W samo południe z…Piotrem Jeleniewskim: „Nie jestem nieśmiertelny”

ŁączyNasPasja: Na swoim profilu na facebooku, jako miejsce pochodzenia masz wpisany Wodzisław Śląski. Wychowałeś się na Górnym Śląsku?
Moja mama jest ze Śląska, tata z Warszawy. Na samym początku, tuż po moim urodzeniu rodzice mieszkali w tamtych stronach, koło takiej miejscowości Chałupki. Tam niedaleko jest położona wieś Olza. Stamtąd wywodzi się moja mama i tam mieszkałem z rodzicami przez pierwsze 4 lata życia. Później ze względu na możliwość zmiany pracy, przenieśliśmy się do Warszawy. U mnie w rodzinie jest zresztą taka paradoksalna sytuacja, ponieważ mój dziadek od strony ojca zginął w Powstaniu Warszawskim, a dziadek ze strony mamy był Ślązakiem siłą wcielonym do Wehrmachtu i był ciężko ranny po stronie niemieckiej.
Godosz po naszymu?
Godom! Jak przyjechałem do Warszawy, to nikt mnie w przedszkolu nie rozumiał. Do dzisiaj moja mama się śmieje, że nikt nie wiedział o co mi chodzi (śmiech). Godom, rozumiem gwarę, teraz rzadko tam bywam, ale sercem czuję się Ślązakiem, ponieważ imponują mi ci ludzie. Jestem dumny, że urodziłem się w tamtych stronach.
Jak wspominasz czasy młodości?
Są one ściśle związane ze Śląskiem. Najpierw z moją Świętej Pamięci Babcią, która mnie wychowywała, a potem z wujkami, którzy uczyli mnie łowić ryby. Ja tam przyjeżdżałem na wakacje jak już mieszkałem w Warszawie, a to byli tacy prawdziwi górnicy i spędziłem z nimi mnóstwo fajnego czasu.
A w czasach kiedy byłeś nastolatkiem, to należałeś do osób niesfornych, które sprawiały kłopoty wychowawcze czy byłeś raczej spokojny?
Trochę kłopotów sprawiałem. Byłem generalnie ułożony, ale miałem kilka zakrętów w życiu. Wychowywałem się na takim osiedlu, że w tamtym czasie obowiązywał podział na: skinheadów, metalowców i popersów. Miało się wybór przynależności do którejś z tych subkultur albo życie na marginesie. To był też czas tworzenia się różnych grup przestępczych. Mogłem to obserwować z bliska, ale na szczęście z boku. Natomiast o tych osobach, które ganiały po osiedlu można było przeczytać potem artykuły, że jeden się wysadził w powietrze, a inny trafił do więzienia. Ja trochę łobuzowałem, ale bez przesady.
A do której subkultury należałeś?
Trudno w to uwierzyć, ale miałem długie włosy, prawie do pasa i słuchałem heavy metalu (śmiech). Mam takie zdjęcie z dowodu osobistego z tymi piórami, ale pokazuje je tylko, jak jestem na dużej bombie (śmiech).
A kto Ciebie zainspirował, żeby trenować sporty walki?
Były książki, film „Wejście Smoka” i postać Marka Piotrowskiego. Jednak tak naprawdę zainteresowałem się sztukami walki, bo byłem zakompleksionym grubaskiem, który miał problem, żeby zrobić pompkę. Miałem też swoje marzenia i bardzo chciałem trenować. W 1986 roku na tym osiedlu, na którym mieszkałem otworzono sekcję sportów walki i tam poznałem trenera, z którym spędziłem 20 lat. Oczywiście najpierw z rok musiałem błagać rodziców, żeby mi pozwoli się zapisać. Jak już byłem po pierwszym treningu, to przez tydzień nie mogłem wstać z łóżka przez zakwasy. Po paru latach z 50 – 60 osób pozostały 2 – 3 (w tym ja) i tak ta droga się zaczęła.

piotr-jeleniewski-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

W młodzieńczym życiu, kiedy ktoś trenuje, to często staje przed wyborem: impreza albo trening. Jak to było u Ciebie?
Jako, że to było dawno, to mogę się przyznać. Kiedyś na zawodach, to były mistrzostwa Małopolski, zdobyłem tytuł najlepszego technika, a byłem na tak potężnym kacu, że jedyna rzecz, o jakiej myślałem, to żeby otworzyli tylko sklepik z wodą (śmiech). My bardzo ciężko trenowaliśmy w tygodniu, a w weekend po prostu się chlało. Jak dzisiaj o tym myślę, to nie mam pojęcia, jak byliśmy w stanie tak mocno ćwiczyć, a potem balować i tak w kółko.
Wyobrażasz sobie, że Twoi zawodnicy tak robią w trakcie przygotowań?
Nie. Na tym poziomie to niemożliwe. Teraz pracuję z zawodnikami, którzy nie mogą sobie pozwolić na żaden margines błędu podczas przygotowań, jeśli chcą zrobić wszystko dobrze. To nie jest też tak, że oni są „święci” i nie robią sobie drobnych odstępstw. Obsesyjne trzymanie się pewnych norm też nie jest najlepsze. Prowadzę też zawodników startujących w zawodach amatorskich i nawet już na tym poziomie kariery poprzeczka jest postawiona bardzo wysoko. MMA jako sport niesamowicie się rozwinęło w naszym kraju, dlatego uważam, że dzisiaj jeśli ktoś poważnie myśli o trenowaniu tej dyscypliny, to raczej nie da rady połączyć imprez z ciężkimi treningami.
A po walce na roztrenowaniu wszystko dozwolone?
W rozsądnych ilościach tak. Kiedy jest ten moment, że zawodnik musi zejść z obciążeń, to nawet dietetycy zalecają, żeby jeść ten „magiczny” gluten i wszystko na co się ma ochotę.
Dzisiaj jesteś uznanym trenerem, Twoi zawodnicy walczą między innymi dla UFC. Jak z perspektywy czasu patrzysz na swoją decyzję z 2014 roku, kiedy chciałeś odejść od zawodu trenera?
To jest tak, że ja co roku mówię, że to już koniec i każdy się ze mnie śmieje. Ja jestem nieustannie zdziwiony przez całe moje życie (śmiech). Ono jest naprawdę intensywne. Sporo się działo zarówno prywatnie jak i zawodowo. Tych zakrętów było bardzo dużo. Ja sam oceniam siebie, jako sprawnego rzemieślnika, samouka. Czy będę to robił całe życie, to naprawdę trudno mi powiedzieć. To jest moja pasja, którą realizuję, ale obok życia zawodowego.
Z czego się utrzymujesz na co dzień?
Ja od wielu już lat jestem związany z firmą działającą na giełdzie. Realizowałem dla nich sam kilka projektów. Mało ludzi wie, ale wprowadziłem na giełdę spółkę zajmującą się handlem olejami. Mieliśmy przez dwa lata wyłączność na dystrybucję olejów motocyklowych firmy Repsol. Tych projektów po drodze było sporo. Wcześniej trochę działałem w branży deweloperskiej. Jednak cały czas jestem związany z dużym funduszem inwestycyjnym, który jest wyceniany na giełdzie.

12

Komentarze