Zarówno krakowskiej, jak i tej z Płocka. To nie był „typowy poniedziałek z ekstraklasą”. Na stadionie „Nafciarzy” oglądaliśmy dobrze, emocjonujące widowisko, w którym od pierwszej do ostatniej minuty niczego nie można było być pewnym. Tak jak cała kolejka Ekstraklasy wyglądała jak postawiona na głowie, tak i w tym spotkaniu małych i dużych niespodzianek nie brakowało.

Już pierwszy gol był niespodzianką, bo otworzył go Jakub Bartkowski. Naszym zdaniem – najlepszy piłkarz tego meczu, który zawsze imponuje walecznością, ambicją i determinacją, a w Płocku dołożył do tego pewność w obronie, kilka bardzo udanych interwencji, a także zagrożenie pod bramką Thomasa Dahne – w tym jedno zakończone golem.

Takich piłkarzy nigdy się nie docenia. Nie miną czterech piłkarzy na pełnej prędkości, nie oczarują dzieciaków sztuczkami z YouTube’a, nie strzelą przewrotką z szesnastego metra. Ale są bardzo solidni. I warto na nich stawiać.

Żeby ktoś grał na fortepianie, ktoś musi ten fortepian nosić. Wiadomo, kto jest w drużynie Białej Gwiazdy pianistą najwyższej klasy – nie trzeba być futbolowym znawcą, wystarczy spojrzeć w klasyfikację strzelców. W Płocku, podobnie jak w Warszawie, próbowali pomagać Carlitosowi dwaj zawodnicy ustawieni za jego plecami: Tibor Halilović i Jesus Imaz. To oni dali Wiśle Kraków drugą bramkę.

W ostatnich spotkaniach (z wyjątkiem meczu z Legią Warszawa) brakowało zarówno grających, jak i noszących. Jakub Bartkowski jest gościem, który nosi bez żadnych pretensji. Nie kręci nosem, nie narzeka, nie płacze gdy siedzi na ławce. Robi swoje. I jeśli wykonuje swoją robotę tak, jak w Płocku, to miejsce na prawej stronie defensywy dla Polaka nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Lewą flankę zarezerwował sobie wieloma występami Maciej Sadlok, Bartkowski tylko go zastępuje. Trzeba powiedzieć, że w Płocku zrobił to bardzo godnie.

Pochwalić można (jak zawsze) będącego niemal wszędzie Pola Lloncha, a także (jak nigdy) Mitrovicia. „Ulubieniec” kibiców Wisły Kraków nie ma wśród nich najlepszej opinii, ale spotkaniem w Płocku trochę ją poprawił. O tym, że jego występ był przyzwoity, można się przekonać choćby czytając komentarze w 76. minucie meczu, w których kibice z Reymonta… dziwili się, że Carrillo zdejmuje go z boiska akurat dziś.

Wisła Kraków podzieliła się punktami ze swoją imienniczką z Płocka i choć jest to wynik absolutnie zasłużony, tak cały jego przebieg każe traktować ten remis z delikatnym wskazaniem na gości.

Płocczanie – jak na drużynę z czołówki ligi w tej kolejce przystało – grali momentami bardzo niedokładnie, chaotycznie, nieprzemyślanie. Widać to chociażby po statystyce celnych podań – zaledwie 73%, przy 85% skuteczności Białej Gwiazdy. I to pomimo tego, że przyjezdni wymienili między sobą piłkę niemal dwa razy częściej (272 podania do 446).

Paradoksalnie bliżej zdobycia kompletu punktów byli jednak gospodarze. Remis Białej Gwieździe wybronił Julian Cuesta, który wreszcie pokazał, dlaczego Michał Buchalik musi oglądać kolejny mecz z ławki rezerwowych. Kilkoma interwencjami w końcówce wyciszył dyskusję między kibicami na temat tego, kto ma strzec wiślackiej bramki w decydujących meczach sezonu.

Do wyrównania dość szybko doprowadził Alan Uryga, były piłkarz Wisły z Krakowa, który nie celebrował mocno swojego premierowego trafienia w Ekstraklasie. Z gola nie cieszył się drugi piłkarz, który debiutował na liście strzelców, czyli Tomasz Cywka. Tę powściągliwość również rozumiemy, bo trafił do swojej siatki. Cuesta był bliski tego, by „swojaka” koledze z drużyny oszczędzić, ale ostatecznie piłka trafiła do siatki, a to uderzenie ustaliło rezultat tego spotkania.

Lech, Legia i Jagiellonia mogą odetchnąć z ulgą: nie urodził się (jeszcze?) kolejny kandydat do grona ślimaków uciekających stojącemu peletonowi w wyścigu o mistrzowski tytuł. Kibice oglądali ciekawe widowisko i cztery bramki, które… nikomu nic nie dały. Wisła Płock może spokojnie, bez zbędnej presji dograć sezon z podniesionym czołem. W Krakowie takowy zakończy się prawdopodobnie po następnej kolejce.

W niej Biała Gwiazda będzie podejmować Legię Warszawa, a w takich meczach wiadomo, że tabela odchodzi na bok. Największym problemem będzie z pewnością kartkowa absencja najlepszego w środkowej strefie boiska Lloncha. Raczej nie uda się do tego czasu postawić na nogi Vullneta Bashę. Może czas porozmawiać z Radosławem Sobolewskim? Nogi nie odstawi, poziomem nie odstaje. I te ostatnie trzy słowa to najlepszy wniosek tego, co dzieje się obecnie w polskiej Ekstraklasie i 31. kolejce, którą zakończyły derby największej rzeki w Polsce.

Wisła Płock – Wisła Kraków 2:2
0:1 – Jakub Bartkowski
1:1 – Alan Uryga
1:2 – Tibor Halilović
2:2 – Tomasz Cywka