Wszystko to co słyszymy przed "ale" jest nieważne - powiedział jeden z bohaterów "Gry o tron". Dla kibiców Widzewa faktycznie największe znaczenie mają trzy punkty, potrzebne do awansu niczym tlen. Choć złych elementów piłkarskiego rzemiosła nie mogą ani lekceważyć, ani powtarzać...

Z dobrych wiadomości dla kibiców z al. Piłsudskiego: Widzew wygrał drugi mecz z rzędu, zdobył trzy punkty, nie stracił bramki zachowując czyste konto, kolejne świetne zawody rozegrał Wojciech Pawłowski, formę sprzed roku zaczyna przypominać sobie Konrad Gutowski, znów pomógł w środku pola Mateusz Możdżeń, a nieocenioną pracę wykonał harując na całym boisku Bartłomiej Poczobut.

Wygrana 2:0 na wyjeździe może cieszyć, choć było wiele momentów, w których uśmiech na twarzach fanów czerwono-biało-czerwonych się raczej nie pojawiał.

Przede wszystkim widać było dużą różnicę w porównaniu do poprzedniego, przełomowego meczu ze Stalą Rzeszów (3:1). W czym? Choćby między tempem rozgrywanego spotkania, poziomem zaangażowania w absolutnie każdą sekundę meczu i „pianą na pyskach”, której nie brakowało gospodarzom. W pierwszej połowie to oni byli drużyną lepszą i bliższą zdobycia gola.

To dziwiło zwłaszcza, że z wyjątkiem udanej inauguracji ligi Legionovia Legionowo przegrała siódme spotkanie z rzędu. Mimo to w końcówce meczu – nawet grając w dziesiątkę! – była bliska wyrównania. Nie będzie dużej przesady w tym, że te punkty wybronił Widzewowi jego bramkarz, Wojciech Pawłowski. Takimi występami coraz bardziej zamazuje skojarzenie „ten od śmiesznego wywiadu”, a coraz bardziej staje się „dobrym, pewnym punktem drużyny”.

Widzew nieźle wyglądał w środku pola, nieco gorzej w środku obrony. Zwłaszcza przy wyprowadzeniu piłki, w którym nie brakowało błędów skutkujących stratami i groźnymi kontrami. Najbardziej jednak raził w oczy brak „napicia się krwi”, czyli określenia bardzo popularnego w Łodzi. Tak Franciszek Smuda określał zaangażowanych rywali, z którymi Widzew miał problemy. Tydzień temu ze Stalą to łodzianie wyglądali, jakby gasili pragnienie czerwoną cieczą.

Teraz trochę tego brakowało. Widzewiacy jakby uwierzyli, że samymi umiejętnościami piłkarskimi da się to spotkanie wygrać. Nie pomylili się, bo wynik przemawia na ich korzyść. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że nerwów w końcówce można było uniknąć. Legionovia zagrażała bramce, choć robić tego nie powinna. Widzew ma lepszych piłkarzy, ale za sam ten fakt nikt w drugiej lidze punktów nie przyznaje. Zwłaszcza, że czerwono-biało-czerwona maszyna zaczęła trybić niedawno, tydzień temu.

To nigdy nie jest powód, by przestać „biegać, walczyć i z…ć”. By przestać być „takim Widzewem, którego chcą trybuny”.

Dobry kontratak Adama Radwańskiego, zakończony skutecznym wykorzystaniem rzutu karnego przez Marcina Robaka zamazuje nieco obraz tego spotkania. W końcówce Widzew oddał bowiem inicjatywę gospodarzom i skazał się trochę na ich łaskę, a trochę na szczęście. Teraz się udało, ale następnym razem może się nie udać. Może być tak, jak w wielu poprzednich meczach.

Z tego trzeba wyciągnąć wnioski, które wyłożył jak na talerzu największy trener w historii Widzewa, Władysław Żmuda, który z łódzkim klubem eliminował Liverpool w Pucharze Europy i dotarł, pomimo utraty Zbigniewa Bońka na rzecz Juventusu, do grona najlepszych czterech drużyn Starego Kontynentu. Żmuda w studiu widzewskiej telewizji mówił o tym, że na pierwszej bramce nie można się zatrzymywać. Trzeba szukać drugiej, trzeciej, kolejnej.

Znaleźć się udało, ale: a) po dużej dozie szczęścia, bo chwilę wcześniej Daniel Tanżyna wybijał piłkę wślizgiem z pustej bramki; b) dopiero w ostatnich sekundach, kilka minut po upłynięciu doliczonego czasu gry, gdy gospodarze postawili wszystko na jedną kartę. Trochę za późno, choć najważniejsze, że skutecznie. Wszystko dobre co się dobrze kończy? Problem w tym, że nie zawsze się tak kończy. Ryzyko w następnych meczach (paradoksalnie: polegające na braku podjęcia ryzyka) musi być zminimalizowane, jeśli w Łodzi chcą myśleć o bardziej udanym sezonie niż ten poprzedni.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem