Wy zaczynacie grać, a ja dzwonię po karetkę…

Marcin, mając zaledwie pięć lat, stracił wzrok w wyniku choroby. Mimo tego, zrobił w życiu więcej niż niejeden z nas. Być może więcej niż większość - i nie zamierza na tym poprzestać. Przez 14 lat trenował pływanie. Jest trzykrotnym mistrzem świata, uczestnikiem igrzysk paraolimpijskich w Londynie oraz Pekinie, prezesem fundacji, dziennikarzem sportowym. Wreszcie znakomitym ambasadorem osób niepełnosprawnych i kapitanem drużyny Wisła Kraków Blind Football.

O tym, co dla grupy znajomych, przyjaciół uprawiających tę specyficzną odmianę futbolu, oznacza wejście pod szyld Wisły Kraków, o życiu bez barier i cieszeniu się sportem, rozmawialiśmy z Marcinem Ryszką. Zapraszamy!

Jeden z twoich kolegów z drużyny ma powiedzenie, że blind football to połączenie hokeja i rugby, bo – wbrew pozorom – jest sportem wręcz momentami brutalnym. Zgadzasz się z takim stwierdzeniem?

Może nie brutalnym, ale to z całą pewnością dyscyplina kontaktowa i bardzo fizyczna. Mogę śmiało powiedzieć, że dla osoby niewidomej, nie ma trudniejszej do trenowania. Przede wszystkim musisz być bardzo wydolny, bo jest dużo biegania. Musisz mieć dobry słuch i orientację, tak że gdy zakręcisz się kilka razy wokół własnej osi, dalej wiesz gdzie jest prawa i lewa. Do tego dochodzą zdolności stricte piłkarskie – prowadzenie piłki, strzał, przyjęcie – i podzielność uwagi.

Słuch jest kluczowy?

Prowadząc piłkę, muszę cały czas słyszeć przeciwnika, muszę słyszeć kolegę z drużyny, podpowiedzi trenera oraz nawigatora za bramką. Zdarza się, że zawodnik ma świetne prowadzenie piłki, ale brakuje mu pozostałych cech. Inni znakomicie sobie radzą słuchowo, ale gorzej piłkarsko. Jak w normalnej piłce: im więcej cech masz na wysokim poziomie, tym jesteś lepszy.

Najlepsi, z jakimi miałeś styczność – jaki to poziom?

Kiedy stajesz koło topowego zawodnika, na przykład z Rosji, masz wrażenie, że to jest gość, który przeszedł cały system szkolenia w Ajaksie Amsterdam. Rzut wolny w samo okienko, znakomicie ułożona noga, przyjęcie w pełnym biegu. Na jednym z turniejów, na którym byliśmy, Anglicy grali w GPS-ach, jak profesjonaliści. Na dziś, to jest dla nas kosmiczny poziom.

Silne piłkarskie marki w Europie mają swoje sekcje blind football?

Są takie przykłady: Anderlecht Bruksela, Schalke 04, St. Pauli, Bordeaux, Borussia Dortmund. Niemcy, Anglicy czy Hiszpanie mają normalne ligi krajowe. W Brazylii są trzy ligi z systemem awansów i spadków. W Argentynie… trzy ligi kobiet!

A w Polsce?

Niestety, funkcjonują tylko dwie drużyny: Wisła Kraków oraz Śląsk Wrocław. Są zalążki zespołu w Warszawie. Kiedyś istniał również w Chorzowie, ale chyba zabrakło wytrwałości i pasjonatów, którzy by tam ten temat ciągnęli.

Tobie udało się nie tylko tę pasję podtrzymać, ale włączyć drużynę działającą w ramach fundacji, pod skrzydła Wisły Kraków.

Nie ukrywam, że naszą cichą inspiracją była Legia Warszawa, gdzie do klubu wcielono sekcję AMP Futbol. Któregoś dnia, jadąc z chłopakami na trening, podniosłem ten temat, ale nie spodziewałem się, że może się udać.

Ówczesny prezes Wisły – Rafał Wisłocki zapalił się do tego pomysłu.

Rzeczywiście, bardzo to szybko podłapał i pomijając sprawy formalne, droga od planu do realizacji była błyskawiczna. Od kwietnia 2019 roku jesteśmy drużyną Wisły Kraków Blind Football.

Co to dla was oznacza, poza oczywistym prestiżem?

Jako fundacja, opieraliśmy się na środkach publicznych. Opłacaliśmy sprzęt, 10 – 12 wyjazdów rocznie, więc z jednej strony budżet był spory, ale na niektóre rzeczy zawsze brakowało. Trudno było o prywatnych sponsorów. Dziś czujemy się jak prawdziwi wiślacy. Mamy białą gwiazdę na koszulkach. LV BET bardzo szybko wykazał chęć wsparcia nie tylko pierwszej drużyny, ale też naszej. W ciągu kilku tygodni, jako Wisła Kraków blind football, odbyłem więcej spotkań, niż wcześniej przez lata. Świetnie zaangażowali się w ten projekt również kibice – przychodzą na nasze mecze, Socios Wisła niesamowicie pomogła m.in. w dostosowaniu boiska przy Placu na Groblach. Chociaż nie chcę, żeby to brzmiało w ten sposób, że szukamy tylko pieniędzy i ta współpraca przynosi nam jednostronne profity. My chcemy żyć z tym klubem. Być jego częścią.

Są w waszym gronie kibice Wisły?

Prawie każdy z nas przewinął się w dzieciństwie przez ośrodek dla niewidomych przy ulicy Tynieckiej, skąd bardzo często jeździliśmy na Reymonta. Nasz wychowawca, śp. Henryk Kot, nawiązał z klubem bardzo fajną współpracę, regularnie zapraszał piłkarzy. Przyjeżdżali do nas Tomek Frankowski, Maciej Żurawski, Arek Głowacki, Kazimierz Moskal – więc siłą rzeczy los drużyny nie był nam obojętny. Przejmowaliśmy się, gdy klub walczył o życie.

Wyszliśmy od tego, że w Polsce istnieją tylko dwie takie drużyny. Skąd zatem brać przeciwników?

Trzeba jeździć za granicę. W 2015 roku założyliśmy sobie, że musimy wybierać jak najmocniej obsadzone turnieje, w których grają drużyny, od których możemy się uczyć. W 2017 roku przystąpiliśmy do międzynarodowej ligi, w której występują zespoły z Krakowa, Wrocławia, Pragi, Brna, Budapesztu i Wiednia. Kluby organizują turnieje w systemie „każdy z każdym”. To daje po pięć meczów w sześciu miastach, czyli łącznie trzydzieści spotkań w sezonie. W dwóch edycjach zajęliśmy drugie miejsce.

Idealnie wpisujecie się w projekt PZPN „Piłka dla wszystkich”. Ty sam jesteś znakomitym ambasadorem osób niepełnosprawnych. Wybiegasz daleko z planami?

Mierzę siły na zamiary. Przez 14 lat trenowałem pływanie. Niesamowity zajazd, po 11 jednostek treningowych w tygodniu. Zostałem mistrzem świata. Żałuję, że nie zdobyłem medalu na igrzyskach, mimo że byłem i w Londynie, i w Pekinie. Natomiast ogólnie czuję się sportowcem spełnionym i muszę przyznać, że w blind footballu szukam czegoś innego. Nie chcę, żeby zabrzmiało, że mam wywalone na wyniki. Jako kapitan drużyny wymagam zaangażowania i walki, nie interesują mnie porażki, ale jako zawodnik wszedłem do tej dyscypliny za późno i moje cele są inne. Chciałbym, żeby polska drużyna wystąpiła kiedyś na igrzyskach paraolimpijskich, na które kwalifikują się zaledwie dwie najlepsze drużyny z każdego kontynentu. Jeśli chcemy się do tej czołówki włączyć, już teraz musimy szukać 10 – 12-letnich chłopaków, którzy za kolejne 10 lat będą na podobnym poziomie.

Praca z dzieciakami, jak w normalnym futbolu?

Od podstaw. W Polsce blind football nie istniał, kiedy w innych krajach już się rozwijał i niektórzy trenowali go od dzieciaka.

Ty jak często trenujesz?

Trzy razy w tygodniu i w przeciwieństwie do niektórych momentów w pływaniu – robię to z największą przyjemnością. Czasem przez cały dzień są jakieś tematy, dużo zajęć w pracy, chciałoby się odpocząć, a i tak na koniec bierze się torbę i idzie na trening. Gdy mam dłuższą przerwę, jak ostatnio z powodu kontuzji, to od razu czuję, że mojemu organizmowi czegoś brakuje.

Jakie są najczęstsze kontuzje w blind footballu?

Skręcenia, stawy skokowe plus wszystkie wynikające ze zderzeń. Mamy w drużynie chłopaków, jak Mateusz Krzyszkowski, którym zawsze się coś musi przytrafić. Jak nie oko podbite, to łuk brwiowy rozcięty, jak nie łuk to nos złamany. Ale jest chłopak twardy. Kamil Gapiński, komentując finał mistrzostw Europy w Krakowie, nazwał go kiedyś Kamilem Glikiem polskiej reprezentacji i rzeczywiście tak jest. Choć ostatnio potrafił pójść na trening pokazowy i złamać mały palec u ręki!

To prawda, że im wyższy poziom, tym urazów jest mniej?

To wynika z doświadczenia i kultury gry. Gdy zaczynaliśmy, trener pozwolił nam na gierkę dopiero po kilku tygodniach. Prosiliśmy, w końcu mówi: „dobra, wy zaczynacie grać, a ja dzwonię po karetkę”. Jak wszyscy ruszyli do piłki to aż się dymiło.

Reportaż Gazety Wyborczej uświadomił mi, jak inną, jako niewidomi, macie boiskową percepcję. Komentarze w stylu: „od tego obrońcy waliło wódką”, „tamten dobrze zbudowany, taki mięciutki w dotyku…”.

To jest bardzo kontaktowy sport. Na początku trudno było mi do tego przywyknąć, że wchodzisz ciało w ciało z obcym gościem, którego nawet nie widzisz. Przyklejasz się do niego klatką piersiową. Zdarza się, że jeśli często gramy mecze z danym rywalem, to po posturze zawodnika wiem już z którym mam do czynienia.

W jakim stopniu w blind footballu da się w ogóle koncentrować na rywalu?

Zdarza, że zmieniamy taktykę pod zawodnika czy reagując na to, jak gra przeciwnik, jednak własna organizacja jest kluczowa. Wszystko opiera się na schematach, które trzeba mieć jak najlepiej opracowane. Praca na treningach jest mega żmudna.

I znów wracamy do tego, że oparta na słuchu.

Mamy ustalone komendy. Trener podpowiada w strefie środkowej – na przykład, że jest strata i musimy odbudować formację. W strefie obronnej taką rolę pełni bramkarz, a w ataku – „guide” za bramką. Napastnik, który słyszy, że rywale oddali niecelny strzał, musi sobie już szukać wolnej przestrzeni. Dlatego publiczność, teoretycznie, powinna zachowywać się tak jak w tenisie.

Dopóki piłka w grze, powinno być jak najciszej.

Choć czasem w stresie ten głos i tak nie dociera. Zdarzało mi się mieć pretensje do kolegi albo trenera o to, że czegoś nie podpowiedział, że jest za cicho, a potem siadałem na ławkę i okazywało się, że krzyczy tak, że słychać go na Rynku Głównym.
Odbierz 20 PLN na start w LV BET
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem

Masz za sobą poważną sportową przeszłość. Startowałeś na wielkich imprezach – igrzyskach, jesteś mistrzem świata. Natomiast zakładam, że dla wielu chłopaków z drużyny Wisła Kraków Blind Football sama prezentacja waszej drużyny przed kilkunastoma tysiącami kibiców, w przerwie meczu z Górnikiem Zabrze, mogła wywołać ciarki.

No jasne. Mnie też łezka zakręciła się w oku. Zwłaszcza, gdy szliśmy wokół boiska i przechodząc obok sektora kibiców Górnika, usłyszałem, że oni też biją nam brawo. Fajnie, że nikt nas nie wygwizdał, choć byliśmy obcą drużyną.

Jesteście zbiorem różnych życiowych historii. Są wśród was niewidomi od urodzenia, którzy nigdy nie widzieli meczu i blind football to ich jedyne wyobrażenie o piłce?

Oczywiście. Kiedyś mieliśmy chłopaka, który grał u nas dwa lata i dopiero po tym czasie dowiedział się, dlaczego w piłce jedenastoosobowej jest korner. Myślał, że za każdym razem, gdy piłka opuści boisko. Temat spalonego dla niewidomego też może być abstrakcją. To tak jak osobie, która nie widzi od urodzenia, nie jesteś w stanie wytłumaczyć kolorów.

Straciłeś wzrok w wieku pięciu lat, więc zakładam, że Twoje wspomnienia też nie są bogate.

Mam pojedyncze przebitki. Pamiętam jak wyglądało boisko, linie, piłka w biało – czarne łaty. Zdarzyło mi się być z rodziną na jakimś meczu A-klasy, ale muszę przyznać, że gdy oglądam mecz z udziałem pana Strejlaua i słyszę o podaniu diagonalnych, to już jest dla mnie czarna magia.

Tu akurat nie różnisz się od wielu widzących.

Ale na serio – długo nie wiedziałem, co to znaczy zagrać do kogoś „na ścianę” albo „puścić kogoś w uliczkę”. Brat musiał mi dopiero wyjaśniać na zasadzie kubków czy szklanek.

Jak ta pasja się u ciebie narodziła?

Sport jest w moim życiu od zawsze, bo dziadek był działaczem, a dwaj bracia grali w polskiej „Serie A”. Do dzisiaj mam tak. że najlepiej czuję się na meczu niskiej ligi. Kiedy usiądę na ławeczce przy plotku, który jest metr od linii boiska, wiem praktycznie wszystko. Słyszę jak piłka chodzi, słyszę podpowiedzi zawodników, wiem która drużyna miała przewagę, że ktoś właśnie wrzuca ze skrzydła, ale akcję przecina obrońca. Na dużym stadionie jest trudniej. Wtedy najczęściej idę z odpalonym radiem na słuchawce i mam klimat w postaci śpiewów kibiców. Nie wyobrażam sobie jednak pójścia na stadion i zrobienia z tego jakiejś dziennikarskiej roboty.

Świat technologii poszedł na tyle do przodu, że wszystko dookoła jesteś w stanie idealnie ograć. Statystyki, opinie. „Czytasz”, odpisujesz na wiadomości, obsługujesz Twittera.

To prawda. Po meczu mogę zapoznać się z Instatem, z liczbami, które czasem mylą, ale jednak coś mówią o meczu. Nigdy nie koncentruję się na rozmowach pt. „Czy był spalony?” albo „jaka to piękna bramka”, bo byłoby to z mojej strony komiczne. Jednak w piłce jest tak dużo innych aspektów, że zawsze znajdę jakieś miejsce dla siebie. Kiedyś rozmawiam z Piotrem Świerczewskim i on mnie pyta: „a widział pan te sytuację? Był ten spalony czy nie?!” (śmiech).

Na szczęście masz do tego dystans.

Potrafię się z siebie śmiać, nie ma żadnego problemu. Bardziej wkurzam się, gdy na wywiad przychodzi jakiś średnio rozgarnięty dziennikarz, który nie poświęcił nawet pięciu minut, żeby się przygotować. Kiedy sam przeprowadzam wywiad jako dziennikarz i ktoś się zapomni, powie coś śmiesznego – nie ma tematu. Zazwyczaj nawet nie mówię, że jestem osobą niewidomą, bo co to ma dla rozmówcy do rzeczy? W wyjątkowych przypadkach. Kiedyś rozmawiam z Kazimierzem Moskalem i dopiero na koniec pytam:
 
– A pamięta pan, jak sam grał w Wiśle i przychodził na spotkania z niewidomymi do ośrodka na Tynieckiej?
– Tak, tak, pamiętam.
– No to ja jestem jednym z tych gówniarzy, który się tam z panem spotykał.
 
To niezwykle miłe, że teraz możemy być częścią tego klubu, że przychodzi choćby Arek Głowacki, jako pierwszy wyciąga rękę i mówi „cześć chłopaki”.

W sierpniu uczestniczyłeś w spotkaniu z nowym prezesem Wisły SA – Piotrem Obidzińskim. Co z niego wynika dla sekcji?

Wszystko, co ustaliśmy z Rafałem Wisłockim, zostało utrzymane, czyli my bierzemy czynny udział w życiu klubu, angażujemy się w różne akcje, robimy treningi pokazowe, uczestniczymy w zajęciach z juniorami. Z kolei Wisła swoimi kanałami stara się pozyskiwać środki oraz firmy zainteresowane wspieraniem nas. Nie mamy podejścia: „jesteśmy niewidomi, dajcie pieniądze”. Chcemy, żeby ta współpraca obu stronom przynosiła profity.

 

Rozmawiał Paweł Muzyka

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem