Widzew i Płuska. Nieskończona historia zbyt szybkiego rozstania

Zanim łódzki klub i obecny trener Pelikana Łowicz napiszą kolejny rozdział wzajemnej historii, przed oczami wielu kibiców staną jej poprzednie strony. Niezwykle barwne, pełne emocji, zwycięstw, dużego sukcesu, wielkiej fety i dziwnego rozstania. Odsłaniamy tej historii nieznane wcześniej kulisy i zapowiadamy, co może zdarzyć się w następnych akapitach opowieści "Widzew Łódź i Marcin Płuska".

Gdy przychodził, stukano się w głowę. Gdy odchodził… też stukano się w głowę, ale z zupełnie innych powodów. Naklejone mu łatki „młodego” i „niedoświadczonego” zerwał bardzo szybko wręcz niespotykanym na tym poziomie rozgrywkowym przygotowaniem do treningu, taktyki czy analizy rywala. „Wraca Widzew, jaki kochała cała Polska! Tak trzymać! Marcin, wielki szacunek za to co robisz!” – pisali kibice w komentarzach. Tydzień później został zwolniony.

– Na pierwszym spotkaniu był wiceprezes Krakus, jeden z członków Stowarzyszenia RTS Widzew Łódź, Marcin Głowacki oraz pan Władysław Puchalski. Ten ostatni zadał szereg pytań dotyczących presji i tego typu rzeczy. Pamiętam, jak odpowiedziałem, że presję to mogą odczuwać ludzie na Ukrainie, bo za chwilę jakaś bomba może spaść na ich dom. Albo ludzie, którzy mają rodziny, ale nie mają za co żyć. Na pewno nie osoby, które grają w piłkę bądź trenują piłkarzy. Rozmawialiśmy ogólnie: na temat wizji, przyszłości, tego jakim jestem trenerem i jakim chciałbym być. I o tym, skąd się wziąłem – mówi Płuska.

Z miejsca wprowadził wszystkich w osłupienie. 27-letni chłopak trenerem odbudowującego się Widzewa? Takiego wyboru prezesów Marcina Ferdzyna i Rafała Krakusa nikt się nie spodziewał. – Nie nawijałem im makaronu na uszy, rozmawialiśmy konkretnie – odpowiada trener na stwierdzenie, że musi mieć bardzo wysokie umiejętności przekonywania ludzi. Rządzący wówczas łódzkim klubem duet był pod ogromną presją: drużyna nie wystartowała tak, jak życzyliby sobie tego fani. Przyszedł remis, porażka i trzeba było reagować. Kto by przypuszczał, że w takich warunkach zdecydują się na trenerskiego młokosa?

Od początku miał pod górkę, a w wywiadzie po rozstaniu z klubem powiedział, że ciągle ktoś czeka, aż się potknie.

– Mówiono wiele o tym, że jestem za młody. Zastanawiano się, jak zareaguje taki Adrian Budka, gdy zobaczy kilka lat młodszego szefa. Może wielu zaskoczę, ale paradoksalnie łatwiej pracowało mi się z takimi zawodnikami niż tymi, którzy przez ostatnie lata grali tylko na niższym poziomie. Adrian był profesjonalistą, w mig łapał to, co mam drużynie do przekazania.

– Nie było najmniejszego problemu z moim autorytetem, którego w piłce nożnej nie buduje się numerem PESEL tylko przygotowaniem do zawodu – dodaje Płuska. 

O tym przygotowaniu krążyły ciekawe historie. Zawodnicy mówili, że trener kupił ich zaplanowaną absolutnie każdą minutą zajęć. Nie ma przypadku w żadnym z ćwiczeń, a pod jego okiem ich forma najzwyczajniej w świecie rosła. Poza tym cenili jego uczciwość, co pewnie nie podobało się krążącym dookoła klubu „wpływowym osobom”. Wiek, wypominany wielokrotnie przez ogromną część kibiców, nie odgrywał wobec tego żadnej roli. Koniec końców liczyło się to, że drużyna pnie się do góry, a nie data urodzenia siedzącego na ławce przywódcy.

– Dziękuję prezesowi Ferdzynowi, że mimo nacisków dostrzegał, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. Zaufał mi, pozwolił ściągnąć zimą zawodników dających nam jakość, którzy pozwolili odrobić dziewięciopunktową stratę i z kilkoma punktami przewagi awansować. Za to jestem mu dozgonnie wdzięczny – przyznaje pochodzący z Opola szkoleniowiec. Zimą nie było łatwo. KS Paradyż wypracował sobie ogromną przewagę nad czterokrotnym mistrzem Polski, a ponadto zespół czekała rewolucja. Wymieniono większość kadry, bo aż piętnastu zawodników. Poza tym cała struktura klubowa dopiero raczkowała po upadku panowania Sylwestra Cacka.

– Było trudno na początku. Pamiętam jak Rafał Krakus wspomniał historię związaną z moim poprzednikiem, Witoldem Obarkiem Piłkarze zapytali go, czy po meczu będzie odnowa? Trener odpowiedział: tak, będzie – od nowa zapierdol.

– Wielu było zawodników, z którymi nie widzieliśmy dalszej możliwości współpracy. Niekiedy decydowały sprawy pozasportowe, chociaż paradoksalnie ci piłkarze twierdzili, że są emocjonalnie związani z Widzewem. Z tych piłkarzy, którzy mieli w sercu Widzew, ujął mnie tylko jeden: Michał Czaplarski. Zdawał sobie sprawę, że zagrał bardzo słabą rundę. Nie był wtedy zawodnikiem, na którym można było oprzeć grę. Ale po rozmowie z nim widać było, że bardzo mu na tym klubie zależy. Powiedział mi, że jak będzie musiał odejść to sobie tego nie daruje. Nie będzie mógł spojrzeć w oczy przyjaciołom, z którymi jeździł na mecze Widzewa, bo był tutaj i nie wykorzystał szansy. Chyba nawet powiedział, że jest w stanie grać bez pieniędzy! Widać było u niego szczerość w tym wszystkim. Decyzja o jego pozostaniu była kluczowa, bo był ważną postacią nie tylko na boisku, ale i w szatni. Dawał kopa pozostałym zawodnikom, gadał, nakręcał siebie i innych. Duży szacunek za to, jakim jest człowiekiem. Pozytywny, oddany sprawie – wspomina Płuska.

Widzew wiosną imponował: skutecznością, pomysłem na grę w ataku pozycyjnym, stałymi fragmentami gry (piłka zagrywana do bólu skutecznie na długi słupek na głowę Przemysława Rodaka, który zgrywał ją do kolegów z drużyny, a ci często kończyli to bramką). Statystyki mówią same za siebie: na 19 finałów, jak określił rundę wiosenną Marcin Płuska na pierwszej wiosennej konferencji prasowej, aż 17 zakończyło się zwycięstwami. Nie przegrał ani razu, dwukrotnie zremisował, choć oba te remisy zanotowano już z pozycji fotelu lidera. Awans drużyna – pomimo ogromnej straty przed rundą – zapewniła sobie na dwie kolejki przed końcem sezonu.

– Pamiętam odprawę przed meczem z Andrespolią Wiśniowa Góra. Puściliśmy w jej trakcie niecodzienny film. Drużyna oglądała przez siedem minut swoje bramki i udane zagrania, aż w pewnym momencie zobaczyli zwolnionego – niesłusznie, o czym głośno mówiłem – byłego asystenta, Łukasza Kabaszyna. Powiedział kilka słów, dodał piłkarzom otuchy, tak jak każda kolejna osoba. Później pojawił się prezes Marcin Ferdzyn, aż wreszcie także bliscy zawodników. Gdy na ekranie zaczęła mówić żona i córeczka Michała Czaplarskiego, każdy siedział już wbity w fotel na przedstawicieli swojej rodziny. Jak staliśmy później w kółku w szatni, wisiało coś w powietrzu. Widać było, jak chłopaki są naładowani. Czapla wtedy z wielką pompą mówił:„Dla Widzewa, dla rodzin, dla nas”! Z takim uczuciem, ze łzami w oczach… Filmowo. Nigdy nie byłem w takim kółku. Z asystentem Danielem Maczurkiem zaczęliśmy się z przymrużeniem oka zastanawiać, czy nie powinniśmy puścić tego dwa dni wcześniej, żeby każdy się oswoił. Okazało się, że drużyna zareagowała najlepiej, jak tylko mogła. Trzeba to sprawdzić, ale chyba po 20 minutach było 3:0. Fantastyczna sprawa. Każdy z tamtej drużyny będzie to pamiętał na długo – wspomina Płuska.

– Zawsze chciałem to zrobić przed finałem Ligi Mistrzów, ale że Widzew był dla mnie jak Liga Mistrzów to stwierdziłem, że pomysł wykorzystam. Gdyby puszczać coś takiego co tydzień, nie zrobiłoby takiego efektu. Tak wtedy, jak i często w innych okazjach w montażu pomagał mi Michał Szor. Byłem upierdliwy, zmieniałem koncepcje, ale cierpliwie wykonywał swoją pracę, za co mu dziękuję – mówi.

Trzecią ligę również zaczął znakomicie.

Piłkarze pod wodzą trenera Marcina Płuski zainaugurowali zwycięstwem 2:0 nad Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, a później w pokonanym polu pozostawili jeszcze sześć innych drużyn. W rozgrywkach Pucharu Polski odnieśli najwyższe zwycięstwo w historii klubu (10:0). Widzew nie przegrał 33 spotkań z rzędu, aż nagle pierwszy od dawien dawna stracony komplet punktów w Morągu sprawił, że zespół stracił nie tylko potrzebne do kolejnego awansu oczka, ale również trenera.

– Z kibicami Widzewa mam bardzo dobry kontakt. Wiedzą, że pracowałem ile sił, by Widzew odrobił dużą stratę i awansował do trzeciej ligi. Na fecie na Placu Wolności podziękowali nam za awans, a samo to wydarzenie było jednym z najlepszych momentów w moim trenerskim życiu. W trzeciej lidze też wstydu nie przynieśliśmy, chociaż każdy mecz musieliśmy grać na wyjeździe, bo przecież obiektu na Milionowej nie można porównać z Sercem Łodzi – twierdzi obecny trener Pelikana Łowicz.

Czerwono-biało-czerwoni zgromadzili 25 punktów w 12 meczach, choć na nadmiar szczęścia nie mogli narzekać. W meczu z Jagiellonią II Białystok stracili punkty w ostatniej minucie meczu, podobnie było w derbach Łodzi. Wściekłość po tamtym spotkaniu odczuł stół do masażu, przez kopnięcie w który Płuska złamał palec. Kibice wspominać będą również emocjonujący wywiad dla klubowej telewizji tuż po spotkaniu. Drużyna pojechała do Morąga rozbita, ale z pierwszego, małego kryzysu Płusce nie pozwolono wyjść. Zamiast tego postanowiono się z nim rozstać.

– Byłem pod prądem, bo wielu osobom nie podobało się, że młody trener robi wynik. Wiadomo, że każdy wielki klub – a takim z pewnością jest Widzew – ma w strukturach wpływowe osoby, które mają swoją wizję, założenia, a może interesy. Niektórym jest nie w smak, że trener prowadzi zespół według swojego uznania. Nie zawsze wtedy grają ci, którzy zostali przez kogoś przyprowadzeni do klubu. Na przykład o tym, że mamy podpisany kontrakt z reprezentowanym przez Waldemara Krajewskiego Bartoszem Plackiem dowiedziałem się, gdy… go „odpaliłem”. Widziałem, że jego poziom umiejętności technicznych jest nieadekwatny do poziomu trzeciej ligi. Po meczu sparingowym z Sokołem Aleksandrów Łódzki powiedziałem, że nie widzę go w zespole, a on zdziwiony do mnie: trenerze, ale jak to, przecież ja mam kontrakt?! – uśmiecha się trener. 

Zdaniem wielu kibiców – pożegnano się z nim za wcześnie. Wyniki po jego zwolnieniu były fatalne. Posadę przejął dotychczasowy trener bramkarzy, Tomasz Muchiński, co wielu odebrało jako dowód na podkopywane pod Płuską dołki. Choć sam zainteresowany nie chce o tym mówić, tajemnicą poliszynela jest to, że były bramkarz łódzkiego klubu „czaił się” na posadę poprzednika. Sytuacji wiosną nie zdołał uratować – pomimo kilku zimowych transferów – także Przemysław Cecherz. Widzew nie awansował.

– Nie odczułem z tego powodu satysfakcji. Żal i rozgoryczenie, które dotknęły mnie po rozstaniu z klubem, były wyłącznie bodźcem do dalszej pracy. Na pewno wielu kibiców pomyślało sobie: „ten Płuska nie był zły”, bo wcześniej nie mieli porównania. Panowało przekonanie, że Widzew samą marką, tym, że jest klubem z wielkimi tradycjami i sukcesami na arenie polskiej i międzynarodowej, będzie wygrywał mecz po meczu bardzo wysoko. Że czwartą, trzecią, drugą i pierwszą ligę „połknie”, chociaż na dobrą sprawę dopiero się odradzał. Rzeczywistość okazała się brutalna.

– Żaden klub się przecież przed Widzewem nie położy, a wręcz szczególnie na takie spotkanie zmobilizuje. Kibice nie byli przyzwyczajeni do czwartoligowych realiów i myśleli, że pójdzie łatwo. Tymczasem liga jest coraz mocniejsza, odkąd PZPN podzielił ją na cztery grupy. Trenerzy też są coraz lepsi, coraz więcej osób analizuje spotkania i podchodzi do nich profesjonalnie – zauważa obecny trener Pelikana, który przez ostatnie tygodnie odrabiał swoją pracę domową przed meczem z Widzewem.

Jesienią znakomicie rozszyfrował drużynę Franciszka Smudy i był bardzo blisko zwycięstwa, ale ostatecznie mecz ułożył się zupełnie inaczej. Gol Kacpra Falona w 97. minucie pogrążył łowiczan, którzy przegrali 1:2. Pisało się o tym, że przyjezdni źle przyjęli ten cios niszcząc szatnię, co Płuska uważa za bzdurę: – Zdemolowanie szatni to był dla mnie nonsens, może trochę temat zastępczy. Rozdmuchana afera, nie bardzo wiem nawet dlaczego. Wychodziłem z niej ostatni i nie zauważyłem, by jej stan odbiegał od normy – ripostuje.

Sławomir Majak w rozmowie z radiem zapinamypasy.pl powiedział, że Widzew jest najłatwiejszą do „przeczytania” drużyną w lidze. Smuda dysponuje rzecz jasna składem, który często analizy rywali wyrzuca do kosza, ale z drugiej strony – właśnie w tym swojej szansy szukają rywale. Także Płuska, który z taktycznych analiz słynął jeszcze podczas pracy w Łodzi. Jesienny mecz przy al. Piłsudskiego był tego dowodem, a podobnie ma być również w środowe popołudnie w Łowiczu.

– Granie cały czas jednym stylem i systemem, tak jak Widzew, ma oczywiście swoje plusy. Zawodnicy łapią coraz więcej automatyzmów, ale też łatwiej taką drużynę rozpracować. Pytanie, czy ich rywal potrafi to wykorzystać i odpowiednio zareagować na boisku? Przed meczem zawsze obserwuję dwa ostatnie mecze rywala plus trzy ostatnie starcia, które teoretycznie mogą wyglądać tak samo. Oglądanie meczu Widzewa z GKS-em Wikielec, z całym szacunkiem dla tego klubu, nie ma sensu w perspektywie meczu Pelikan-Widzew. Raz, że łodzianie będą grali na wyjeździe. Dwa, że mamy trochę inny potencjał piłkarski od GKS-u i gramy zupełnie inaczej. Obserwowałem więc szczegółowo starcia Widzewa z Olimpią Zambrów, Świtem Nowy Dwór Mazowiecki i Ursusem Warszawa – zdradza Płuska.

Analiza gry Widzew to jedno, drugie – własny plan na mecz. Ten jest zawsze dopracowany w najmniejszym szczególe, o czym przekonujemy się oglądając najpierw rysunki taktyczne i kartki z treningów Pelikana, a później – zrealizowane jeden do jednego – akcje meczowe zakończone bramkami. Dla kogoś, kto widział schematy rozegrania „Peli”, żadna z nich nie jest przypadkowa.

– Zawsze chcę być przygotowany na jak najwięcej sytuacji w meczu. Nie wszystkie wykładam zawodnikom, bo najważniejsze jest to, co zespół ma grać. Nie zawsze jednak prowadzisz dwa czy trzy zero do przerwy i bawisz się w drugiej połowie. Dlatego jestem przygotowany na bardzo wiele – uczymy się różnych ustawień, różnych sposobów rozgrywania akcji, gry w defensywie, szybkiego ataku i innych fragmentów gry. Tak, jak ci pokazywałem na laptopie. Jeśli zawodnicy wiedzą, jak się zachować w fazie budowania lub rozwinięcia akcji i mają kilka możliwości rozegrania – łatwiej im się przestawić. Rola trenera podczas meczu to obserwacja przeciwnika i pomoc w wyszukaniu jego słabych punktów, które dało się zauważyć w trakcie meczu – przyznaje.

Jego plan zaczął się jednak sypać jeszcze przed meczem. Więzadła krzyżowe kolana zerwał Robert Kowalczyk, najlepszy strzelec zespołu i wychowanek Widzewa, który na środowy mecz czekał z pewnością od dawna. – Szkoda jego kontuzji, to bardzo duża strata. Robert strzelił w tym sezonie 14 bramek, w tym jedną przeciwko Widzewowi jesienią na stadionie przy al. Piłsudskiego, a takich piłkarzy bardzo trudno zastąpić. Charakterny, zostawiający zdrowie na boisku i świetnie realizujący zadania mu przeze mnie powierzone. Przez okres naszej wspólnej pracy – najpierw w Widzewie, a teraz w Pelikanie – bardzo się zmienił pod względem mentalnym. Cechy wolicjonalne stoją u niego na wysokim poziomie, co przekłada się na resztę zespołu. Bardzo będzie go brakować, ale jakoś będziemy musieli sobie z tą wyrwą poradzić.

Kto go zastąpi? Na pewno jednym z kandydatów jest Michał Wrzesiński. – Bardzo dynamiczny, większość pojedynków w ofensywie wygrywa. Po rundzie jesiennej zmieniliśmy mu pozycję ze skrzydłowego na napastnika, co poskutkowało jeszcze większą liczbą bramek i asyst. Bardzo dobrze współpracował z Kowalczykiem, co widać było w meczach z Ursusem czy Polonią. Moim zdaniem ta para napastników poradziłaby sobie na wyższym poziomie rozgrywkowym. Jeżeli otrzymaliby szansę to jestem przekonany, że oboje by ją wykorzystali.

To niejedyni zawodnicy Pelikana, którzy mogą lub mogli zrobić krzywdę Widzewowi. W roli czarnego konia tego spotkania trener Płuska widzi Rafała Parobczyka. – Młody chłopak z rocznika 95. Bardzo niekonwencjonalny, łamiący schematy. Na równym boisku bardzo trudno zabrać mu piłkę. Wychowanek Legii Warszawa, pod względem umiejętności technicznych jeden z najlepszych zawodników w lidze. Te umiejętności na pewno predysponują go do gry w wyższej lidze.

W tym samym wieku, co Parobczyk, jest także skreślony przez trenera w rundzie jesiennej z powodu dużej nadwagi oraz braku systematyczności treningu Krystian Mycka. – Okres przejściowy i przygotowania zimowe jednak bardzo dobrze przepracował, dzięki czemu stał się bardzo ważnym punktem zespołu. Zmienił swoje podejście i walczy za dwóch w każdym meczu. W zrzuceniu wagi pomógł mu Kamil Kuczak, wychowanek Wisły Kraków, z którą zdobył mistrzostwo Polski juniorów starszych. Profesjonalista, który przykłada dużą wagę do tego, co je. Bardzo duża ambicja, nie lubi schodzić za wcześnie z boiska. Doskonale go rozumiem, bo walczy o swoją przeszłość.

W środku pomocy uwaga kibiców Widzewa z pewnością będzie skierowana na Princewilla Okachiego, który dwukrotnie reprezentował czerwono-biało-czerwone barwy. Pomagać w środku pola będzie mu Daniel Dybiec. – Krótko mówiąc: doświadczenie. Bardzo dobrze radzą sobie w destrukcji, choć ich gra nie ogranicza się tylko do obrony. Są współodpowiedzialni za budowanie ataku oraz niejednokrotnie mają dużo zadań ofensywnych z rozwinięciem gry. Do tego jest Adamczyk, najstarszy zawodnik w zespole, ale nie przeszkadza mu to jednak by rywalizować z młodszymi. Bardzo dobra lewa noga, bez różnicy czy dośrodkowuje z miejsc,  czy z biegu – zawsze piłki idą w punkt. Broniarek jest szefem obrony. Obok niego Wawrzyński i Bończak – zawodnicy mobilni, dysponujący dobrym przerzutem. Bistuła ostatnio nie grał z powodu powołania na mecze sparingowe młodzieżowej reprezentacji beach soccera. Swoją drogą ma bardzo dużą szansę na wyjazd na Mistrzostwa Europy w czerwcu. To młodzieżowiec, bardzo dobrze wyszkolony techniczne – chwali swoich zawodników trener.

Pelikan Łowicz to nie jest Real Madryt, a łowicki krawiec kraje, jak mu materiału staje. Na ów materiał jednak nie narzeka, a stara się wydobyć z niego to, co najlepsze. Środowy mecz na pewno potraktuje bardzo prestiżowo, a ponadto do zwycięstwa zmusza go sytuacja w tabeli. Na pewno jasnej oceny boiskowej sytuacji nie przesłoni mu złość na zwolnienie, bo złość już przesła, a o obecnych włodarzach wypowiada się w samych superlatywach:

– Prezes Przemysław Klementowski na pewno ma Widzew w sercu. Chce, by klub był jak najwyżej. Widać, że mu zależy. Decyzja o rozstaniu była wynikiem głosowania całego Stowarzyszenia, a nie jego osobistą decyzją, więc nie mam do niego żalu. To był okres zmian w klubie, a jak każda rewolucja – zbiera swoje żniwa. Mnie też zabrała przy okazji, choć na 34 ostatnie mecze przegrałem tylko raz – kończy wypowiedź Płuska, bo na pewno nie widzewską historię. W tej ma jeszcze kilka rozdziałów do zapisania. Kolejny już w środę, choć jedno z jego ulubionych piór się złamało, a faworyzowani przeciwnicy dysponują całą flotą z wypełnionymi do końca atramentami. Same pióra niczego jednak nie napiszą, ktoś musi nimi pokierować. W Łowiczu liczą, a w Łodzi już wiedzą, że ręka prowadząca Pelikan jest wyjątkowo sprawna i potrafi zaskoczyć. Wystarczy, by ograć Widzew?

Pelikan Łowicz – Widzew Łódź | 23 maja 2018 r., godz. 18:00

Wygra Pelikan: 5.2
Remis: 4.25
Wygra Widzew: 1.5

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem