Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Waldemar Fornalik: Mam udowadniać, że nie jestem słoniem?

Dlaczego odszedł z Ruchu Chorzów? Jak ocenia swoją kadencję w roli selekcjonera reprezentacji Polski? Czy "farbowane lisy" miały wpływ na atmosferę w drużynie? Co myśli, gdy określa się go "smutnym"? Jak wielu fałszywych przyjaciół spotkał na swojej trenerskiej drodze? - Lepiej wiedzieć "who is who" niż udawać - zdradza w rozmowie z nami Waldemar Fornalik, obecnie szkoleniowiec Piasta Gliwice.

Bartłomiej Stańdo: Lubi pan muzykę klasyczną, nie jest pan znany z kontrowersyjnych czy skandalicznych konferencji prasowych, nie szaleje pan przy ławce. Rozmawiamy w bardzo cichym i spokojnym miejscu, które wybrał pan na przedmeczowe zgrupowanie. To pana klimat?

Waldemar Fornalik: Zazwyczaj wybieramy na krótkie zgrupowania właśnie takie miejsca, gdzie nie ma szumu medialnego, kibiców czy osób z ulicy chcących porozmawiać. Mój klimat? To klimat pracy. Na takie zgrupowania wyjeżdżamy, by spokojnie usiąść, porozmawiać z chłopakami, popracować. Tutaj zawodnicy mają spokojne głowy. Żyjąc z dnia na dzień o ten spokój trudno, bo życie każdego toczy się w swoim tempie. Natomiast teraz można się lekko zresetować i wziąć oddech przed tym, co nas czeka.

Drużynę i atmosferę w niej panującą stara się pan zbudować właśnie na takim spokoju, czy może to tylko pozór, a tak naprawdę rządzi pan raczej twardą ręką? Jakim trenerem tak naprawdę jest Waldemar Fornalik?

Czym innym jest zachowanie w trakcie meczu, a czym innym budowanie drużyny. Nie wyobrażam sobie, by zbudować zespół na krzyku. Staramy się tworzyć atmosferę pracy, ale z wyraźnymi elementami pozytywnego myślenia. Jedno z drugim jest przeplatane, choć oczywiście gdy przychodzi mecz to trzeba się skupić i żarty odkładamy na bok. Zawodnicy mogą jednak potwierdzić, że na co dzień jest dużo kontaktu bezpośredniego, rozmów. Bardzo fajnie pracuje się tutaj całemu sztabowi szkoleniowemu. Obie strony czują swobodę w rozmowach czy zachowaniu. Każdy wie, na co może sobie pozwolić.

Po Lidze+ Extra wielu ze zdziwieniem odkryło, że Fornalik to fajny, sympatyczny facet. Obraz medialny jest nieco inny.

Inny i muszę przyznać, że bardzo krzywdzący. Na jednej czy drugiej konferencji prasowej miałem poważną minę i ktoś rzucił hasło: „smutny facet”. Z jednej strony dobrze, że ten program się odbył, ale z drugiej – trochę się dziwię, bo jest szeroka grupa ludzi, którzy znają mnie z innej strony. Z tej, którą ktoś zobaczył dopiero niedawno w Lidze+ Extra. Na co dzień nie jest tak, że Fornalik to smutas, ciągle zamyślony i potrafi się tylko dąsać. Ci, którzy mnie znają, doskonale o tym wiedzą. Oczywiście są chwile, w których każdy człowiek musi się zastanowić i coś przemyśleć. Ale na takich chwilach można złapać nawet najlepszego komika. 
Na jednej czy drugiej konferencji prasowej miałem poważną minę i ktoś rzucił hasło: „smutny facet”.

Smutny pan nie jest. A wybuchowy?

Trzeba zapytać drużynę. Wielu ekscesów nie było, choć czasem niestety trzeba krzyknąć. Ale jeśli ktoś jest skupiony na tym, żeby wrzeszczeć i rzucać mięsem – ucieka mu sedno sprawy, merytoryka i to, co warto przekazać drużynie. Bardzo modne było u nas to, jak trener „żył przy linii”. To podbieganie do sędziego technicznego, kłócenie się o spalonego albo rzut z autu… Pytanie, co ten trener, który rozmawia z arbitrem, widzi w tym czasie z gry? Niech pan popatrzy na najlepszych szkoleniowców. Jupp Heynckes, Ernesto Valverde, nawet Zinedine Zidane – czy to są ludzie, którzy szaleją przy linii? Jasne, czasem trzeba coś pokazać, podpowiedzieć. To normalne. Ale ja muszę obserwować to, co się dzieje na boisku. Nie jak kibic – spoglądać tylko tam, gdzie jest piłka. Muszę patrzeć na całe boisko. Piłka jest na połowie przeciwnika, ale jak zachowuje się moja obrona? Jak jest ustawiona, czy skraca pole gry, jak zachowuje się względem napastnika? Trudno to zauważyć, robiąc inne rzeczy. Poza tym, wie pan, jaki – według wielu książek, publikacji, wywiadów znanych trenerów – procentowy wpływ ma trener na drużynę w trakcie meczu?

Biorąc pod uwagę przerwę między połowami? Strzelam, że 30%.

No widzi pan. Jeden światowej klasy trener powiedział kiedyś, że maksymalnie 10%. Pozostałe 90% powinno zostać zrobione w tygodniu poprzedzającym mecz. Te dziesięć procent zaś to kwestia podejmowania decyzji personalnych, bo taktykę rzadko się w trakcie meczu zmienia, ale niech to optymistycznie będzie nawet 20%. To wciąż stosunkowo niewiele.

 Zanim został pan trenerem, przez wiele lat był pan w Ruchu Chorzów w roli piłkarza. Czego nauczył pana futbol?

Piłka nożna, zwłaszcza w moich czasach, to był sposób na życie i przyszłość. Dzisiaj młody chłopak, który zaczyna kopać piłkę, ma przed oczami Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i inne wielkie kariery. Do takiego momentu dochodzi jednak zaledwie jeden na dziesiątki czy setki tysięcy dzieciaków. Po kilku latach uprawiania futbolu z zawodowym klubie zetknąłem się z tym, jakie obowiązki i zadania stawiane są przed młodymi ludźmi. Ze mną, w moim roczniku, było kilku bardziej utalentowanych zawodników. Te talenty wykuwały się na podwórkowych boiskach, których zresztą teraz nie ma. Przechodzę czasem przez okolice, gdzie było pięć/sześć boisk, a teraz zostało jedno… Było wielu utalentowanych chłopaków, ale zabrakło im konsekwencji, cierpliwości, ulegli wygodzie życia i przyjemnościom, poszli na skróty. Piłka tego nie toleruje. Wymaga wielu wyrzeczeń. Czasem trzeba nawet cierpieć.

Piłkarz Fornalik podobałby się trenerowi Fornalikowi?

Jeśli chodzi o wirtuozerię i coś więcej, niż tylko wymogi ekstraklasy – na pewno nie. Patrząc na Fornalika piłkarza, mógłby mi się podobać ze względy na upór, konsekwencję, pracowitość. Dzięki temu rozegrał ponad 200 spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce, zdobył mistrzostwo Polski, a są setki piłkarzy – nawet reprezentantów kraju – który złotego medalu za wygranie ligi nie mają. Bozia nie dała mi dużych gabarytów, skala talentu też nie była ogromna. Rzucano mnie po pozycjach – boki obrony, środek obrony, gdzie przy moim wzroście nie było łatwo grać. Ale dałem radę. Fornalik trener wziąłby Fornalika piłkarza do swojej drużyny przez wzgląd na to, jak funkcjonuje w drużynie i że pracowitością może zarazić innych. Ale gdyby potrzebował wirtuoza – to niestety takim piłkarzem nie byłem.
Trener Roku 2009 w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”

Spotkał pan kogoś na swojej trenerskiej drodze, kto przypominał pana z czasów gry w piłkę?

Wielu jest takich, w każdym klubie spotkałem ich przynajmniej dwóch. W Piaście też są. Skala talentu na poziomie średniej krajowej, ale dyscyplina, podejście do zawodu, konsekwencja – to wszystko powoduje, że są pewnymi punktami w drużynie. To cenni ludzie, którzy też nie marudzą nawet gdy trener ich skrytykuje albo udowodni w analizie, że pewnie rzeczy można było zrobić inaczej. Przyjmują to z pokorą i wyciągają wnioski.

Na wielu ludziach się pan zawiódł?

Każdy ma grupę ludzi, którzy w konkretnych sytuacjach określają się. Często jest to selekcja negatywna. Wydawało się, że będzie można na kogoś liczyć, ale… tylko się wydawało. Ludzi poznaje się w ekstremalnych sytuacjach. Wielu ma się przyjaciół, gdy jest się na topie. Do wielkich piłkarzy zawsze lgną tłumy, a gdy przychodzi kryzys – ten tłum się ulatnia.  Gdy jesteś w dołku, ludzie potrafią być bezwzględni. Z jednej strony dobrze, że tak jest. Człowiek często żyłby w nieświadomości, że ma dookoła wielu bliskich, którzy tak naprawdę wcale blisko nie są. Mimo wszystko mam sporą grupę osób, którzy służą pomocą niezależnie od tego, czy jestem na górze czy na dole.

Najwięcej fałszywych przyjaciół odpadło po przygodzie z reprezentacją?

Nie chcę używać też takich określeń, bo być może skrzywdziłbym wielu z nich? Może łatwiej po prostu było im utrzymywać ze mną kontakt wiedząc, że w tamtym czasie mam eksponowane stanowisko i większe możliwości, niż miało to miejsce później? Ale to w pewnym sensie naturalne i jestem zadowolony, że takie rzeczy mają miejsce. Lepiej wiedzieć „who is who” niż udawać.
„Pytanie, co wydarzyłoby się przez te lata, w których ja pracowałem? Czy też nie trzeba byłoby wszystkiego organizować od nowa?”

Żałuje pan, że z propozycją zadzwonił Grzegorz Lato po katastrofie na Euro2012, a nie Zbigniew Boniek przed Euro 2016?

Pytanie, co wydarzyłoby się przez te lata, w których ja pracowałem? Czy też nie trzeba byłoby wszystkiego organizować od nowa? Musi złożyć się wiele czynników, żeby trafić na odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Na przykład pracując w Ruchu Chorzów miałem propozycje z kilku bogatszych klubów. Zarzucają mi, że nie pracowałem w drużynie z czołówki i pomijając to, że Ruch w czołówce był dwa razy – miałem takie propozycje. Ale nie zostawiłem klubu, bo miałem ważny kontrakt oraz cel do zrealizowania. To byłby dziwne, gdybym po rundzie jesiennej miał rzucić wszystko i przejść z klubu A do klubu B, bo w tym drugim dostanę dziesięć tysięcy więcej miesięcznie.

Pięściarze, żeby wejść na szczyt, muszą być często odpowiednio prowadzeni. Najpierw budują pewność siebie i rytm obijając słabych rywali, a później stopniowo walczą z coraz lepszymi – aż do walki o mistrzowski pas. Mam wrażenie, że u pana zabrakło tego pomostu między klubem regularnie bijącym się o tytuł, jak Legia, Lech czy Wisła, a reprezentacją kraju. Po sukcesach na małych ringach od razu przyszedł czas na bój o mistrza świata.

Nie ma na to reguły. Adam Nawałka też nie prowadził mistrza Polski przed objęciem kadry, a idzie mu świetnie. Czy CV ma jakieś znaczenie? Większe ma odpowiedni czas i ludzie, z którymi pracujesz… I nie mam na myśli tylko piłkarzy. Rozmawiałem z wieloma polskimi szkoleniowcami i otwarcie mi mówili, że oni by się takiego zadania nie podjęli. Uważali, że to była mina, po wdepnięciu na którą można zrobić sobie więcej złego niż dobrego.

Na pewno stołek selekcjonera nie jest najwygodniejszym miejscem do siedzenia. Wielu trenerów w przeszłości się o tym przekonało.

Jeżeli popatrzymy na historie naszych selekcjonerów, to poza Górskim i Piechniczkiem rozstania każdego nie były na pewno takie, na jakie zasługiwali. Jerzy Engel po 16 latach wprowadził reprezentację na mundial, awansował też Paweł Janas, a w jakiej atmosferze odchodzili – wszyscy wiemy. Choć przecież sam awans w tamtych realiach naprawdę był sukcesem, o którym po turnieju szybko zapominano. Taki już nasz zawód, że ciągle musimy coś udowadniać. Jesteśmy tak dobrzy, jak nasz ostatni mecz.
„Rozmawiałem z wieloma polskimi szkoleniowcami i otwarcie mi mówili, że oni by się takiego zadania nie podjęli”

Jak pan ocenia swoją kadencję z perspektywy czasu?

Robiliśmy z moim sztabem wszystko, co mogliśmy. Trafiłem w trudnym czasie na reprezentację i choć wyniki może o tym nie mówią, to swojej pracy nie mogę się wstydzić. Powiedzmy sobie jasno, żeby nikt nie próbował szukać sensacji: obecne wyniki kadry to zasługa Adama Nawałki i jego sztabu. Ja natomiast zostawiłem kilku piłkarzy gotowych na wyzwania, jakie stanęły przed nimi później. Dla tych chłopaków to było przecież zderzenie z nową rzeczywistością. Proszę zwrócić uwagę, że dla wielu z nich to były pierwsze eliminacje do Mistrzostw Świata. Kto grał w nich wcześniej? Robert, Kuba, Artur Boruc, który dołączył do nas później… Reszta dopiero dotknęło tego, czym były eliminacje do MŚ. Później było im łatwiej, bo wiedzieli o co chodzi, jak duże jest to wyzwanie.

Jak wyglądała reprezentacja pod pana wodzą od środka? Z ust niektórych kibiców czy dziennikarzy padały zarzuty, że nie był pan autorytetem dla gwiazd pokroju Lewandowskiego.  

Mógłbym panu powiedzieć: nie, skądże, ja byłem autorytetem, byłem taki, siaki i tak dalej, ale… Nawet mi się nie chcę na takie zarzuty odpowiadać. Mam udowadniać, że nie jestem słoniem? Jedyne, co mogę powiedzieć, to że z wieloma zawodnikami do dziś utrzymuje bardzo dobre kontakty. To też chyba o czymś świadczy. Reprezentacja to nie była grupa ludzi, która odetchnęła z ulgą, gdy przestałem być selekcjonerem.

Odetchnąć mógł Ludovic Obraniak, który zapowiedział, że za pana kadencji nie zagra w reprezentacji.

Robiłem wszystko, żeby wyciągnąć z niego maksimum. Nie udało się, więc z niego zrezygnowałem, przez co zostałem położony na ołtarzu dziennikarskim. Krytykowano mnie za to, ale teraz można zapytać: kto miał rację? Jak potoczyła się kariera Ludovica po odejściu z reprezentacji?

Niezbyt dobrze. Takich Obraniaków, nazywanych „farbowanymi lisami”, było więcej. Jak spora liczba zawodników z polskim paszportem, ale niekoniecznie mówiących po polsku czy też grających niegdyś w młodzieżówkach innych krajów wpływała na atmosferę w drużynie?

Trudno powiedzieć bo aż tak długo nie grali. Jedynym z tego grona, który został do końca, był Gienek, czy też Ojgen, Polanski. W tamtym czasie to był wartościowy zawodnik dla naszej reprezentacji. Grzesiek Krychowiak dopiero zaczynał przygodę z reprezentacją. Nie mogę niczego powiedzieć o Adamie Matuszczyku, bo u mnie nie grał. Sebastian Boenisch też nie występował regularnie. Później Obraniak i inni wylewali żale mediach, jak to bardzo zostali przez Fornalika skrzywdzeni. Życie pokazało co innego.
„Grzesiek Krychowiak dopiero zaczynał przygodę z reprezentacją”

Reprezentacja weszła na wyższy poziom, gdy zaczęła grać dwójką napastników. Systemem, którego jest pan zwolennikiem?

Na tę chwilę tak. W czasach, gdy z Ruchem odnosiliśmy największe sukcesy, stosowaliśmy właśnie ten system. W reprezentacji też tak próbowałem grać. Arek Milik przecież debiutował u mnie jako 18-latek w meczu z Anglią. Później jednak wyjechał do Bayeru Leverkusen, tam nie grał i zabrakło kogoś obok Roberta Lewandowskiego. Tyn system musieliśmy zmienić. Próbowaliśmy z Klichem i Zielińskim za plecami Roberta i wyszło bardzo fajnie z Danią, ale później też był problem z grą i formą. Postawą jest to, by zawodnicy grali na co dzień w klubach. Za to powinniśmy ściskać kciuki.

Jeśli uznać funkcję selekcjonera kadry narodowej za szczyt kariery trenerskiej – jak znajduje pan motywacje do pracy, gdy ten szczyt już za panem? Choć w Lidze+ Extra na pytanie, czy zdecydowałby się pan na prowadzenie kadry w przyszłości, odpowiedział pan: pomidor…

Jak znaleźć motywację? Bardzo łatwo. Jestem pełen energii i lubię, to co robię. Mamy wraz ze sztabem swoje pomysły. Największą motywacją jest to, gdy widzę jak drużyna się rozwija i realizuje te pomysły na boisku.

Co pan sobie myśli, gdy zmieniają kolejnego trenera w naszej lidze?

Pracuję już kilkanaście lat jako trener i przywykłem do tego. Jestem poruszony jedynie, gdy znam okoliczności zwolnienia i jest to zmiana dziwna. Zastanawiam się wtedy i mam różne myśli, ale to wkalkulowane w nasz zawód. Choć rzadko jest tak, że działacze nie mają wyjścia i muszą zwolnić trenera. Często to radykalne i pochopne decyzje.
„Jakieś trzy lata temu rozmawiałem o tym z Sylwestrem Cackiem. Próbował mi wytłumaczyć swoją decyzję”

Padł pan kiedyś ofiarą takowej. Po rundzie jesiennej był pan z Widzewem liderem pierwszej ligi i pewnie zmierzał do Ekstraklasy, ale marsz przerwał właściciel klubu wręczając zwolnienie.

Pytał mnie pan o to, co myślę gdy zwalniają trenerów. Kiedy staje się to w takich okolicznościach, mogę być co najmniej zdziwiony, jeśli nie zszokowany. Jakieś trzy lata temu rozmawiałem o tym z Sylwestrem Cackiem. Próbował mi wytłumaczyć swoją decyzję. Pewne argumenty do mnie przemawiały, ale z wieloma nie mogę się zgodzić do dziś. Byliśmy na pierwszym miejscu. Pamiętam, jak otworzyłem gazetę, a tam informacja, że w Widzewie będzie nowy trener. Zamknąłem ją, odłożyłem na bok i uznałem to za żart. Później okazał się prawdą.

Teraz Widzew gra w trzeciej lidze, ale ma zdrowe finanse, nowy stadion, a na jego mecze tłumnie przychodzą kibice. Latem pewnie awansuje do drugiej ligi. Ruch Chorzów powinien iść tą samą drogą?

Nie. Kibicuję Widzewowi i wiem, co się w Łodzi dzieje. Nie zapominajmy jednak, że na razie jest na czwartym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Przy dzisiejszej reorganizacji, gdzie drużyn w trzeciej czy czwartej lidze jest coraz mniej, podniósł się poziom rozgrywek. Coraz trudniej jest awansować. Kiedyś takie ligi taki klub jak Widzew by „łyknął”, dziś się trochę męczy. Dla Ruchu swego rodzaju oczyszczeniem był już spadek z Ekstraklasy. Obecnie klub jest restrukturyzowany. Powinno się robić wszystko, by go utrzymać i budować podwaliny pod walkę o powrót do elity.
„Chciałem uświadomić, że Ruch to nie tylko Fornalik”. Tu z Franciszkiem Smudą przed finałem Pucharu Polski. Wtedy trenerzy Ruchu i Lecha, później – kolejni selekcjonerzy reprezentacji Polski.

Nie jest łatwo pana zniechęcić do pracy, wiele pan widział w piłce, z błahego powodu nie odszedłby pan z klubu. Co więc musiało się stać, że uderzył pan pięścią w stół i opuścił Chorzów?

Chciałem uświadomić, że Ruch to nie tylko Fornalik. Chciałem wstrząsnąć klubem, żeby przyszedł ktoś, kto spojrzałby na wszystko z innej perspektywy. Może wlałby więcej wiary i optymizmu, może to by zaskoczyło? Mogło też być tak, że te problemy spowodowały zmęczenie materiału z obu stron. Uznałem, że to dobry moment, by odejść. Drużyna była nad strefą spadkową, więc nie zostawiłem jej w sytuacji bez wyjścia. Ekstraklasę można było uratować.

„Wierzę, że nie spadniemy”


Mówił pan w Lidze+ Ekstra, że ceni warsztat Mauricio Pochettino.

Miałem okazję pracować z wieloma trenerami. Długo z Orestem Lenczykiem, na studiach uczyłem się u Antoniego Piechniczka, a za granicą między innymi podpatrywałem obecnego szkoleniowca Interu, Luciano Spalettiego. Ostatnio miałem okazję dobrze poznać Pochettino, kiedy byliśmy na stażu w Southampton. Ale wie pan, my często traktujemy staż w kategoriach „jedzie się uczyć”. Panuje przekonanie, że trener po dwudziestu stażach jest lepszy od tego, który był na jednym. To nieprawda. Dla mnie staż to po prostu czas, w którym konfrontuje swoją myśl szkoleniową z tym, co ja sam chcę robić jaką wybrałem drogę, jakie stosuję środki treningowe, czym się moja praca różni i jak bardzo odbiega od tego, co widzę w innym miejscu. Ale to nie ukształtuje trenera.
„Studziłem euforię już po losowaniu. W studiu wszyscy siedzieli zadowoleni i mówili, że trafiła nam się fajna grupa, że wyjdziemy bez problemu… „

Hiszpańska myśl szkoleniowa to ta, którą pan preferuje?

Pod względem przygotowania fizycznego na pewno to szkoła bardzo zbliżona do tego, co staramy się robić od kilku dobrych lat. W kwestiach motorycznych kształtował nas śp. Jerzy Wielkoszyński, który był prekursorem takiego sposobu przygotowywania się do sezonu. Staż w Southampton był tylko potwierdzeniem, że idziemy w dobrym kierunku. Kiedyś „Święci”, a dziś Tottenham pokazuje, że da się zbudować wielką drużynę za niekoniecznie wielkie pieniądze. Oczywiście przyglądaliśmy się także taktyce. Niektóre rzeczy były nowe, niektóre dobrze znaliśmy.

Trudno współpracowało się z Orestem Lenczykiem?

To kolejny mit. Mówi się, że to człowiek niedostępny albo zamknięty na innych. Ktoś, kto go poznał bliżej zderzył się z czymś, o czym wcześniej nie miał pojęcia. Trener Orest Lenczyk to kulturalny, wykształcony, mądry człowiek. Był trenerem, który miał swój kodeks i swoje zasady. 

Na koniec zapytam o mundial. W ostatnich czterech meczach wygraliśmy raz, wyszarpując zwycięstwo Korei Południowej w samej końcówce. Przed powrotem na Stadion Śląski nie strzeliliśmy bramki w trzech kolejnych meczach. W Rosji wyjdziemy z grupy?

Studziłem euforię już po losowaniu. W studiu wszyscy siedzieli zadowoleni i mówili, że trafiła nam się fajna grupa, że wyjdziemy bez problemu… Ale wszyscy zerknęli raz, drugi na naszych rywali. Popatrzyli, w jakich klubach i na jakim poziomie grają piłkarze naszych rywali i ten optymizm trochę zmalał. Na pewno nie jest to grupa łatwa. Wiadomo, że w przypadku Niemiec, Hiszpanii, Anglii czy Brazylii sama nazwa odstrasza. My takiego rywala nie mamy, ale niech to nikogo nie zmyli. To trochę pułapka, bo Kolumbia czy Senegal to bardzo dobre drużyny, Japonia też ma klasowych zawodników. Wierzę jednak, że wyjście z grupy to cel, który zrealizujemy.