W samo południe z…Kamilem Szeremetą: „Słabi mają marzenia, a ja mam cele”

    ŁączyNasPasja: Jak minął Tobie okres świąteczno – sylwestrowy?
    Bardzo szybko. Mimo wszystko, że to były święta, to trzymałem fason. Alkoholu nie piłem, dietę troszkę odpuściłem, ale przynajmniej nie przesadzałem ze słodyczami, więc nie jest źle.
    Trudno było się zebrać i przyjechać do Warszawy po przerwie?
    Nawet nie. Ja z tym problemów nie mam. Jak znam termin walki, to mam świadomość tego, że trzeba te 8 – 10 tygodni ostro trenować. Nigdy nie miałem problemów, żeby się zmobilizować.
    Walczysz 25 lutego w Szczecinie z Jose Antonio Villalobosem. Jak oceniasz tego rywala?
    Jeszcze przez całą swoją karierę nie walczyłem z takim zawodnikiem jak on. Chodzi mi o to, że Argentyńczyk zadaje ciosy z każdej pozycji. Może i jego siła uderzenia nie jest zbyt duża, chociaż kilka razy wstrząsnął Patrykiem Szymańskim. Ze mną mu to się jednak nie uda, bo ja będę dużo mocniejszy fizycznie.
    Kto będzie stał w Twoim narożniku i jak to wpłynie na przygotowania?
    Jako, że trener Fiodor Łapin będzie w tym czasie z Andrzejem Wawrzykiem w USA, to będzie mi pomagać Łukasz Malinowski i Paweł Gasser. Damy radę.
    Jesteś faworytem w tym pojedynku. Gorzej się walczy z takiej pozycji?
    Wiesz, Patryk Szymański też miał być takim zdecydowanym faworytem, a w moich oczach nie wygrał tej walki. Ja w starciu z Jackiewiczem też nie byłem, a zwyciężyłem. To jest boks. Jeśli przeciwnik przyjedzie dobrze przygotowany, to ja doskonale wiem, że nie będę miał łatwej przeprawy. Bez względu na nazwisko rywala przygotowuję się na 100% możliwości.
    W mediach pojawiła się informacja, że masz walczyć o mistrzostwo Europy. Jak wygląda sprawa tego pojedynku?
    Zostałem wyznaczony przez federację jako oficjalny pretendent, więc jak już wygram w Szczecinie, to siadamy z promotorami i staramy się jak najszybciej zorganizować tę walkę o pas.
    Całą karierę zawodową walczysz w Polsce. Tutaj prawdopodobnie czekałby Ciebie wyjazd do Włoch. Nie masz z tym problemu?
    Nie mam z tym żadnego problemu, tym bardziej, że stawką jest pas mistrza Europy. Zdaję sobie sprawę, że nieraz trzeba wyjść poza strefę komfortu, opuścić te nasze ciepłe progi i zaryzykować, pojechać i zdobyć tytuł. Ja jestem jak najbardziej chętny.
    Czy Twoim zdaniem w boksie zdecydowanie większe szanse na sukces mają tylko osoby, które miały trudny życiowy start?
    Zdecydowanie tak. Weźmy stu mistrzów, zarówno tych aktualnych, jak i z przeszłości i zobaczymy, że 99% z nich pochodzi z biedniejszych rodzin, gdzie warunki do życia nie były najłatwiejsze. Dzięki temu, taki zawodnik ma twardszy charakter, który bardziej przydaje się w ringu.
    A jak to było u Ciebie?
    Ja może nie zaznałem biedy i zawsze miałem co jeść, ale podobnie jak w większości polskich rodzin czasami trzeba było żyć od 10 do 10 każdego miesiąca. Jako małolat też musiałem dosyć szybko pójść do pracy, żeby zacząć zarabiać.

    kamil-szeremeta-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

    Podobno Tata namówił Ciebie, żebyś rozpoczął treningi bokserskie…
    Ojciec zawsze chciał być bokserem, w młodości lubił sobie powalczyć po dyskotekach na wioskach, ale zachorował na chorobę Heinego – Medina i marzenia o karierze pięściarskiej legły mu w gruzach. Zawsze chciał mieć syna, ja jestem najmłodszy i mam dwie starsze siostry. No i zdecydowałem się zapisać na boks, po części po namowach taty.
    Od razu się Tobie spodobało?
    Od razu. Już na pierwszym, czy drugim treningu mój ówczesny trener Mikołaj Nos powiedział mi, że zostanę mistrzem Polski. Ja od razu po tych zajęciach pojechałem do domu i ze łzami w oczach powiedziałem o tym mamie. I możesz mi wierzyć lub nie, ale przez 365 dni w roku opuściłem tylko jeden trening, bo pojechałem na święta prawosławne z ojcem w jego strony. Pamiętam, że płakałem wówczas z tego powodu, że nie udało nam się wrócić na czas, żebym mógł pójść na trening.
    I pierwsze medale mistrzostw Polski udało się zdobyć bardzo szybko…
    Wicemistrzostwo zdobyłem już po 11 miesiącach treningów. Do dzisiaj pamiętam walkę o tytuł, moim zdaniem nie przegrałem tego pojedynku, mierzyłem się z gospodarzem i nie słusznie przegrałem złoto.
    Wspominałeś, że tata lubił się sprawdzić z innymi na dyskotekach. Jak to było u ciebie?
    Ja to nie bardzo. Odkąd zacząłem uprawiać boks w wieku 12 lat, to wszystkie emocje zostawiałem na sali treningowej. Nikt specjalnie mnie nie zaczepiał na ulicy. Jak miałem 6 lat, to trenowałem piłkę nożną. I muszę powiedzieć, że to co najbardziej mi się podobało z tej mojej przygody z futbolem to było to, jak po meczach napierniczaliśmy się w szatni z drużyną przeciwną. To było najfajniejsze (śmiech).
    A mówi się, że piłkarze nie mają jaj, a tu proszę (śmiech)
    No dobrze mówisz, bo nie mają jaj. Jednak my w tamtym czasie nie byliśmy piłkarzami tylko kopaczami. Kopacze mają jaja – uwierz mi.
    Sam nie szukałeś zaczepek, a jak ktoś się dowiadywał, że trenujesz boks, to nie chciał się sprawdzić?
    Bywało, czy to na weselach, czy to nawet jakiś znajomy od rodziny. Jak taki delikwent wypije trochę za dużo, to mu się wydaje, że jest nie wiadomo kim. Zawsze jednak to się kończy jakoś polubownie. Zdarzyło się kilka razy, że musiałem dać klapsa w twarz, ale jak mój „rywal”  poczuł tego „liścia”,  to od razu się uspokajał i był już grzeczny.

    12

    Komentarze