W samo południe z…Żelisławem Żyżyńskim: „Gdy pozytywnie patrzysz na świat, on to potem oddaje”

Zapraszamy na wywiad z dziennikarzem NC +, Żelisławem Zyżyńskim.

ŁączyNasPasja:  Na początku muszę powiedzieć, że jeszcze nie spotkałem się z tak serdecznym i ciepłym przyjęciem, jeśli chodzi o osoby, którym proponowałem wywiad. Jesteś wesoły z natury?
Ja mam pozytywne podejście. To fajnie, że ktoś chce ze mną porozmawiać. Coś się dzieje. Pamiętam, jak kiedyś czekałem na murawie przy Konwiktorskiej na wejście w kolejnej „Multilidze” w Canal+ z Pawłem Wszołkiem, który wtedy grał jeszcze w Warszawie. Łączenie się opóźniało, zdaje się, że nawet o godzinę, więc mówię: „Sorry Paweł, że tak czekasz”, a on na to: „Nie ma problemu. Jeszcze niedawno tylko matka chciała ze mną rozmawiać i to nie zawsze”. Jeśli mogę komuś w czymkolwiek pomóc, a nie wymaga to ode mnie niczego więcej, poza godziną wolnego czasu, to nie mam z tym żadnego problemu.
Wiele osób, które Ciebie opisuje zwraca uwagę, że zwykle chodzisz z uśmiechem na ustach. To prawda czy wizerunek medialny?
Myślę, że nie ma ludzi, którzy zawsze się uśmiechają, ale tak z 90% czasu staram się być wesołym. Nie jestem człowiekiem konfliktowym. Jak ktoś mi nastąpi na odcisk, to staram się go raczej unikać, niż prowadzić regularną wojnę. Bawi mnie życie. Uważam, że mam bardzo fajną pracę, a od prawie czterech lat super rodzinę. Uśmiech zaraża, a za dużo w Polsce jest smutnych ludzi, którzy narzekają zamiast się cieszyć życiem. Jak pozytywnie patrzysz na świat, on to potem oddaje. Mam takie podejście od urodzenia.
Podobno połowa sukcesu, żeby zrobić wrażenie na kobiecie, to ją rozśmieszyć. Potwierdzasz, mając wrodzony uśmiech?
Nie no, uśmiech na twarzy, a opowiadanie dowcipów, to jest zupełnie coś innego. Obawiam się, że moja żona musiałaby powiedzieć, czy to były jakieś moje  „suchary”, czy też może coś więcej, co ją rozbawiło, jak się poznawaliśmy. Ale… coś w tym musi być. Uśmiech na pewno nie przeszkadza. Podobnie jak to, że kobietę się rozśmieszy albo przynajmniej wprawi w dobry nastrój.
Nie irytujesz się, kiedy w każdej rozmowie zamiast skupiać się na twojej pracy, dziennikarze pytają Ciebie o oryginalne imię?
W żadnym razie. Mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia w dziedzinie dziennikarstwa, także przyjdzie jeszcze czas, że każdy się z imieniem całkowicie oswoi i nie będzie o to pytał. Poza tym, mając oryginalne imię, trzeba mieć świadomość, że ludzi będzie ono ciekawić. Myślę, że gdybym go nie lubił, to miałbym z tym problem. A dowodem, że mi się jednak bardzo podoba, jest fakt, że syna nazwałem Żywisław. I mam nadzieję, że on będzie miał takie samo podejście jak ja a nie pretensje do taty.

Mój ojciec chciał, żebym był ostatni w książce telefonicznej. Nie mógł przypuszczać, że one znikną kilkanaście lat później, tak go życie załatwiło… Ja nadając imię synowi chciałem, żeby mnie zastąpił na ostatnim miejscu w alfabecie Polaków i wyróżniał się w 38 milionowym narodzie. Jak na pierwsze, a właściwie zerowe urodziny, to chyba dobry prezent? Poza tym, łatwiej kogoś o oryginalnym imieniu zapamiętać i wzbudzić ciekawość.

Na Twoim przykładzie, to imię rzeczywiście było atutem?
Na pewno nigdy mi nie przeszkadzało. Być może dlatego, że w szkole podstawowej wszyscy nazywali mnie Adam, bo tak mam na drugie. Mama wytargowała z tatą, że przynajmniej do końca ósmej klasy nie będę wiedział, że mam na imię Żelek, żeby się dzieci nie śmiały na podwórku. Myślę, że Żywkowi będzie łatwiej, bo dzisiaj tych oryginalnych imion jest więcej i nie powodują już tylu żartów. Ja wolę się wyróżniać, niż chować w tłumie. Jeśli imię może mi w tym pomóc, to trudno żebym się na to żalił i udawał, że mi przeszkadza.

zelislaw-zyzynski-w-samo-poludnie-1-laczy-nas-pasja

Każdy ma jakieś wymogi w stosunku co do przyszłej żony. Mateusz Borek powiedział swojej partnerce, że jak wytrzyma z nim do jego 40 – tych urodzin, to weźmie z nią ślub. Twoja obecna małżonka zdobyła z Tobą Kilimandżaro. Chcesz mi powiedzieć, że poprzeczka była ustawiona aż tak wysoko?
Tak. Na wysokości 5895 metrów. Ale tak na serio, to nie zastanawiałem się nad tym, choć faktycznie byłem z Eli dumny, gdy przełamywała w Afryce własne słabości. Może wtedy zdobyła nie tylko górę, ale i mnie? Coś może w tym być… Generalnie Ela też bardzo lubi podróżować. Kiedy polecieliśmy razem do Afryki, to stwierdziła, że pomoże mi zrealizować marzenie związane ze zdobyciem Kilimandżaro, zakorzenione tam jeszcze w czasach pierwszych kontaktów z prozą Hemingwaya, zamiast w tym czasie na przykład wylegiwać się na plaży. Dla mnie ta wspinaczka była jak spacer po parku. Nie miałem najmniejszego problemu. Natomiast żona należała do tych – zwłaszcza ostatniej nocy, kiedy zdobywa się szczyt przy blasku drogi mlecznej na niebie – którym nogi odmawiały posłuszeństwa. Udało się jej jednak pokonać słabości i zdobyła tę górę. Jej wyczyn zrobił na mnie gigantyczne wrażenie i faktycznie poczułem, że to może być kobieta na całe życie.
A co poczułeś, kiedy Bogusław Linda nazwał Łódź: “Miastem Meneli”?
Poczułem się obrażony. Naprawdę. Bez względu na to, jaki był kontekst, to on totalnie tego nie przemyślał. Ja Lindę bardzo lubię i cenię. Mam nadzieję, że kiedyś będę miał możliwość zadać mu pytanie i usłyszeć, co naprawdę miał na myśli? Słyszałem, że nawet „menele” na ul. Włókienniczej protestowali przeciwko ekipie filmowej. Co by nie powiedzieć, to Łodzianie mają charakter. Jest taka autorka kryminałów, która nazywa się Katarzyna Bonda. Nie znam jeszcze jej twórczości, dziś mam dużo mniej czasu na czytanie niż kiedyś, gdy pochłaniałem wszystko, co wpadło w ręce, ale wiem, że któryś z jej bohaterów mówi coś w takim stylu: „Spotkałem cwaniaka i zakapiora z Łodzi, prezesa – pijaka i kilku innych. Ale nigdy w życiu nie spotkałem żadnego Łodzianina, który by się okazał dygaczem lub chujem.” Pewnie paru z nich by się znalazło, ale jest to fajne, charakterne miasto, którego się nigdy nie wypieram. Kocham tą swoją Łódź. To jest moje miejsce na ziemi, z którego jestem dumny. A panią Bondę przepraszam, że przekręciłem cytat, choć sens na pewno oddałem. Książkę przeczytam i nauczę się dokładnie. A potem będę cytował z pamięci wraz z moim ulubionym wierszem Tuwima pod tytułem Łódź, który regularnie przypominam znajomym.

Podsumowując: jestem dumny z tego, że urodziłem się w Łodzi i mam nadzieję, że miasto to pokochają też moje dzieci. Choć powinny być dumne, że urodziły się w Warszawie, bo to miasto też ma charakter.

12

Komentarze