Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Za największe wzmocnienie zimy Legia nie musiała płacić, tylko poczekać

Były gwiazdor Arsenalu, kapitan Dinama Zagrzeb, młody polski talent, obrońca z Ligue 1 – wzmocnienia Dariusza Mioduskiego zimą robią wrażenie. Legia nie musiała rozbijać banku, bo przecież mimo katastrofalnej gry jesienią mistrzowie Polski utrzymali pierwsze miejsce w ekstraklasowej stawce. Uznano jednak, że tak grać przy Łazienkowskiej nie wypada i postanowiono dokonać kilku transferów. Za ten największy transfer nie trzeba było jednak płacić. Wystarczyło leczyć i cierpliwie czekać.

W sierpniu miał artroskopię kolana, przez co nie mógł grać do końca roku. Teraz jednak wraca, a to dla kibiców stołecznego klubu wiadomość okienka. Miroslav Radović pomimo bezlitosnego czasu i kilku dobrych wiosen na karku to nadal najlepszy piłkarz warszawskiej Legii, co potwierdzał już niejednokrotnie.

Kryzys w cieniu Vadisa

Odwrócenie losów w Ekstraklasie, zdobycie mistrzostwa Polski, a po drodze zamiana brutalnych oklepów w Lidze Mistrzów na widowiskowe porażki, sensacyjny remis czy ważne zwycięstwo. Po sezonie z Łazienkowską pożegnał się jednak Vadis Odidja Ofoe, a złe wejście w sezon i fatalne występy w eliminacjach do europejskich pucharów usprawiedliwiano właśnie nieobecnością belgijskiego pomocnika.

Zupełnie bez echa przeszło natomiast to, że w Legii jesienią nie gra Miroslav Radović. Człowiek, który był symbolem klubu w XXI wieku, ale azjatycki skok na kasę zostawić głęboką rysę na wizerunku serbskiego piłkarza w oczach kibiców mających „eLkę” w sercu. Jego odejście bolało tym bardziej, że zostawił drużynę przed bardzo ważnymi meczami w Lidze Mistrzów. Przez wiele lat związany z klubem i identyfikujący się z barwami, ale cały ten obraz zaprzepaścił dość niesmaczną ucieczką do Hebei China Fortune.

Wtedy to była druga liga chińska, dziś – drużyna, w której zamieniono Radovicia na ekipę z Lavezzim, Gervinho, Mascherano, Hernanesem czy Stephane M’Bią. Dwa miliony euro za 31-letniego wówczas zawodnika było jednak bardzo ciekawą opcją nie tylko dla „Rado”, ale i samego klubu. W Państwie Środka zabawił jednak tylko rok i wrócił do Europy. Najpierw Olimpia Ljubljana, a za pół roku Partizan Belgrad, z którego trafił ponownie do stolicy Polski.

Efektowny powrót

Kiedy sprzedajesz zawodnika za niemal dziesięć milionów złotych, a za półtora roku odzyskujesz go płacąc niecałe pół bańki – musisz być zadowolony. Uśmiech rozszerza się mocniej, kiedy wraca do ciebie i niemal z miejsca gra jak z nut. Tych samych, które z podziwem słuchali nie tylko kibice Legii, ale i każdego jej przeciwnika. Jeśli kibicowałeś rywalowi Wojskowych, najbardziej obawiać musiałeś się właśnie jego.

Na pierwszy rzut oka: wolny, niski, trochę tłusty. „Typowy Janusz” idąc pierwszy raz na mecz wymieniłby dziesięciu innych piłkarzy włącznie z bramkarzem, którzy mogliby zagrozić jego drużynie bardziej. Oglądający Ekstraklasę regularnie modlili się jednak o to, żeby to właśnie on miał słabszy dzień. Gdy miał dobry – wkręcał obrońców w ziemię jak najlepszy śrubokręt. Był nie do powstrzymania, kiedy po raz kolejny łamał akcję do środka, grał nieszablonową prostopadłą piłkę i zawsze znajdował się tam, gdzie spadała. I strzelał.

W sezonie 2016/17 – aż dziewięciokrotnie, do czego dołożył jedenaście asyst. Szalał w Lidze Mistrzów, która dla wielu była papierkiem lakmusowym umiejętności. Ten Serba zmienił się na kolor, który zwiastował zdanie najtrudniejszego dla piłkarza egzaminu. Pamiętać go będą zwłaszcza w Madrycie, bo Realowi strzelał dwukrotnie: raz na Santiago Bernabeu i raz w Polsce. Dwie asysty w Dortmundzie na Signal Iduna też nie wzięły się z powietrza.

Wrócił z Chin, wróci po kontuzji?

Sympatyzujący ze stołecznym klubem życzyliby sobie, żeby powrót po groźnym urazie przypominał ten do Legii. O to na pewno nie będzie łatwo, bo regeneracja z wiekiem nie staje się coraz lepsza, a i taką przerwę w grze trudno nadrobić. W Chinach jednak grał w piłkę, a nie chodził o kulach.

Nie ma jednak wątpliwości, że Rado to najważniejszy dla Legii piłkarz tak na boisku, jak i w szatni. Jeśli mielibyśmy wskazać, od kogo stołeczna drużyna była bardziej uzależniona – wskazalibyśmy właśnie na Serba, a nie Vadisa Odidję Ofoe. Radović to nie tylko gwarancja goli i asyst, ale też problem konstruowania akcji w ostatniej ich fazie z głowy.

Nie było Radovicia – nie było ani polotu, ani zaskoczenia. Legia grała jak z szablonu, przez co wielokrotnie udawało się rywalom „czytać” zespół najpierw Jacka Magiery, a później Romeo Jozaka. Można ustalać taktykę, snuć plany, przesuwać, kryć strefą, stosować pressing, grać diagonalne piłki i robić milion rzeczy, o których ciągle mówią trenerzy i „gadające głowy” w telewizji. Koniec końców w futbolu wiele zależy – oprócz przypadku, jeśli mówimy o Ekstraklasie – od chwili, momentu, decyzji. Detalu, którym Radović był swego czasu najlepszy w całej polskiej lidze. Gdzieś w tle wielu głośnych i spektakularnych (jak na nasze warunki) transferów Legii po cichu, w gabinetach lekarskich i salach rehabilitacyjnych dokonano tego, który może okazać się najlepszym.

BARTŁOMIEJ STAŃDO