Wczoraj na naszej stronie pojawił się większy wywiad z Leszkiem Ojrzyńskim. Popularny "Rambo" swojego pseudonimu nie dorobił się przypadkiem - zarówno on, jak i prowadzone przez niego drużyny, raczej na boisku nogi nie odstawiają, a gdyby zamiast w piłkę mieli wyjść na boisko do rugby lub do klatki UFC, to pewnie nikt nie miałby z tym żadnego problemu.

Wczoraj na naszej stronie pojawił się większy wywiad z Leszkiem Ojrzyńskim. Popularny „Rambo” swojego pseudonimu nie dorobił się przypadkiem – prowadzone przez niego drużyny raczej na boisku nogi nie odstawiają. Sam Ojrzyński zresztą też taki był – ostry jak brzytwa. Gdyby zamiast w piłkę jego zawodnicy mieli wyjść na boisko do rugby lub do klatki UFC, to pewnie żaden nie miałby z tym żadnego problemu.

Nam takie podejście do futbolu imponuje, bo gdy jest zaangażowanie, agresja, pasja i nieustępliwość, to najzwyczajniej w świecie lepiej się mecze ogląda. Zamiast spacerku i tylu emocji, co podczas stania w korku o 8 rano, jest żar w oczach, a przecież bardzo często o to w sporcie chodzi. Zanim wprowadzimy was w klimat boiskowych Pitbulli, przytoczymy jeszcze fragment wspomnianej przed sekundą rozmowy z Ojrzyńskim, który tak nakręca i motywuje swoich piłkarzy, że ci w sobotę ograli Sandecję 5:0, dzięki czemu wyśrubowali nowy rekord klubowy jeżeli chodzi o występy w Ekstraklasie.

„Jak przejmujesz drużyny, które z samego swojego założenia są ostatnie, albo walczą o utrzymanie, to tam nie ma wirtuozów, nie spotkałem się jeszcze z taką sytuacją, żeby taka grająca technicznie drużyna była na dole tabeli, a przynajmniej nie u mnie. Zawsze należy podejmować takie działania, które przynoszą efekty i zapewnią realizację celów. Dużo niespodzianek przynosi nam życie sportowe, piłkarskie. Być może tak to wygląda, że ta determinacja i agresja są ważne, bo dla mnie to podstawa, żeby potem pokazać swoją wyższość, jeśli chodzi o inne umiejętności.”

Jako że dziś wieczorem Arka zmierzy się z Chrobrym Głogów w meczu o półfinał Pucharu Polski, walki i zaangażowania z pewnością nie zabraknie. Pragniemy przypomnieć z tej okazji kilku piłkarskich zawadiaków, którzy z pewnością nadają na tych samych falach, co Rambo. Każdy z wymienionych przez nas za chwilę graczy miałby pełne zrozumienie u trenera Ojrzyńskiego. Oto nasi wybrańcy.

1. Roy Keane

Piłkarski bandzior. Już emerytowany gość, który na boisku nigdy nie odstawiał nogi. Istnieje ryzyko, że to nie Conor McGregor jest najlepiej bijącym się Irlandczykiem, a właśnie Roy, który śmiało mógłby rywalizować w klatce, ringu, na macie czy w ciemnym zaułku na ulicach mrocznego Detroit.

2. Patrick Vieira

Jak Keane, to i Vieira, bo z nimi było trochę jak z Kargulem i Pawlakiem – niby się nie lubili, ale mieli się ku sobie. Francuz też raczej zbyt wrażliwy nie był, a gdy miał okazję, żeby komuś skrobnąć marchewkę, to raczej z uśmiechem na ustach ją wykorzystywał. Defensywny pomocnik w starym-dobrym stylu. 193 cm wzrostu, pewnie ze 100 kg wagi i powtarzana jak mantra zasada, że piłka przejść może, zawodnik również, ale już piłka z zawodnikiem pod żadnym pozorem.

3. Mark Van Bommel

Van Bommel też miałby pewnie uznanie u naszego Rambo. Pewnie panowie się nie znają, ale gdyby spotkali się po raz pierwszy, to od razu znaleźliby nić porozumienia. Holender też raczej się nie patyczkował i gdy była tylko ku temu okazja, to lubił włożyć kij między szprychy. Tak o, po prostu, dla zasady.

4. Nigel de Jong

De Jong kilka razem stracił kontakt z bazą i potrafił nabroić. Tu mu się upiekło, choć na chwilkę zapomnienia pozwolił sobie w finale mistrzostw świata. Trzeba przyznać, że w karate pewnie by sobie poradził.

 

5. Adam Ledwoń

Wyznajemy zasadę, że o zmarłych się albo nie mówi, albo mówi dobrze i w sumie zastanawialiśmy się, czy przykład Ledwonia w tym zestawieniu podawać, ale w sumie chyba nie będzie w tym nic złego. Adam taki był i specjalnie się z tym nie krył. Kto go znał, to wiedział, że boiskowa adrenalinka była mu do życia po prostu potrzebna. Tu kapitalna anegdota opowiadana przez Grzegorza Szamutulskiego. Niby nie z murawy, ale pokazująca doskonale, jakim Ledwoń był człowiekiem.

„…Po meczu, wiadomo, trzeba się odstresować. Mnie dodatkowo urodziła się wtedy
córka, Laura, więc tym bardziej była okazja do świętowania. Wsiadamy do mercedesa,
za kółkiem Adam, po prawej jego kolega, „Pipa”, z tyłu ja i „Czyżyk”. Na stacji
benzynowej – na której trzeba było zatankować nie tylko auto – „Ledziu” wdał się
w sprzeczkę z jakimś ponurym gościem. Odjeżdżamy w kierunku Mödling, ale widzę, że
nasz bulterier nerwowy, on się zawsze wtedy tak uroczo pocił na czole (z tego względu,
mówiłem na nie go „Janek”, od Jan ka Tomaszewskie go, też wiecznie spoconego).
Po pięciuset metrach mijamy właśnie faceta ze stacji, który spokojnym krokiem
wraca do domu. Adam ciągle na niego wyklina pod nosem, cały się wewnątrz gotuje.
I nagle niestety – zaświtała mu w głowie myśl.
– Chuj, zawracam! – wypalił, a następnie, jak powiedział, tak zrobił. Sęk w tym, że
wjechaliśmy chwilę wcześniej na autostradę, więc jak zapewne wiecie, manewr
za wracania nie był w tym miejscu najrozsądniejszy.
Ale za wrócił i tak.
– Miałeś kiedyś czołówkę? – pyta i jedzie pod prąd.
Ja w oczywisty sposób przerażony, Andrzej kurczowo trzyma fotel, „Pipie” oczy
wychodzą z orbit. Pierwszy samochód z naprzeciwka odbił w prawo, drugi odbił
w prawo. Żyjemy.
– Hamuj!!!
Trzeci… Trzeci nie odbił. Nagle huk i potem milisekunda głuchej ciszy, a następnie
jęki. Otwieram oczy, przed nami płonie samochód, w który uderzyliśmy.
Andrzej leży między siedzeniami, jeszcze w tym momencie nie wiem, że złamał nogę,
tak jak nie wiem, że „Pipa” ma złamany obojczyk, a ja sam rozwaloną głowę.
W zasadzie bez szwanku wyszedł tylko Adam, może tylko nos pogruchotał, ale on nos
łamał raz na miesiąc, to dla nie go normalka, jak dla innych katar.
– Wszyscy cali? – krzyknął Ledwoń. Rozejrzał się po samochodzie i uznał, że tak. – No
to spierdalamy!
I – no cóż – spierdoliliśmy. Nikt się nawet przez sekundę nie zastanawiał, tylko jak
Adam rozkazał – w nogi. Wydostaliśmy się z samochodu, ten drugi ciągle w ogniu, a my
– w las!
Pierw szybie gnie Adam i popędza:
– Szybko, szybko, za nim policja przyjedzie!
Za nim ja i „Pipa”, a na końcu „Czyżyk”, na tym swoim złamanym kikucie. I krzyczy
do mnie:
– „Szamo”, pierdolę te twoje staże! Pierdolę je! Rozumiesz? Mam złamaną nogę!
Pierdolę te staże, jutro wyjeżdżam!
– Za mknij się i biegnij!
– Pierdolę te staże! Pierdolę!
Po kilkuset metrach wyłoniły się przed nami bloki i zorientowaliśmy się, że to
okolica, w której mieszka jeden z naszych znajomych. Prosta decyzja – do niego, dalej
w tak sów kę i do moje go mieszkania.
Kilka godzin później siedzimy już u mnie w Mödling. Trwa nerwowa dyskusja, pełna
krzyków. Czy ktoś zginął w tym drugim samochodzie? Czy uciekliśmy z miejsca
śmiertelnego wypadku? Czy Adam zabił jedną osobę, czy może cztery? A jeśli cała
rodzi na spłonęła żywcem? Było to bardzo praw do po dobne.
Nagle odzywa się dzwonek do drzwi. Wyglądam przez wizjer:
– Policja!
Cisza jak makiem za siał.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że po „pały” zadzwonił sąsiad i że tylko poskarżył się na
hałas dochodzący z mojego mieszkania. Byliśmy przekonani, że już nas mają, że
pewnie jest ofiara, ktoś spłonął. Wszyscy zaczynamy panikować, a „Ledek” oznajmia:– Skaczę!
– Gdzie, Adam, to piąte piętro!
– Chuj, skaczę! Skoczę na to drzewo! – I pokazał rzeczywiście drzewo, ale takie, na
które nigdy by nie doskoczył.
„Pipa” jeszcze lepszy – biegnie do kibla i zaczyna ciąć na małe kawałeczki koszulkę,
w której był w samochodzie, całą we krwi, a na stęp nie spuszcza skraw ki w toalecie.
Jakimś cudem policjanci jednak dali za wygraną i ponieważ nie otworzyliśmy im
drzwi, po pro stu sobie poszli.
U, ze wszystkich schodzi powietrze. Czyżniewski wściekły, noga sina, powtarza, że
wraca do Polski pierwszym pociągiem, a ja się zastanawiam, czy raczej nie powinien
pierwszą taksówką pojechać do szpitala. „Pipa” jęczy, że go boli (dziwne, żeby złamany
obojczyk nie bolał), ale „Ledek” go przy wołu je do po rząd ku:
– „Pipa”, nie jęcz, twardym trze ba być!
– A pan, panie Andrzeju… – Adam zwraca się do „Czyżyka” zalotnie. – Jak
uderzyliśmy w ten samochód to pan poleciał między siedzeniami, prosto na moje
kolana… Panie Andrzeju, pan poleciał, jakby mi pan chciał laseczkę zrobić! Czy to była
pro po zycja?
Dzień później wyglądaliśmy wszyscy jak siedem nieszczęść. Ja z łbem rozwalonym,
Adam z tym swoim nochalem, który z tygodnia na tydzień, po każdej awanturze czy
wypadku, wyglądał coraz komiczniej. Trener Bernd Krauss – fantastyczny facet,
w przeszłości szkoleniowiec między innymi Borussii Dortmund i Realu Sociedad –
spojrzał na nas z typową dla siebie wyrozumiałością.
– Kto prowadził? – spytał.
– Ja nie – odparł nie pewnie Adam.
– Ja też nie – stwierdziłem, dla od miany zgodnie z prawdą.
– No to który?
Po patrzył na nas raz jesz cze, do dał dwa plus dwa:
– Adam, trzeba to załatwić. Przede wszystkim, ustalcie wspólne zeznania, zanim
pojedziecie na policję. U mnie ma cie wolne. – I wy gonił nas do do mów.
Jakim cudem po tym numerze „Ledkowi” się upiekło, jak to załatwił z policją, do
końca nie wiem, ale może i poszedłby siedzieć, gdyby nie pomoc Janusza Feinera,
menedżera z Wiednia, dobrze w tym mieście poustawianego. Trochę siana z pewnością
zniknęło z konta bankowego nasze go mistrza kierownicy.
Kilka dni później.
Do klubu przy chodzi Adam, z zabandażowaną głową, z ręką w gipsie i na temblaku.
– Co ci się stało?! – pytam.
– Nic. Idę odwiedzić tę babkę, co jechała samo chodem z na przeciwka.
– Ale…
– Przecież nie pójdę cały i zdrowy, bo ona się zdenerwuje! Muszę mieć jakieś
obrażenia!
No i stał tak „Ledek” przede mną, udając poważnie rannego, przystrojonego we
wszelkie medyczne atrybuty ofiary wypadku.
– Idziesz ze mną? – zagaduje.
– Nie.
Już zaczynałem wierzyć, że Adaś ma wyrzuty sumienia, co byłoby jakąś wielką
przemianą w jego życiu. O, ja naiwny. Kiedy odezwał się ponownie, rozwiał wszelkie
wątpliwości.
– A ja idę… Nigdy nie widziałem baby bez zębów! Ha, ha, ha!”

6. Nemanja Vidic

Vidica kochali w United, a bali się go wszyscy pozostali mieszkańcy Anglii. A już na pewno wszyscy piłkarze na Wyspach wiedzieli, że jak przyjdzie co do czego, to Serb skasuje ich bez mrugnięcia okiem. W skrócie – gdy trzeba było delikwenta potraktować ze szczególnym uczuciem, to Vidic robił to z uśmiechem na ustach.

7. Sergio Ramos

Gdybyśmy jakimś cudem na bezludnej wyspie spotkali człowieka, to pewnie byłby to właśnie Ramos. Jest wszędzie, gdzie coś się dzieje – strzela, asystuje, ale i… dostaje dużo czerwonych kartek. Łącznie w swojej karierze ma ich już 23, a aż 5 w konfrontacjach z Barceloną, czyli w meczach o najwyższym ciężarze gatunkowym. Ramos wszystko robi z niewinną miną i niewiele brakuje, by uwierzyć mu, że to serio dzieje się przypadkiem. Ale nie – Hiszpanowi i tak kilka razy się upiekło, gdy aż prosiło się, żeby szybciej odesłać go pod prysznic.

8. Gennaro Gattuso

Kto wie, być może kapitan w naszej drużynie. Nowy trener Milanu potrafił przez cały mecz skupić się tak naprawdę na tym, żeby rywalowi żyło się trudniej. Piłka w tym wszystkim nie zawsze była mu potrzeba. Miał swoje zajęcie, a przewinieniami potrafił ozdobić każde spotkanie. Swoją drogą to też sztuka, że gość był najlepszy w faulowaniu – tak, wiemy – dziwnie to brzmi. Gattuso był mistrzem w swoim fachu.

9. Zlatan Ibrahimovic

Zlatan to nie tylko piękne bramki, piętki i ego w kosmosie, ale i trochę partyzantki. Szwed potrafił upatrzyć sobie jakiegoś obrońcę i w odpowiednim momencie powalić go na boisko. Gdy ktoś zaszedł mu za skórę, to musiał mieć pewność, że prędzej czy później, ale w końcu sprawiedliwość zostanie wymierzona.

10. Piotr Świerczewski

Nasz polski ratlerek, który lubił nie tylko na boisku wszechstylowe walki wręcz. Świr kiedyś wracając wraz z Lechem Poznań z meczu zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie napotkał agresywnych kibiców Pogoni. Doszło do szamotaniny i obie strony stwierdziły, że najlepiej by było, gdyby spór rozstrzygnął się podczas bójki. Świerczewski kazał wybrać ultrasom największego kozaka, po czym jednym ciosem skasował go i połamał mu nos. Na boisku Świerczewski też raczej nogi nie odstawiał. Naszemu Rambo na pewno przydałby się taki piłkarz na dzisiejszy mecz z Chrobrym.

 

 

Zaczęliśmy od Arki, Leszka Ojrzyńskiego, jego filozofii futbolu i piłkarzach, w których wzbudza agresję i wolę walki. My pokazaliśmy wam gości, z którymi na pewno z chęcią opiekun Arki poszedłby na piwo. Wszystko oczywiście z lekkim przymrużeniem oka.

29 listopada o godzinie 18 mecz Arka Gdynia – Chrobry Głogów

Wygrana Arki: 1,54

Remis: 3,95

Wygrana Chrobrego: 5,4

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem