Wrócił stary, dobry Mourinho. W Turynie wreszcie ostry i kontrowersyjny, a nie żenujący

Rzutem na taśmę Manchester United pokonał Juventus w Lidze Mistrzów, a bohaterem tego spotkania zostali nie tylko zdobywcy dwóch bramek na wagę trzech punktów, ale trener gości, Jose Mourinho. Wszyscy mówią o geście, którym odpowiedział gwiżdżącym na niego kibicom, pokazując, że chce usłyszeć ich jeszcze głośniej.

Kariera trenera to nie jest bułka z masłem. Ciągłe zmaganie się z presją, kibicami, dziennikarzami, wynikami… To nieustanny spacer po polu minowym. Niektórzy tak bardzo chcą pokazać pewność siebie, że zaczynają przez to pole biec. Gdy im się udaje, prowadzą przy okazji wojny słowne z innymi trenerami, stosują gierki, są butni i aroganccy. Tak, jak Mourinho.

Po kilku wybuchach od potknięć i upadków na miny, wreszcie wstał i pokazał, kim zwykł być. The Special One, nie The Special Once…

Często ostatnio wzbudzał poczucie żenady. Dziwiliśmy się, że ktoś potrafi zdyskredytować wielki klub, w którym aktualnie pracuje i wciąż pozostać na stanowisku. Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów w ubiegłym sezonie mówił: – Siedziałem na tym krześle dwa razy w Lidze Mistrzów i eliminowałem United z tych rozgrywek. Siedziałem na tym krześle jako menadżer FC Porto, Manchester United odpadł. Siedziałem na tym krześle jako menadżer Realu Madryt, Manchester United odpadł. Nie sądzę więc, by było to coś nowego dla klubu.

Czulibyśmy zażenowanie, gdyby na konferencji prasowej w tym stylu wypalił trener jakiejkolwiek drużyny w B-Klasie, a mówimy przecież o Manchesterze United. 20 tytułów mistrzowskich, tabuny legendarnych piłkarzy, sir Alex Ferguson, tragedia w Monachium i spektakularny powrót po tamtych, przykrych wydarzeniach, triumfy w europejskich pucharach, końcówka finału z Bayernem Monachium…

Kawał historii futbolu, którą niewątpliwie Mourinho też jest, ale nieporównywalnie mniejszą od swojego pracodawcy. Ten mógł powiedzieć mu: „Jose, przecież siedziałeś na tym krześle już dwa razy! Zostałeś wywalany z Chelsea, zostałeś wywalany z Realu, więc i my pokazujemy ci drzwi. Nie sądzimy, żeby było to dla ciebie nowością”. Mógł, ale nie powiedział. Zostawił go na nowy sezon, wesprze go zimą, krótko mówiąc: stoi za nim murem.

To olbrzymi kredyt zaufania dla Portugalczyka zważywszy na fakt, że gry jego drużyny zwykle nie da się oglądać. Piach trzeszczy w zębach, wyników nie ma, nikogo nie wypromował. Głośno domaga się transferów – zupełnie, jakby w ostatnich latach miał do dyspozycji 15,99 zł, a nie setki milionów funtów na pozyskiwanie nowych graczy. O wychowankach, młodych talentach, najlepszych produktach akademii Manchesteru wypowiada się skandalicznie.

Zwycięski mecz z Juventusem w Turynie przyniósł chyba jednak przełamanie – przynajmniej u samego Jose. Po raz pierwszy od dawna widać było w nim błysk, iskrę, energię.

Wrócił ten, którego nie sposób było nie szanować. Widzieliśmy już wiele z jego strony, często stosował syndrom oblężonej twierdzy – „wszyscy źli, uwzięli się na nas”… To miało jasny cel – zjednoczyć drużynę. Często na siebie zwracał uwagę mediów po to, by jego piłkarze mieli czyste głowy. Robił to po mistrzowsku. W Turynie wywołał skandal? Prowokował kibiców?

Zwróćmy jednak uwagę, że dziś głównie mówi się tylko o tym. Zdjęcie presji z piłkarzy, poziom: Mourinho. Portugalski szkoleniowiec stanął na środku boiska i przyłożył rękę do ucha, pokazując, że chce jeszcze głośniejszych gwizdów. Wywiązała się mała kłótnia, w której uczestniczył choćby Leonardo Bonucci, a Mourinho został sprowadzony do szatni.

– Wykonywałem swoją pracę, ale byłem obrażany przez całych 90 minut. Nie dość, że obrażano mnie, to jeszcze moją rodzinę i mój były klub, Inter Mediolan. To nie było dobre. Wykonałem gest pokazujący, że teraz też chcę usłyszeć przyśpiewki na swój temat – powiedział po meczu Mourinho, który po tej końcówce zdecydowanie odżył. Znów widzieliśmy tego The Special One, którego pamiętamy z Porto, Chelsea czy Interu.

To był stary, dobry Mou, a nie sfrustrowany starszy pan, który nie może dojść do porozumienia z otaczającym go światem. Kiedyś z nim wojował i wygrywał, ostatnio się tylko ośmieszał. W Turynie nastąpiła ponowna zmiana ról. To on znów był tym, który się śmieje:

Pytany o tę sytuację z prowokacjami kibiców Juve, zadał ciekawe pytanie, mając na myśli oczywiście to, że był przez cały mecz lżony z trybun. – Rozumiesz włoski? – zapytał Mourinho dziennikarki, która odpowiedziała przecząco. – Poproś angielską federację, żeby dla ciebie przetłumaczyła.

Świetnej spostrzeżenie na Twitterze Tomasza Ćwiąkały: – Mourinho nie umie ani wygrywać, ani przegrywać z klasą, ale gdyby każdy był grzeczny, umarlibyśmy z nudów. Przynajmniej będzie o czym rozmawiać.

To prawda. Często się z nim nie zgadzamy, na grę jego drużyny nie możemy patrzeć, ale gdyby nie istniał – trzeba byłoby go wymyślić. Tęskniliśmy, Jose.