Wielki klasyk w 1/16 finału Pucharu Polski. Dlaczego w Łodzi będzie wielkie święto?

Kilkanaście lat temu cały kraj już o dziś pasjonowałby się zbliżającym spotkaniem 1/16 finału Pucharu Polski przy al. Piłsudskiego. Ten mecz rozpoczynałby i kończył wszystkie wiadomości sportowe, zawodnicy obu klubów gościliby na okładkach największych gazet w kraju, a na trybunach obecny byłby prezydent, premier i pół sejmu. Widzew – Legia. Wielki klasyk z wielką historią za miesiąc napisze jej nowy rozdział... 

W 1969 roku Legia Warszawa zostaje po raz kolejny mistrzem Polski. Widzew? Kopie się po czołach w lidze okręgowej. Boisko łodzian, obok którego stała drewniana trybuna i niewielka szopa służąca za magazyn na sprzęt, koszone było za pomocą owiec. Gospodarz obiektu twierdził, że od kosiarek były nie tylko tańsze, ale i skuteczniejsze. Niemal 60-letnia historia RTS, z bardzo krótkim epizodem w Ekstraklasie, nie była usłana różami.

Wszystko zaczęło się już w połowie lat 70. ubiegłego stulecia, kiedy do klubu zawitał Ludwik Sobolewski. Wizja prezesa i jego niespotykane nigdzie indziej działania dały niespodziewany awans Widzewa do najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, który dodatkowo zbiegł się z rozwojem robotniczej Łodzi. Niechciani w ŁKS-ie piłkarze znaleźli swoje miejsce w dużo mniejszym, uboższym klubie z Miasta Włókniarzy. Podobny kierunek obrali piłkarze z problemami w innych rejonach Polski (m.in. Zbigniew Boniek odchodził z Zawiszy Bydgoszcz w atmosferze kłótni i skandalu).

Podrażniona ambicja, chęć udowodnienia swojej wartości i niesamowita waleczność – to doprowadziło do tego, że Widzew wdarł się na szczyt polskiej sceny futbolowej i walczył z powodzeniem na arenie europejskiej, chociaż zaczynał absolutnie od zera. Wielkie sukcesy w europejskich pucharach musiały zaboleć uznaną na polskim rynku piłkarskim markę, jaką bez wątpienia była wtedy Legia.

Legia także odnosiła triumfy na arenie międzynarodowej i z pewnością nie na rękę było jej dzielenie się piedestałem z klubem z Łodzi.

Z tej Łodzi, która na każdym polu rywalizowała z Warszawą. Dwa największe wtedy miasta w Polsce – delikatnie mówiąc – nie pałały do siebie sympatią. Najlepszym sposobem do udowodnienia wyższości nad drugim ośrodkiem było naturalnie boisko. Odwieczna niechęć i wrogość – poprzez słynną aferę na Okęciu, osobę Dariusza Dziekanowskiego, aż po Ligę Mistrzów i wielkie mecze o mistrzostwa Polski w połowie lat 90. – przetrwała do dziś. Chociaż jedyne polskie kluby grające w elitarnej Champions League dzieli obecnie przepaść, to historia obu drużyn warta jest przypomnienia. I nadal grzeje.

Wraz ze wzrostem wielkości Widzewa rosła nienawiść kibiców obu drużyn. Najbardziej podsycana była na początku tym, że wojskowy wówczas klub, jakim była Legia, zgarniał do siebie najlepszych piłkarzy w kraju pod przymusem. Na przykład śp. Włodzimierz Smolarek został zmuszony do służby wojskowej, a co za tym idzie – grze z czarną „eLką” na piersi. Robił to na tyle dobrze, że zaproponowano mu kontrakt zawodowego żołnierza i pozostanie w stolicy. „Smolar” jednak myślał tylko o powrocie do Łodzi. Na miesiąc przed końcem służby Smolarka łódzki klub znalazł „furtkę” do rozwiązania umowy, z czego Smolarek skorzystał i kontrakt z Legią zerwał.

Zapomniał jednak, że nadal obowiązuje go służba wojskowa. Z klubu mógł się dzięki luce w umowę wypisać, z wojska – nie. Mimo to zdecydował się zagrać w meczu w barwach Widzewa, co potraktowano jako samowolne oddalenie się z jednostki. Grożono mu konsekwencjami przez sądem wojskowym za tę „samowolkę”, ale – głównie dzięki trenerowi Andrzejowi Strejlauowi – udało mu się uniknąć kary za dezercję. Ostatni miesiąc musiał jednak oddłużyć w… sekcji jeździeckiej. Zamiast grać w piłkę – ścigał się z końmi i sprzątał stajnie. Stąd przydomek „Karino”, jaki nadali mu później widzewiacy.

– Legia brała, kogo i kiedy chciała, a jak komuś nie pasowało – kasowali do wojska. Rozbijali kluby i wielu się to nie podobało. Było powszechne nastawienie, że Legia to wróg publiczny numer 1. Nawet kibice Widzewa i ŁKS-u potrafili się jednoczyć, żeby tłuc się z legionistami. Na takie spotkania nikogo nie trzeba było motywować. Wystarczyło, że w szatni padło hasło „Legia” i od razu był alarm – mówił Mirosław Myśliński.

Smolarek służbę „odbębnił” jako młody talent i wrócił, by rozwijać się i grać na najwyższym poziomie w Widzewie. Tyle szczęścia nie mieli inni. Jerzy Wijas miał być wielkim wzmocnieniem środka pola, Antoni Piechniczek chciał go powołać na Mundial w 1986 roku, ale znów zgłosiła się Legia. Wijas odejść nie chciał, więc wojsko złamało mu karierę – wysyłając na dwuletnią służbę na wieś, aby w sielskiej i siermiężnej rzeczywistości ćwiczył na wojskowej grochówce musztrę, krok defiladowy i strzelanie w prowincjonalnej jednostce wojskowej. W piłkę grał nadal, ale tylko w okręgowej lidze. Mundial, na którym mógł być gwiazdą, obejrzał z innymi żołnierzami w telewizji.

Po wielkich sukcesach w europejskich pucharach (wyeliminowanie m.in. Liverpoolu, Juventusu, Manchesteru United, Manchesteru City) nadeszło przy Piłsudskiego kilka lat chudych. O niechęci jednak nie zapomniano, a „Derby Polski” wróciły z pełnym impetem pod koniec lat 90. To wtedy rozegrano najsłynniejsze mecze między Widzewem a Legią.

W czasach, kiedy to obie drużyny absolutnie rządziły w polskiej lidze. Na te starcia kibice czekali tak, jak w Hiszpanii wyczekuje się El Clasico i bitwy Barcelony z Realem Madryt.

Jedno z nich, to z czerwca 1997r., uznawane jest za najlepszy w historii polskiej piłki nożnej. Dwie kolejki do końca rozgrywek, różnica między pierwszą Legią, a drugim Widzewem wynosi zaledwie jeden punkt. Na własnym stadionie, kilka minut przed końcem, stołeczny klub prowadzi 2:0. Gdy pięć minut przed końcem kontuzji doznaje sędzia Andrzej Czyżniewski, piłkarze w zielonych strojach przybijają sobie piątki, gratulują zdobycia tytułu. – Dla nich wtedy mecz się zakończył, dla nas dopiero zaczynał…. – wspomina po latach Radosław Michalski, były piłkarz Widzewa, który przed sezonem przyszedł z… Legii. Kontaktową bramkę zdobył Sławomir Majak, a potem…

Rok wcześniej o mistrzostwie Polski także decydował bezpośredni mecz, również na Łazienkowskiej 3. Pięknym wolejem wynik meczu otworzył Tomasz Wieszczycki, ale Widzew – udowadniając, że słynny wtedy na całą Polskę „widzewski charakter” to nie jest pusty slogan – odpowiedział dwoma bramkami.

W Łodzi dobrze wspomina się także mecz z 1999 roku, kiedy to na stadion przy al. Piłsudskiego przyjechał architekt wielkiego zwycięstwa sprzed dwóch lat i obecny trener RTS, Franciszek Smuda. Tym razem po drugiej stronie barykady. Legia walczyła o mistrzostwo Polski, jednak szansę na tytuł odebrał jej Widzew – a jakże! – w ostatniej minucie meczu. Piękne gole Zająca i Czereszewskiego, emocje do końca, Smuda ginący od swojej własnej broni – tak wyglądało ostatnie zwycięstwo Widzewa nad odwiecznym rywalem.

XXI wiek to dla Legii mecze tak łatwe, że aż nudne. Za łatwe. Gwoździem do trumny był mecz z roku 2004, kiedy to bramkę rozbitemu Widzewowi strzelił… Artur Boruc. Mecz kończy się wynikiem 6:0, a łódzki klub z hukiem spada z ligi. Wraca do elity po kilku latach, jednak tylko po to, by znów zbierać lanie od będącej ciągle w czołówce Legii. Niedługo miną dwie dekady od ostatniego triumfu nad „Wojskowymi”, których osłodzić nie zdołały dwa ostatnie zwycięstwa z jej rezerwami w rozgrywkach trzeciej ligi.

Tej niechlubnej rocznicy piłkarze Widzewa będą mieli okazję zapobiec, choć nie występują w tej samej lidze co Legia. Los chciał, by kolejną odsłonę „derbów Polski” kibice zobaczyli w 1/16 finału krajowego pucharu.

Dla wielu kibiców warszawskiego klubu rywalizacja z Górnikiem Zabrze to opowieść zbyt odległa, a Wisła i Lech – to nie to samo. W Plebiscycie na Stulecie Legii Warszawa odbyło się głosowanie kibiców: kto jest największym rywalem stołecznego klubu? Na Widzew Łódź oddano najwięcej głosów.

Wybór Widzewa na Rywala Stulecia trzeba uzasadniać nie tylko rywalizacją boiskową, ale również tą między kibicami obydwu klubów. Kamienie lecące w kierunku sektora gości w Łodzi czy atakowanie pociągów z kibicami Legii jadących na Widzew należało do porządku dziennego. Jedną z pierwszych spektakularnych opraw zaprezentowanych na stadionie Legii przygotowano właśnie na mecz z Widzewem – rok 2002 i słynne „Witamy w piekle” – czytamy w uzasadnieniu na oficjalnej stronie warszawskiego klubu.

Tak kibice Legii powitali Widzew w 2002 roku.

– Odniosę się do własnych wspomnień, do kształtowania mojej świadomości kibicowskiej i na zawsze największym rywalem będzie Widzew. Niezależnie od miejsca, w którym się obecnie znajduje – uzasadniał swój wybór Rywala Stulecia Dominik Ebebenge.

– W sumie, patrząc z dzisiejszej perspektywy, były te mecze z Widzewem okresem pełnym goryczy, wiecznie niespełnionych nadziei. No i krótkim, bardzo krótkim. Trwało to zaledwie kilka sezonów. W historii ligi – zupełne nic. A ja pamiętam, jakby to była cała dekada i dziesiątki wielkich meczów, a nie zaledwie kilka. Pozostałe spotkania były ledwie przedsmakiem tego, na co naprawdę czekałem. Widzew. Legia kontra Widzew – pisał na weszlo.com założyciel portalu, Krzysztof Stanowski.

Chociaż jeszcze nie rozpoczęto sprzedaży biletów – już wiadomo, że na trybunach będzie komplet widzów. Nad „Sercem Łodzi” unosić się będzie duch wielkiej rywalizacji. Kto wie, czy nie największej w historii polskiej piłki. Nienawiść do rywala – przekazywana z ojca na syna, z dziadka na wnuka – na pewno podsyci żar i eksploduje szaleńczym, ogłuszającym dopingiem. Przytłaczającym rykiem 18 tysięcy gardeł z sektorów gości i gospodarzy, tłamszącym i rozpraszającym myśli, przypominającym wielkie boje lat 80. i 90. A nuż udzieli się piłkarzom?

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem