pęka. W pierwszym składzie w Ekstraklasie zadebiutował przecież od razu w meczu najcięższego kalibru: derbach. Jako piłkarz Widzewa wyszedł na ŁKS i nie spalił się przed kompletem publiczności, zaliczył bardzo poprawny występ, uniknął błędów. Dokładnie tak, jak teraz w Wiśle.

Kontuzje wyhamowały jego karierę, ale dzięki ciężkiej pracy i odpowiednim charakterze wrócił do ekstraklasy. Obyło się bez wielkiego echa, fanfar i rozgłosu. Gdy jednak trafił do siatki w meczu z Pogonią Szczecin, dając tym samym zwycięstwo i cenne trzy punkty swojej drużynie, kibice i trener nie mieli wątpliwości, że zasłużył na to trafienie jak mało kto. Kiko Ramirez na pomeczowej konferencji przyznał: –  Jestem zadowolony, że gola strzelił właśnie Jakub Bartkowski.

Choć to nie było oczywiste, podobnie jak jego historia. Grudzień 2013. Młodemu chłopakowi, pochodzącemu z położonych nieopodal Łodzi Żakowic, kilkanaście dni temu stuknęło 50 meczów w ekstraklasie. Wynik bardzo dobry, zważywszy na bardzo młody wiek obrońcy. 21-latka cechował niesamowity spokój w grze, o czym kibice łódzkiego Widzewa przekonali się w meczu dla nich najważniejszych. Chociaż łodzianie derby, a w następnej kolejce równie prestiżowy mecz z Legią przegrali, sam Bartkowski tymi spotkaniami wywalczył sobie miejsce w pierwszej jedenastce.

Pamięć jednak bywa krótka, a łaska działaczy na pstrym koniu jeździ – mógł pomyśleć młody obrońca, kiedy widział, co ówcześni włodarze klubu – z właścicielem, Sylwestrem Cackiem na czele – robią na wieść o kontuzji. W grudniu 2013 roku złamał Bartkowski złamał nogę, w styczniu kończył mu się kontrakt. Chciał go przedłużyć, ale na co rusz inne propozycje przełożonych zgodzić się nie mógł.

– Chyba chcieli wykorzystać okazję, że za chwilę mogłem nie mieć ani klubu, ani też możliwości trenowania – powiedział. 

– W trakcie negocjacji doznałem urazu, a przez błędne diagnozy zbyt wcześnie wróciłem do treningów i zacząłem obciążać nogę, która okazała się złamana. Każda kolejna propozycja działaczy była coraz niższa. Aż do momentu, w którym zaproponowano mi gorsze warunki niż dwa lata wcześniej, zanim zadebiutowałem w ekstraklasie. Nie mogłem się na to zgodzić. Trzeba szanować samego siebie – wspominał Bartkowski.

Mówi „działacze”, a nie „Widzew”, bo do klubu, w którym wypłynął na szerokie wody ma ogromny szacunek. – Nie mam żalu do Widzewa, nie czuję żadnej zadry. To teraz zupełnie inny klub, tworzony przez innych ludzi. Od dziecka mu kibicowałem, przechodziłem przy Piłsudskiego przez wszystkie szczeble juniorskie i rezerwy. Mam wykupione transmisje widzewskiej telewizji i staram się oglądać mecze. Byłem nawet w Sercu Łodzi choćby na zremisowanych meczach z Ursusem Warszawa czy Lechią Tomaszów Mazowiecki. Ściskam kciuki, by Widzew wrócił tam, gdzie jego miejsce – dodał.

Opuścił Łódź zimą, zanim budowany przez Cacka domek z kart doszczętnie się posypał. W momencie, w którym musiał żyć za oszczędzone pieniądze i wiązać koniec z końcem, pomocną rękę wyciągnęły do niego drugoligowe Wigry Suwałki. – W marcu kadry wszystkich klubów były pozamykane. Nie było łatwo znaleźć klub, zwłaszcza po kontuzji, stąd ten spadek dwie ligi niżej – przekonuje prawy obrońca Wisły Kraków.

Nie planował tak długiej przygody na północy Polski, ale z pewnością jej nie żałuje.

Raz, że przez dobre występy i przykład, jaki swoim poświęceniem i pracowitością dawał innym, założył opaskę kapitańską Wigier. Dwa, że zauważyła go Wisła Kraków, która po trzech latach wciągnęła go z powrotem na ekstraklasową karuzelę.

– To jest piłkarz z pozytywną osobowością, który cały czas prezentował dobry, równy poziom. Ma dobrą psychikę, lubi pracować. Wisła dobrze robi, sprowadzając go do siebie – przekonywał Andrzej Iwan. Sam zawodnik do powrotu podchodził z chłodną głową. – Nie nakładam na siebie dodatkowej presji. Nie mam dwudziestu lat, żeby podchodzić do tego w zbyt emocjonalny sposób. Podejmuję rękawicę i cieszę się przede wszystkim z tego, że Wisła po mnie się zgłosiła – mówił po parafowaniu umowy.

Stonowany był także wtedy, gdy po meczu Wisły z Pogonią okazał się bohaterem. Jego gol dał Białej Gwieździe trzy punkty, a w konsekwencji także podium. – W całej karierze nie pamiętam, żebym był wyznaczony do atakowania przy stałych fragmentach gry. Na pewno nie w Wiśle, bo wiele okazji do tego nie miałem – mówił z uśmiechem piłkarz, dla którego był to dopiero czwarty mecz z Białą Gwiazdą na piersi.