Wiślacki paradoks: mieć świetnego napastnika i bardzo słaby atak

O tym, że to nie będzie najlepsze spotkanie roku, można było się przekonać już po pierwszym spojrzeniu na murawę. Cudów nie ma, a że temperatura wskazywała minus dziesięć stopni Celcjusza, to należało się spodziewać przypadkowych zagrań, bardziej kopnięć niż strzałów oraz przewagi cech wolicjonalnych nad tymi piłkarskimi.

Bramek nie zobaczyliśmy, ale przynajmniej dwukrotnie było bardzo blisko, by Jakub Szmatuła lub Michał Buchalik wyciągali piłkę z siatki. Ten drugi uratował się sam, tego pierwszego zaś najlepszy aktor tego zimowego widowiska, czyli Jakub Czerwiński. Rosły obrońca był dzisiaj nie do przejścia, a ponadto niewiele brakowało, by sam wpakował piłkę do siatki.

Dziś schował do kieszeni Carlitosa, a przecież tego nie da się zrobić ot, tak. Chociaż to nie był jedyny powód tego, że kibice Wisły ani razu nie wyskoczyli do góry po zdobytej bramce…

Permanentna irytacja

Hiszpański napastnik to fenomen, perełka, która trafia się raz na kilka lat. Ma niemal wszystko, włącznie z tym, co w piłce nożnej najważniejsze – smykałkę do strzelania bramek. Niemal połowa trafień Białej Gwiazdy w tym sezonie to gole właśnie Carlitosa, który – jeśli doliczyć asysty – maczał palce w 21 z 34 bramek w trwających rozgrywkach.

Jak zamienić sukces w problem? Wisła pokazuje i objaśnia, opierając całą swoją ofensywę na jednym człowieku. I to dosłownie, bo Carlos Lopez jest jedynym napastnikiem nie tylko na papierze. To nie typowa „dziewiątka”, ani też lis pola karnego, którego zawsze można zobaczyć między dwójką stoperów, na granicy spalonego bądź w „szesnastce” rywala. Raczej wolny elektor, który hurtowo strzela, ale ciągnie go w różne rejony boiska.

Dlaczego często schodzi do boków lub cofa się do środka? Bo brakuje mu wsparcia. Wygląda, jakby był postawą kolegów ciągle zirytowany i trudno mu się dziwić. Imaz i Boguski to teoretycznie zawodnicy mogący grać nawet w linii ataku, ale w praktyce często widzimy obraz osamotnionego Hiszpana z „dziesiątką” na plecach otoczonego czteroma defensorami. W takich realiach, ze zmarzniętą w dodatku murawą i będącym w wyśmienitej formie Czerwińskim na plecach, musiał szukać innych rozwiązań niż czekanie na cud.

Jeśli schodził do linii bocznej lub próbował rozgrywać – brakowało kogoś, kto zajmie jego miejsce i będzie: po pierwsze, zajmował uwagę obrońców Piasta i robił miejsce kolegom z drużyny; po drugie – próbował wykończyć akcje, w lwiej części rozgrywane przez Carlitosa. Tego brakowało tak, jak Wiśle brakuje napastnika (przynajmniej jednego). Kogoś, z kim hiszpański gwiazdor Białej Gwiazdy będzie mógł wymienić kilka podań, oddać mu piłkę wysuwając się na wolne pole albo mieć na kogo dośrodkowywać.

Wisła ma genialnego napastnika, ale ataku – za grosz.

Podobnie, jak nie miała dzisiaj jakiejkolwiek głębi bądź wyżyny w środkowej strefie boiska. Pol Llonch już w meczu z Arką pokazał się ze znakomitej strony, dziś również był nieźle dysponowany. Problem polegał na tym, że nie nadążyli za nim Cywka i Mitrović, przez co i sam Llonch opuścił nieco loty. Najbardziej w grze Wisły rzucała się gra w linii trójki środkowych pomocników. Jeżeli Piast atakował z kontrataku, mijał jednym podaniem całą trójkę. Jeśli atakowała Wisła, nie miała jak popchnąć akcji do przodu, bo wszyscy ustawieni byli przerażająco często w jednej linii.

Wiele można wybaczyć przez nienajlepszą pogodę czy nierówną murawę, ale niektórych puścić płazem nie można. Tym bardziej, że wszyscy 22 zawodnicy mieli takie same warunki do gry w piłkę. Podobać mógł się w Wiśle niezwykle ambitny Jakub Bartkowski, który zaczął dość niepewnie, ale rósł z każdą minutą. Wielokrotnie ratował zespół swoimi interwencjami. Oddał sporo zdrowia i serca, co w tych okolicznościach miało podwójne znaczenie. Na pewno znacznie większe, niż sztuczki techniczne czy dryblingi – przy takim stanie murawy każda niemal próba takowych skazana była niepowodzenie. Za każde charakterne i waleczne interwencje należały się natomiast brawa, które często w myślach Bartkowskiemu biliśmy.

Po drugiej stronie był Maciej Sadlok – nie tylko taktycznie, ale i biorąc pod uwagę dyspozycję dnia. Każda groźna akcja Piasta „szła” jego stroną, często zostawał w tyle, niewiele dał dzisiaj z przodu. Słabszy występ zawodnika, który przyzwyczaił nas do niemal reprezentacyjnej formy. Dziwne było natomiast to, że Wisła przez cały mecz próbowała częściej grać tą stroną boiska, które było zaśnieżone. W pierwszej połowie po zielonym fragmencie murawy biegał Sadlok, więc… grano ciągle prawą stroną Bartkowskiego. W drugiej role się odwróciły i częściej próbowano budować ataki lewą, oczywiście bardziej zaśnieżoną, stroną boiska.

Piasta nieco ożywił Michal Papadopoulous, a przejście na formację z dwoma napastnikami należy uznać za dobry ruch trenera Waldemara Fornalika. Biała Gwiazda wymieniła blisko dwa razy więcej podań i były to podania o około dziesięć punktów procentowych dokładniejsze niż te gospodarzy, ale to nie przełożyło się na sytuacje podbramkowe. To Piast był konkretniejszy pod bramką rywala i jeśli remisy zostałyby nagle zabronione, a sędziowie – niczym w boksie – po 90 minutach decydowali, komu przyznać trzy punkty, byłby to właśnie zespół z Gliwic.

Bartłomiej Stańdo

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem