Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.
Jedni byli na krawędzi i niebezpiecznie balansowali między „być” i „nie być” w Lidze Mistrzów, chociaż ledwo zdążyli się nacieszyć jej fazą pucharową. Drudzy zagrali koszmarnie, nie mieli argumentów w postaci rezerwowych by obraz gry odwrócić. Gdy więc Cristian Eriksen strzelił bramkę na 2:2, wyraźnie mogliśmy zobaczyć, że taki rezultat odpowiada i Juventusowi, i Tottenhamowi.

Zaczęło się jak u Hitchcooka, czyli od trzęsienia ziemi, a później było tylko lepiej. I nowocześniej, bo chociaż na koniec piłkarze obu zespołów nieco zwolnili, to ciężko o lepszy cliffhanger (zabieg fabularny, polegający na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia, najczęściej zachęcający do obejrzenia następnego odcinka) przed rewanżem niż 2:2 w Turynie.

„Pipita” w całej krasie

Zaczął Gonzalo Higuain najlepiej, jak tylko mógł. Wielu po próbie uderzenia szukałoby nogi w siedemnastym rzędzie Juventus Stadium, a Argentyńczyk mógł cieszyć się z pierwszej bramki. Można winić piłkarzy Tottenhamu za złe krycie przy tym dośrodkowaniu Pjanicia, ale jeszcze gorsza była strata i faul kilkanaście sekund wcześniej w tej strefie boiska.

Gospodarze poszli szybko za ciosem, niczym rekin wyczuwający krew swojej ofiary i podwyższyli na 2:0. Wyszło doświadczenie – widać było, która drużyna dwa razy w ostatnich trzech sezonach grała w Lidze Mistrzów. Kto od pierwszej sekundy decydował się na niekonwencjonalne rozegrania akcji czy stałych fragmentów, a kto miał spętane nogi i głupio faulował w polu karnym.

Dziewiąta minuta, 2:0. Wydawało się, że to już koniec. Znamy kibiców, którzy w tym momencie sięgnęli po książkę, zaczęli słuchać ulubionej płyty lub oglądać ciekawy film. Teoretycznie emocji tu być nie powinno – Juventus w ostatnich 16 meczach stracił jednego gola, a w całym 2018 roku jeszcze Wojciech Szczęsny lub Gianluigi Buffon nie musieli wyciągać piłki z siatki. W drugiej połowie musieli dwukrotnie.

Powinni zamknąć ten mecz

Gonzalo Higuain rozegrał świetne zawody i kropka. Niezależnie od liczby strzelonych bramek czy zmarnowanych sytuacji – jego gra nie podlega żadnej dyskusji. Na temat skuteczności jednak można zakręcić nosem, chociaż początek miał przecież znakomity. Później jednak zmarnował setkę, którą sam sobie wypracował wymanewrowaniem zwodem „za zamach” defensorów gości, a tuż przed końcem pierwszej połowy zmarnował rzut karny.

W swoim stylu, bo nie jest tajemnicą to, że po pierwszym strzelonym karnym argentyński snajper drugiego strzela na siłę. Najczęściej w środek. Doskonale o tym wiedział Hugo Lloris, który co prawda nie musiał interweniować, bo Spurs uratowała poprzeczka, ale wyczuł intencje napastnika Starej Damy znakomicie. Skuteczność Higuaina była i tak wyższa, aniżeli Harry’ego Kane’a.

Anglika broni strzelona bramka, ale wprowadzenie w życie maksymy „do trzech razy sztuka” chluby najskuteczniejszemu napastnikowi świata w 2017 roku nie przynosi. Imponowała jego łatwość w dochodzeniu do tych trzech sytuacji, ale martwi fakt, że przez lwią część meczu nie miał absolutnie nic do powiedzenia. Został wyłączony przez defensorów Juventusu, choć ten od momentu strzelenia drugiej bramki (czyli ponad 80 minut) skupił się wyłącznie na bronieniu i oddał piłkę Tottenhamowi.

Taktyka okazała się zgubna, bo Stara Dama – podobnie jak jej as w ataku – powinna ten mecz zamknąć i mieć ćwierćfinał w kieszeni, a nie drżeć ze strachu przed nawet bramkowym remisem 1:1 na Wembley w rewanżu, który premiować awansem będzie Tottenham. W angielskich mediach żartowano już, że o 20:45 fani Tottenhamu cieszyli się z obecności w fazie pucharowej Champions League, a o 20:54 już zdążyli jej powiedzieć „do widzenia”.

Kosmita Dembele

Wielu się śmiało, ale sensu wyrzucania ich za burtę przy wyniku 0:2 nie było żadnego. Przecież gole na wyjeździe są bardzo ważne, a przy strzeleniu choćby jednego i wyniku 1:2 wystarczyło strzelić u siebie jedną bramkę i dowieźć ten wynik do końca, by awansować. Tak też pomyśleli piłkarze Mauricio Pochettino, którzy nie załamali rąk, tylko szybko otrząsnęli się po dwóch policzkach i nie dali się więcej nokautować.

Imponował nie tyle Kane, co Christian Eriksen do spółki… Nie, nie z Dele Allim, a Moussą Dembele. Przed sobotnimi Derbami Północnego Londynu pisaliśmy tak: „Moussa Dembele jest najbardziej niedocenianym środkowym pomocnikiem świata. Bardzo silny na nogach, świetny odbiór, wysoka celność podań, zmysł do gry kombinacyjnej. Tyleż świetny, co niezauważalny. Zwróćcie uwagę na tego zawodnika w dzisiejszym spotkaniu”. Potwierdził klasę wtedy, potwierdził i dzisiaj. Mózg drużyny. Jego statystyki mówią same za siebie, choć też nie w pełni oddają tego, z jaką gracją, orientacją na boisku i tempem porusza się czołg w drużynie Kogutów.

Każdą swoją stratę za chwilę rekompensował odbiorem, był nieuchwytny, regulował arytmię akcji Tottenhamu. Środkowy pomocnik kompletny. Zagarnął środek boiska dla siebie. Schował do kieszeni beznadziejnego dziś Samiego Khedirę (66 minut, 19 kontaktów z piłką, 13 podań, 7 celnych – 53%), chociaż niewielu zawodników Starej Damy można dziś pochwalić. Do tego grona nie zaliczy się nawet Gianluigi Buffon, który zdecydowanie zawinił przy ostatniej bramce meczu.

Ostatni raz Juventus tak szybko rozprawił się z angielskim zespołem w 1999 roku, kiedy strzelił dwie bramki Manchesterowi United. Z 2:0 zrobiło się 2:3 i brakowało tylko chęci ze strony Tottenhamu, by ten mecz zakończył się identycznie. Niby piłkarze Mauricio Pochettino nadal mieli kontrolę, ale po bramce Eriksena ten błysk w oczach zwiastujący chęć strzelenia kolejnej bramki zniknął. Była dobra okazja na to, by wykorzystać kłopoty kadrowe Juventusu (fatalni rezerwowi, choć lepszych nie było) i jego słabą, chaotyczną i kunktatorską postawę.

544 wymienione podania na stadionie rywala-faworyta, przy 222 zagraniach do parnetów w Juventusie, to bardzo dobry wynik. Dający jednocześnie niedosyt (można było tę przewagę przekuć w zwycięstwo), jak i uczucie ulgi zmieszane z radością (wyszli z paszczy lwa i pozostali na powierzchni, mimo katastrofalnego początku). Dla słabego Juventusu remis też nie był złą opcją, którą – z wyjątkiem niezmordowanych Douglasa Costy i Higuaina – wszyscy grający w biało-czarnych pasach zaakceptowali. My również kiwamy głową z zadowoleniem, bo to oznacza jedno: szanse przed rewanżem 50 na 50 i ogromne emocje, których sporą namiastkę oglądaliśmy już dziś.

Bartłomiej Stańdo