„Wisła w ogniu” przerażająco ciekawa. Recenzja książki… nie o kibicach

Jeśli ktoś myślał, że po reportażu "Superwizjera", kilku wywiadach i gorących dyskusjach w internecie o raku toczącym Wisłę Kraków, inwestorach-przebierańcach czy Miśku i jego kompanach z "Sharksów" wie wszystko - książka Szymona Jadczaka "Wisła w ogniu" będzie dla niego sporym zaskoczeniem...

Wszyscy, którzy myśleli o tym, że „Wisła w ogniu” – książka autora głośnego materiału sprzed roku o bandytach przejmujących krakowski klub – będzie odgrzewanym kotletem, po lekturze powinni zmienić zdanie. O żadnym odgrzewaniu mowy nie ma, jest wręcz odwrotnie: to dotychczasowe materiały, które swoją drogą w książce nie są wysunięte na pierwszy plan, były zaledwie przystawką do dania głównego.

Jak można wywnioskować po wypowiedziach Szymona Jadczaka, książka jest ostatnim daniem z karty restauracji „U Wiślaków”. Być może nie najważniejszym, bo największy rozgłos i impuls do zmian nastąpił po emisji materiału „Superwizjera”, którego również był autorem. Na pewno jest jednak najbardziej sycącym. Takim, po którym nikt głodny chodzić nie powinien, bo mięsa w środku książki jest naprawdę sporo.

„Wisła w ogniu” jest znacznie lepsza, ciekawsza i bardziej szokująca od zeszłorocznego reportażu „Piłka nożna i gangsterzy”.

Z czego wynika różnica między obiema formami przekazu? W ich odbiorze na pewno z faktu, że łatwiej kogoś oszukać, aniżeli przekonać go, że został oszukany. Swoje też zrobiły bariery czysto techniczne, czyli krótszy czas w materiale na wyjaśnienie wielu spraw, co spowodowało tylko rzucenie hasłami i naświetlenie pewnych rzeczy bez rozwinięcia tematu. Książka z natury jest znacznie bardziej precyzyjna, choć w tym przypadku mówimy o dość dużej różnicy na korzyść lektury. Oglądając reportaż, broniący ówczesnego układu ludzie – albo z korzyści, albo z niewiedzy – mogli się czepiać szczegółów czy wyciągać nieścisłości. „Wisła w ogniu” natomiast nie pozostawia złudzeń.

 "Wisła w ogniu"

Książka Jadczaka ostatecznie prostuje skrzywiony obraz, który bandyci narzucali wszystkim dookoła. Choćby poprzez takie hasła, jak na powyższej oprawie z rekinem: „Gdy wróg był u bramy, pokonaliśmy go sami. Dziś tym miastem rządzą ludzie z zasadami”. Po latach okazało się, że „ludzie z zasadami” nie mieli zasad. I sami byli największym wrogiem Wisły, który niestety przedostał się przez jej bramy.

„Wisła w ogniu” to świetnie udokumentowana przestroga nie tylko dla fanów „Białej Gwiazdy”, ale też kibiców wszystkich klubów w Polce. Prawdziwych kibiców.

Choć autor na szczęście nie używa tego słowa w kontekście grupy przestępczej w Krakowie, warto to dobitnie podkreślić. Ta książka nie jest opowieścią o kibicach. Nie ma czegoś takiego, jak „kibic okradający swój klub” – dokładnie tak, jak nie ma „suchej wody” albo nie można „spieszyć się powoli”. To oksymoron. Prawdziwi kibice są ofiarami w tej opowieści. Niekiedy nieświadomymi, często naiwnymi, a czasem – tragicznymi, ale jednak poszkodowanymi.

Odbierz 20 PLN na start w LV BET
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem

Sam tytuł („Jak bandyci ukradli Wisłę Kraków”) wyraźnie sugeruje, że pierwszoplanowymi bohaterami byli przestępcy. Czy takowi mogą nazywać się kibicami? Tak, bo jeśli tylko kupujesz bilet, oglądasz mecz i dopingujesz swoją drużynę – nie ma znaczenia, czy jesteś lekarzem, prawnikiem, księdzem, policjantem czy przestępcą. Na 90 minut, w obrębie swojego drugiego domu, wszyscy są równi – jeśli tylko nie działają na szkodę klubu. W tym przypadku nie mogło być jednak o tym mowy. „Wisła w ogniu” świetnie wyjaśnia szczegóły tego, jak zamiast wspierać i pomagać – co wynika z definicji kibicowania – grupa przestępcza dla zmylenia przeciwnika mieniąca się „kibicami” prowadziła klub na dno, przy okazji go okradając.

 "Wisła w ogniu"

Jest to więc opowieść o zorganizowanej grupie przestępczej, przemocy, narkotykach… ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim. „Wisła w ogniu” jest o otaczającym Kraków i Wisłę świecie, który dosłownie wpadł w kły rekina. O zgniłych jabłkach, które zatruwały cały koszyk, ale nikt ich nie wyrzucił. Zamiast tego biernie przyglądano się, jak zgnilizna krok po kroku wydostaje się z koszyka i niszczy też wszystko dookoła. To historia o serii nieprawdopodobnych zdarzeń, które jednak miały miejsce. Wzbudzających coś w rodzaju mieszanki przerażenia z obrzydzeniem.

Abstrahując od tematu: to książka cholernie dobrze napisana.

Fabuła z pewnością determinuje tempo, w jakim pożera się kolejne strony, ale tę historię też trzeba było dobrze opowiedzieć. Szymon Jadczak zrobił to w sposób, który nie pozwala się oderwać od kolejnych osób, miejsc, wydarzeń, konkretnych kwot… „Wisła w ogniu” nie jest „zarżnięta” chronologią, a jednocześnie ma ręce i nogi.

Czuć podczas lektury te stosy akt, jakie przeczytał autor książki, ale nie jesteśmy zasypani ani językiem prawniczym, ani też prymitywnym, który dominował wśród bohaterów lektury. Z każdą kolejną stroną i mrożącą krew historią przekonujemy się, w jak duże mrowisko kij włożył Szymon Jadczak. Za odwagą szła jednak wiedza. Gdyby to zrobił bez odpowiedniego przygotowania (również mentalnego) – zostałby wchłonięty i przemielony razem z tym kijem. Dziś to jednak on może chodzić z podniesionym czołem, a opisywani przez niego – co najwyżej na spacerniaku.

Nie będziemy zdradzać najbardziej pikantnych szczegółów ani cytować przerażających fragmentów, tym samym nie psując czytelnikom zabawy. Do takowej jednak nie sposób nie zachęcić. Zwłaszcza, że wypłynięcie tego tematu miało być dla Wisły Kraków i jej kibiców przekleństwem, a okazało się błogosławieństwem. Szymon Jadczak miał „załatwiać się w wiślackie gniazdo”, a jako jedyny miał odwagę głośno powiedzieć: „tu już jest mocno zabrudzone, zacznijcie sprzątać”.

I zaczęli, na szczęście dla Wisły i jej prawdziwych kibiców. O tym, jak doszło do zabrudzenia świetnie opisuje „Wisła w ogniu”, będąca wskazówką, jak zachować czystość w przyszłości. I dlaczego warto ucinać bandyckiej hydrze każdą z odrastających głów. Zwłaszcza wtedy, gdy przybiera taką postać, jak w Krakowie głowa rekina…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem