W Widzewie czas na „dziesięć pierwszych słów, pięć pierwszych gestów…”

Lechia Tomaszów Mazowiecki zrównała się punktami z łódzkim Widzewem. Dla jednych dzięki zwycięstwu 5:0 z Pelikanem Łowicz i bilansowi bramkowemu objęła fotel lidera, dla innych nadal na czele są czerwono-biało-czerwoni z lepszym bilansem bezpośrednich spotkań. Łodzianie nie tyle poczuli oddech na plecach, co spojrzeli w prawo i zobaczyli, że ktoś dorównał im kroku.

Nie jest to pewny marsz. Defiladowy krok towarzyszył kibicom z Piłsudskiego 138, gdy do klubu po raz piąty zawitał Franciszek Smuda. Nie trwało to jednak długo. Teraz to krok chwiejny, który ledwo pozwala iść dalej. Najważniejsze dla łodzian, że póki co nie nastąpił upadek, ale potknięcia się zdarzają. Jak ostatnio, gdy tylko zremisowali na własnym stadionie z Huraganem Wołomin.

Wielu kibicom się ten chód nie podoba. Część doceniała to, że wystarczał do wyprzedzenia na trasie innych drużyn, ale to już przeszłość. Łodzianie zostali dogonieni.

Przed oczami fanów stanęły koszmary ubiegłego sezonu. Minus dwanaście punktów po rundzie jesiennej nie dawało wielu powodów do wiary w awans, o ile jakiekolwiek, ale wiosnę łodzianie zaczęli znakomicie. Dziesięć zwycięstw i trzy remisy w 13 spotkaniach to wynik, który pozwolił złapać z czołówką kontakt i wprowadzić odrobinę zamieszania w górnej części tabeli. Walka zakończyła się porażką, ale została podjęta.

W tym sezonie o jakiejkolwiek rywalizacji nie miało być mowy. Widzew miał trzecią ligę przejechać niczym walec, rozgniatając kolejnych przeciwników jakością piłkarską, szkoleniową, transferową (w klubie pracuje niejeden dyrektor sportowy), organizacyjną, infrastrukturalną, finansową i kibicowską. Pod niemal każdym względem łodzianie wypadają lepiej od rywali. Niemal, bo hurraoptymistyczne (aczkolwiek mające solidne podstawy) nastroje są brutalnie weryfikowane przez boisko.

Można zasłaniać się trudną ligą, ale spójrzmy prawdzie w oczy: zawodnikom Widzewa po otwarciu ośrodka treningowego na Łodziance nie brakuje już niczego. Nie wierzymy bowiem, by ktoś tęsknił za pracą na etacie, z którą łączy grę w piłkę wielu zawodników w trzeciej lidze. To nie przeszkadza im jednak przyjechać do Serca Łodzi jak po swoje.

Mentalność – to jeden z powodów niemocy zawodników. Nie presja, nie umiejętności, a podejście do meczu.

Nikt nie ma prawa narzekać na brak zaangażowania ze strony graczy z herbem RTS na piersi. Piłkarze walczą i biegają ile tylko mogą, a na wcielanie w życie innej opcji nie pozwoliliby im kibice. Starają się, ale nie wychodzi, choć umiejętnościami każdy indywidualnie bije na głowę swojego vis a vis z drużyny przeciwnej. Czego więc brakuje?

Przed walką na oficjalnym ważeniu następuje moment, w którym obaj pięściarze stają naprzeciw siebie i patrzą w oczy. Wielu z nich mówi, że to bardzo ważny element każdego pojedynku, choć odbywa się długo przed nim. Naturalny, ludzki instynkt pozwala wówczas wyczuć, że rywal się boi, jest niepewny siebie, ma w oczach strach. Intuicja to nic innego niż umiejętność czytania cudzego ciała i intencji. Mierzenie się wzrokiem ma za zadanie zastraszyć przeciwnika zanim jeszcze do walki dojdzie.

„Wystarczy mi dziesięć pierwszych słów, pięć pierwszych gestów jakiegokolwiek koleżki i już wiem, że w jego psychice czai się strach. On jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że wkrótce będzie miał pełne portki. A wiesz dlaczego? Dlatego, że jego słaba psychika już wysłała mu maila do nadciągającej kupy, że spotkanie jest w spodniach” – Jarosław Psiukuta(s) bez „es”, „Chłopaki nie płaczą” (2000).

W futbolu taki moment przypada w tunelu, tuż zanim 22 zawodników wyjdzie na plac gry. Kazimierz Węgrzyn opowiadał kiedyś, jak na Wembley przed meczem Anglia-Polska gospodarze krzyczeli w tunelu. Pewnym siebie i bardzo donośnym głosem zdradzali, co zrobią z biało-czerwonymi po wejściu na murawę. Jeden z Polaków, w otoczeniu samych angielskich tenorów i słów na „f”, cieniutkim i piskliwym głosem zdołał wydobyć z siebie: „Panowie! Na nich!”. Gospodarze nie musieli znać polskiego, by wewnętrznie wybuchnąć śmiechem.

Już wtedy wiedzieli, że żadna krzywda im się na meczu nie stanie. Z rywalami Widzewa jest podobnie.

Fanatykom z al. Piłsudskiego marzy się moment, w którym zawodnicy drużyn przyjeżdżających z Ełku, Morąga, Nowego Miasto Lubawskiego, Sulejówka, Sieradza czy Aleksandrowa Łódzkiego będą mieli w Sercu Łodzi spętane nogi jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Kibice robią wszystko, by głośnym dopingiem i ogromną liczbą gardeł zbudować przewagę psychologiczną.

Nawet jeśli czasem się udaje pomóc, to nie widać, by faworyt trzecioligowych rozgrywek dokładał swoją część. Zwłaszcza na wyjazdach, gdzie ta pewność siebie ulatuje jeszcze bardziej. Gdy tuż po przyjściu Franciszka Smudy poszedł przekaz: „mamy grać swoje, nie patrzymy na rywali, tylko ich rozjeżdżamy” – widzewiacy faktycznie to robili. Teraz tego nie ma.

Taktykę można zmieniać, tak samo jak dokonywać różnych wyborów personalnych. Ale podejście powinno być zawsze takie samo – gramy do utraty sił, do ostatniego gwizdka sędziego, z maksymalnym zaangażowaniem. To podstawa, jakiej wymaga każdy kibic na świecie. I coś, czego można byłoby się obawiać.

Teraz rywale się nie boją. Widzą piłkarzy Widzewa i wiedzą, że mogą im zrobić krzywdę. Ursus też to wie. I wcale mu w tej wiedzy nie przeszkadza fakt, że w ostatnich siedmiu spotkaniach nie wygrał ani razu. Choć może gra z rywalem w takiej dyspozycji będzie najlepszym momentem na to, by ten stan rzeczy zmienić?

1 maja 2018 r. | godzina 15:00 | Ursus Warszawa – Widzew Łódź

Wygra Ursus: 5.3
Remis: 3.8
Wygra Widzew: 1.56

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem