Wielki powrót do Polski trenera, u którego testów nie przeszedłby Messi?

W Polsce jest bardzo wielu młodych trenerów, którzy są zaprzeczeniem stereotypowej "polskiej myśli szkoleniowej". Jeżdżą na kursy, zagraniczne staże, czerpią garściami z wiedzy oferowanej w różnych zakątkach świata, oglądają, analizują, czytają, dokształcają się. Wszystko po to, by na koniec w polskiej 3. lidze zatrudniony został ktoś taki jak Libor Pala. 

Trzynaste miejsce w pierwszej grupie III ligi, pięć punktów przewagi nad strefą spadkową. Sytuacja Świtu Nowy Dwór Mazowiecki nie jest wymarzona, a wiosna do najspokojniejszych może nie należeć. 20 punktów w 17 meczach to nie jest wynik, który satysfakcjonowałby kibiców biało-zielonych. Nie twierdzimy, że w takiej sytuacji optymalnym rozwiązaniem jest zatrudnienie kogoś, kto dopiero zamknął laptopa z Football Managerem i skończył trening z rocznikiem 2013.

Kolokwialnie mówiąc jednak sięganie na czwartym poziomie rozgrywkowym po Libora Palę nie mieści się jednak, nomen omen, w pale.

To jedna z takich sytuacji, które mogą posłużyć jako obrazkowa odpowiedź na pytanie „dlaczego w polskiej piłce jest, jak jest”. Zamiast młodego i zdolnego trenera, który osiągnął dobre wyniki na podobnych szczeblach rozgrywkowych, chce się czegoś uczyć i potraktowałby pracę w Świcie jak angaż w Realu Madryt, sprowadza się po raz kolejny do Polski obcokrajowca bez wyników, który zasłynął jedynie z przedziwnych metod treningowych.

15 lat temu w Lechu Poznań wytrzymał zaledwie pięć ligowych spotkań. Wygrał z Wisłą Płock, resztę przerżnął i się z nim przy Bułgarskiej pożegnano. Trzy sezony później objął Pogoń Szczecin i był w niej jeszcze krócej, bo tylko trzy mecze. Przegrał u siebie z ŁKS-em, zremisował z Górnikiem, przegrał z Arką Gdynia i powiedzieli mu „do widzenia”.

Ostatni epizod w Polsce to Wisła Płock, w której o dziwo postanowili mu zaufać. Dostał aż 24 spotkania na zapleczu ekstraklasy, ale wygrał zaledwie pięć, choć w jego zespole za strzelanie bramek odpowiedzialni byli tacy gracze jak Ricardinho, Kamil Biliński czy Łukasz Sekulski. Średnia punktów? Okrągłą i zawstydzająca: 1.0.

Znany był nie tylko ze słabych wyników, ale też dziwnych historii.

Najsłynniejsza to oczywiście taka, w której za piłkarza uznawał tylko kogoś, kto ma powyżej 180 centymetrów wzrostu. Messi, Maradona, Insigne, Xavi, Iniesta? U Libora Pali nie przeszliby pewnie testów. Pamiętne było jedno z ćwiczeń treningowych, które polegało na tym, że Pala nakazał wejść swojej drużynie do kolan w morzu, by pobierać energię z wody.

Kiedy jeden z zawodników przyszedł do niego i poskarżył się na ból w okolicach żeber, lekarstwem miała okazać się moneta przyciągająca moce z wszechświata. – Bylem w Płocku okładany tzw. kamieniami węgielnymi i tachionami. Niestety nie pomogły na pęknięte żebro – napisał na Twitterze pod wiadomością o kolejnym powrocie Pali do Polski Radosław Kursa.

Pala wierzył w energię z kosmosu – być może dlatego, że sam był kosmitą? Szkoda tylko, że rządzący polskimi klubami nie chcą zejść na ziemię i katują polską piłkę 57-letnimi dziwakami, zamiast dać szansę na rozwój tym, który są pod ręką i palą się do pracy.