„Warto było” i statystyka, której zazdrościć może każdy klub na świecie

- Praktycznie co strzał na bramkę Wisły to gol - rzucił po meczu Michał Probierz i chyba nie zdawał sobie sprawę, jak bardzo trafił. Ostatnie jedenaście celnych strzałów Biała Gwiazda zamieniła na jedenaście goli. Takiej skuteczności zazdrościć drużynie Macieja Stolarczyka może każdy napastnik i drużyna świata.

Pełny stadion. Gorący doping prosto z wiślackich serc. Piękna bramka Kuby Błaszczykowskiego na 3:0 w meczu z lokalnym rywalem. Emocje w końcówce, które zakończyły się happy-endem. Sfrustrowani kibice gości. Oświetlony latarkami kibiców obiekt przy Reymonta i „Time to say goodbye”, stające się derbową tradycją. Czwarta z rzędu „święta wojna” zwycięska dla Białej Gwiazdy.

To wszystko sprawia, że ludzie ratujący zimą Wisłę Kraków mogli wieczorem usiąść przy lampce wina i z podniesionym czołem powiedzieć: „warto było”.

Być może Wisła nie prowadziła gry, ale za to prowadziła w całym meczu i to wyraźnie, bo po trzeciej bramce, strzelonej przez kapitana i legendę, mecz wydawał się rozstrzygnięty. Być może nie oddawała wielu strzałów, ale za to każdy lecący w światło bramki kończył się golem. W sumie dało to imponującą i niespotykaną w skali świata statystykę: ostatnich jedenaście celnych uderzeń Białej Gwiazdy to jedenaście bramek.

Dwa Bashy z Pogonią, sześć w Kielcach, trzy w derbach. Niebywałe.

Nikt na przełomie 2018 i 2019 roku nie myślał o tym, że Sławomir Peszko będzie asystował Kubie Błaszczykowskiemu przy bramce na 3:0 w derbach, a każdy z kibiców będzie w stanie absolutnej euforii, a jednak się udało wygrzebać z gigantycznych tarapatów.

Nikt po bramce na 0:3 w meczu z Pogonią i po zbliżającej się nieuchronnie trzeciej porażce w czwartym meczu na wiosnę tak bardzo zmieni swoje oblicze. Piłkarze Macieja Stolarczyka w około 200 minut aż jedenaście razy pokonali bramkarza rywali, choć przecież nie brakowało trudnych momentów tak w Kielcach (dwa razy wiślacy przegrywali, by ostatecznie zwyciężyć 6:2), jak i w derbowym meczu. A jednak się udało.

Kolar z przełamaniem, Peszko z asystą – to był dobry mecz dla tych piłkarzy Wisły.

„Świętą wojnę” świetnie zaczął Krzysztof Drzazga. Natchniony hat-trickiem w Kielcach zdecydował się na strzał z powietrza, w efekcie zdobył bramkę „stadiony świata”. Jak przyznał po meczu Maciej Sadlok, starsi koledzy na treningach namawiają młodszych do śmiałych prób. – Cieszę się, że podjął taką decyzję. Często mówimy chłopakom, by oddawali strzały, bo bez nich nie ma bramek – powiedział obrońca Wisły. Ma rację – tym bardziej, że jego drużynie wpada ostatnio wszystko, co leci w bramkę.

Najpierw dwa udane strzały na bramkę Cracovii, później strzał w bramce Wisły – kontuzji dostał bowiem Michał Buchalik i Wisła musiała zmienić bramkarza. – Czwórka – powiedział po meczu z grymasem na ustach kulejący golkiper Białej Gwiazdy, wyraźnie kulejąc i wskazując na czworogłowy mięsień uda. Między słupkami zastąpił go Mateusz Lis, choć przed meczem wydawało się, że jest pewniakiem w bramce.

– Jak widać: złudnie się wydawało. W tygodniu poprzedzającym mecz dowiedziałem się, że to Michał wyjdzie w podstawowym składzie. Tak bywa. Nie byłem tym zaskoczony, bo rozmawiamy z trenerami i wiemy na bieżąco, jakie są ich decyzje. Wiadomo, że wejście w trakcie meczu dla bramkarza to nie jest komfortowa sytuacja. Niby jesteśmy gotowi na każdą ewentualność, ale wiadomo, że na naszej pozycji rzadko dochodzi do zmian w trakcie meczu i mimo wszystko następuje lekkie rozluźnienie. Nie było łatwo szybko się przestawić, ale udało się. Zwycięstwo dedykuje koledze Michałowi Buchalikowi – powiedział po meczu Lis.

„Zwycięstwo dedykuję Michałowi Buchalikowi” – Mateusz Lis.

Zapytany, czy zna większego pechowca niż Michalik Buchalik trener Maciej Stolarczyk odpowiedział, że takie jest życie. – Tak musiało być, tak się potoczyły losy spotkania i tak to się musiało widocznie skończyć. Każda sytuacja stwarza jakieś możliwości. Ta stworzyła Mateuszowi, który wszedł do bramki i pomógł w osiągnięciu dobrego wyniku.

Kibiców Białej Gwiazdy zbudowała walka, jakiej nie unikali piłkarze ich ukochanej drużyny. Wślizgi, brak odstawiania nogi, nieustępliwa gra w obronie – tego nie brakowało. Każdy efektowny odbiór był przez trybuny doceniany brawami. Charakter i ogromne ambicje piłkarzy Wisły Kraków widać było także po meczu. Maciej Sadlok schodził z boiska po wygranych derbach i zdobyciu bardzo ważnych trzech punktów, a i tak nie wyglądał na najszczęśliwszego człowieka na świecie.

– W głębi duszy bardzo się cieszę, natomiast szczerze powiem, że bardzo zdenerwowała mnie końcówka i dwie stracone bramki. Przez chwilę zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Jako obrońcy wykonujemy robotę, której nie wszyscy widzą, więc cieszylibyśmy się z „zera z tyłu”, którego nie było. Nikt w głowie nie miał, że jest już po meczu, chcieliśmy iść po kolejne bramki, ale Cracovia dobrze gra w ostatnim czasie i się podniosła. To normalne, że atakowało. 3:0 wyglądałoby lepiej, ale to były derby. Najważniejsze jest zwycięstwo i tylko to się liczy.Były pełne trybuny i świetna atmosfera – mam nadzieję, że mecz się wszystkim podobał – powiedział Sadlok.

Każdy związany z Białej Gwiazdy podkreślał to samo: najważniejsze jest zwycięstwo. Kibice zdecydowanie woleliby scenariusz, w której to Cracovia ma więcej rzutów rożnych czy częściej jest przy piłce, ale ostatecznie znów przegrywa i można jej zaśpiewać hit Andrei Bocellego i Sary Brightman. Ten mecz był dla Wisły Kraków prawdziwym świętem, w którym „dobra robota” mogą sobie powiedzieć wszyscy: od piłkarzy, przez sztab szkoleniowy i ratujących klub działaczy, na fenomenalnych kibicach kończąc.