Wynik gorszy, lepsza gra… Czego zabrakło Widzewowi?

Nie licząc spotkania ze Stalą Rzeszów, to był prawdopodobnie najlepszy mecz Widzewa w tym roku. "Co z tego, skoro zakończony remisem?", słusznie zapyta część kibiców. Podziałem punktów, który prześladował łodzian wiosną, był przyczyną żartów czy memów. Ten jest jednak inny od poprzednich. Daje nadzieje, że w drużynie nie tylko coś drgnęło, ale stale wprawiło w ruch. 

Poprzedni mecz domowy został zwieńczony okrzykiem: „Taki Widzew chcą trybuny!”. W nim zawiera się wszystko, właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. Poprzeczka została zawieszona dość wysoko i o mały włos nie została strącona w następnej kolejce z Legionovią. Meczu o wiele niższym poziomie nie tylko sportowym, ale i zaangażowania od pierwszego gwizdka sędziego. Jak gdyby coś w Widzewie zaskoczyło, ale jeszcze nie objęło wyjazdów.

W Legionowie przeciętny występ zakończył się zwycięstwem, teraz natomiast po dobrej grze RTS stracił punkty. Dlaczego?

Po pierwsze: szczęście. W tym przypadku to nie wymówka rodem z podwórka, kiedy to za każde niepowodzenie obarczało się „przekorny los, który gra w pokera i raz mi daje, raz zabiera”. Niejeden wybitny piłkarz podkreślał też, że w piłce nożnej nie ma czegoś takiego jak „szczęście” czy jego brak, tylko niedokładność, niedobór umiejętności, koncentracji etc.

Futbol jest jednak często grą błędów, a ten w polskim wydaniu na trzecim poziomie rozgrywkowym – również przypadku. Szczęścia Widzewowi naprawdę brakowało. Jak bowiem nazwać to, że Wojciech Pawłowski – bohater dwóch poprzednich meczów – nie interweniował ani razu w poważnej sytuacji, a jednak wyciągał piłkę z siatki? I to po uderzeniu, które obarcza go winą? Do spółki z ogranym na skrzydle Kosakiewiczem oraz bierną i źle ustawioną defensywą, ale był to strzał „w krótki róg”, który Pawłowski powinien obronić. Garbarnia oprócz tego nie zmusiła go do interwencji przez cały mecz, a jednak wywiozła z Serca Łodzi cenny punkt.

Nie miałoby to jednak aż tak dużego znaczenia gdyby nie fakt, że Widzew również zdobył tylko jedną bramkę. Tylko, bo okazji ku temu miał znacznie więcej.

I znów wracamy do szczęścia: czy właśnie tego nie zabrakło Danielowi Tanżynie, gdy jego strzał głową wylądował na słupku? Marcinowi Robakowi, gdy o centymetry minął bramkę po niezłej akcji Radwańskiego i Kosakiewicza? Albo Mateuszowi Możdżeniowi w pierwszej połowie, gdy huknął na bramkę Garbarni tak, że słupek trzęsie się przy Piłsudskiego do tej pory, a wszystkim przed oczami stanął gol z Manchesterem City?

Środkowy pomocnik Widzewa, który odmienił oblicze zespołu już od pierwszej minuty w czerwono-biało-czerwonych barwach, nie lubi wracać do tej bramki. W trzecim spotkaniu mógł sprawić, że wszyscy w Łodzi by o niej zapomnieli, a najświeższe w pamięci byłoby piękne trafienie z Garbarnią. To, jak wiele Możdżeń znaczy dla drużyny widać w momencie, gdy schodzi. Dochodzimy tu do drugiego powodu: braku opanowania. I nie mamy tu na myśli nadmiernego spokoju skutkującego ślamazarnością, brakiem przyspieszenia czy podejściem „nic się nie dzieje”.

Możdżeń daje ten pozytywny spokój w środkowej strefie boiska. Taki, który nie wyklucza szybkiej gry, ale jest ona mimo to przemyślana.

Nie skazuje Widzew na grę „na udo”, czyli „albo się udo, albo się nie udo”. Daje pewność, że utrzyma arytmię gry, odpowiednie tempo, nie będzie głupio tracił piłek ani zbyt długo zostawiał futbolówkę przy nodze. Gra Widzewa z Możdżeniem w centralnej części boiska często sprawia, że takowa po prostu jest płynna (albo: znacznie płynniejsza niż wcześniej). Gdy Możdżeń z boiska zszedł, wróciły demony z przeszłości. Szarpana, rwana, nieco chaotyczna gra nie zakończyła się bramką, choć mogła – Widzew miał przecież dwie okazje.

Być może w tym lekkim zamieszaniu jak ryby w wodzie czuliby się ci, którzy dali trzy punkty w pierwszej kolejce tego sezonu, czyli Przemysław Kita i Christopher Mandiangu? Szybcy, zwrotni, mocno ofensywni, idealni na podmęczonego rywala. Ten pierwszy wraca po kontuzji. Ten drugi ma za sobą dwie słabsze zmiany, ale wiatru przez nich robionego zdecydowanie brakowało.

Trzeci powód to właśnie złe zmiany.

Mandiangu na boisku nie pojawił się w ogóle, zaś Kita zdecydowanie za późno, bo na ostatnie dziesięć minut. W dodatku końcówka ta co chwila przerywana była przez leżących na ziemi piłkarzy gości. Z tego też powodu impuls trzeba było wysłać wcześniej. Albo dobijając rywala przy stanie 1:0, albo goniąc wynik po wyrównaniu gości. Ten remisowy jest przecież na Widzewie niekorzystny.

Choć gra łodzian długimi momentami korzystna już była. Mogła się podobać, bo daje nadzieje, że przy utrzymaniu jej poziomu z pierwszej godziny spotkania punktowanie „za trzy” nie powinno stanowić takich problemów, jak do niedawna…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem