W samo południe z… Andrzejem Kostyrą: „Praca dziennikarza coraz bardziej przypomina pracę śmieciarza”

ŁączyNasPasja: Jak Pan wspomina dzieciństwo?
Było sympatyczne, ale pełne pracy. Moi rodzice pochodzili ze wsi. Ja wychowywałem się w małym miasteczku Ryki. Ta mentalność do ciężkiej pracy została mi wpojona przez rodziców. Jako młody chłopak musiałem jeździć na pole, przewracać siano, pomagać przy koszeniu, przy młócce. Było pełno pracy. To mnie zahartowało. Była taka sytuacja, że jako już dziennikarz sportowy w czasach komunistycznych wziąłem 3 miesiące urlopu i pojechałem do USA do pracy. Można było wówczas za 20 dolarów przeżyć w Polsce cały miesiąc. Pamiętam, że pracowałem u takiego Włocha. Pierwszy dzień był straszny. Trzeba było drzewa wykopać, siekierą rąbać. No po prostu bardzo ciężka praca. W połowie dnia padłem na ławkę i leżałem. Nie miałem nawet siły się niczego napić. Jakoś jednak wytrwałem do końca. Następnego dnia był zdziwiony, że stawiłem się do pracy. To było właśnie dzieciństwo, w którym przyzwyczajono mnie do ciężkiej pracy i ten kapitał potem procentował.
A jak było ze sportem?
Było dużo sportu. To były stare czasy. Grało się w klubie parafialnym, piłka była wiązana na sznurek. Chodziłem regularnie na mecze lokalnego zespołu LZS Ryki. Grałem także sporo w szkole, co prawda wielkich sukcesów nie miałem, ale był ten bakcyl sportowy zaszczepiony. Normalną rzeczą dla mnie było, że każdy dzień rozpoczynałem od czytania wiadomości sportowych, trzeba było przecież wiedzieć, co się działo w świecie sportu.
Jakie cechy trzeba posiadać, żeby być dobrym dziennikarzem sportowym?
Najważniejsze to mieć pasję. Trzeba tym żyć i się interesować. Lubić to, co się robi. Pisać to można nauczyć nawet krowę. Przychodziło do mnie wielu, którzy kompletnie nie potrafili pisać, a można było ich tego nauczyć. Ja żyję sportem. Nie mam czasu na nic innego. Jestem w redakcji to czytam, piszę, oglądam. Wracam do domu to żona ogląda filmy, ja tylko rzeczy związane ze sportem. Trzeba mieć także pasję do uprawiania jakiejś dyscypliny, ja gram w tenisa, kiedyś sporo grałem w piłkę nożną. Drugą rzeczą, jaką trzeba mieć żeby być dobrym w dziennikarstwie sportowym, to należy znać języki obce. Ja znam angielski, niemiecki, bułgarski i w niezłym stopniu rosyjski. Czyli podsumowując: pasja i języki obce.
Jest Pan zdania, że można być specjalistą tylko od jednej dyscypliny, czy spokojnie można znać się na kilku?
Oczywiście, że można znać się na kilku. Ja znam się na piłce nożnej, boksie, futbolu amerykańskim czy tenisie. I to w o wiele większym stopniu niż wielu pseudo ekspertów. To jest zależne tylko od osoby. Pogląd, że można znać się dobrze tylko na jednej dyscyplinie jest bzdurą.
Dziennikarze, którzy zajmują się polityką w Polsce nie potrafią być obiektywni, jak to jest w sporcie?
Oczywiście zdarzają się sytuacje braku obiektywizmu i w środowisku sportowym, ale nie można tego porównywać do dziennikarstwa politycznego. Ja nie mam o ludziach zajmujących się polityką zbyt dobrego zdania. Ja dzięki temu, że pracowałem w magazynie „Sukces” miałem okazję poszerzyć swoje horyzonty i wyjść poza sport. To dało mi większą perspektywę, a widziałem też dziennikarzy politycznych. To są przeważnie takie kaprawe typy, po prostu kiepscy dziennikarze. Kiedyś jeszcze pracując w „Sukcesie” dostałem tekst jednej z naszych „gwiazd” dziennikarstwa politycznego. Jak to przeczytałem, to załamałem ręce. Pomyślałem: „Boże! To jakiś kompletny analfabeta!”. On kompletnie nie potrafił pisać. Ktoś w redakcji mu je obrabia i te teksty są publikowane. U mnie to on nie zostałby przyjęty na staż. Mam o wiele lepszych stażystów. Te gwiazdy dziennikarstwa politycznego to w dużej mierze są polidruki. Realizują linię partyjną, ale dziennikarsko są bardzo kiepscy.
Jaki wpływ na artykuły pojawiające się w gazetach sportowych ma fakt, że dziennikarze  przyjaźnią się z różnymi sportowcami?
Ja jeszcze żyłem w tych czasach, że można było się przyjaźnić z wieloma wybitnymi sportowcami. Dzisiaj tych, którzy wybijają się ponad pewien poziom nie jest wielu. Jest Lewandowski, Radwańska. Wszyscy wokół nich skaczą jak sępy. Bardzo ciężko się do nich zbliżyć. Ja się przyjaźniłem z Władkiem Komarem, Kaziem Górskim, do dzisiaj utrzymuje kontakt ze Skrzeczami, z Supronem. Dzisiaj to praktycznie nie możliwe. Wracając do pytania, sympatia jest do niektórych sportowców. Mam tu na myśli takich, którzy oddzwonią, są sympatyczni. Jeżeli jest jakiś buc i powinie mu się noga, to się go nie oszczędza. A sympatycznego, który się z nami koleguje, to się skrytykuje, ale tak łagodniej.

kostyra1

Podziela Pan pogląd, że kiedyś sportowcy byli lepsi, a przy tym bardziej otwarci dla dziennikarzy?
Oczywiście, że tak. Teraz mamy na przykład takiego Lewandowskiego, z którym żaden z polskich dziennikarzy nie ma kontaktu tak bliskiego, jaki ja miałem z największymi gwiazdami polskiej piłki. Pracowałem w „Sporcie” katowickim, na ulicy Wiejskiej 12. Pod tym samym adresem była kawiarnia „Czytelnik”. Po drugiej stronie była restauracja „Frascati” i tam przychodzili tacy gracze jak: Deyna, Gadocha i my się spotykaliśmy, piwko razem piliśmy. To były zupełnie inne czasy. Ci sportowcy dzisiaj są oderwani od rzeczywistości. Często jest jednak tak, że te wielkie gwiazdy są bardziej przystępne niż zwykłe łebki, którym tylko wydaje się, że odnieśli jakiś sukces i bujają w obłokach. Jakbym miał to przyrównać do zwierząt, to zwykle właśnie domowe burki zachowują się zdecydowanie gorzej niż rasowe psy.
Ile razy wiedział Pan o czymś, co jeśli zostałoby upublicznione, to dałoby wielkie wyniki sprzedaży, a jednak Pan tego nie zrobił, z różnych względów?
Bardzo często. Niektórzy uważają, że dziennikarze to są hieny. Może ci polityczni, w sporcie jest tego zdecydowanie mniej. Nie publikowało się takich historii, bo to zwykle było wstydliwe dla człowieka, dotykało jakiejś tragedii rodzinnej albo chodziło o dobro dziecka. Takie zdarzenia dzieją się nadal. Proszę mi wierzyć, wiele z informacji nie publikujemy.
Ma Pan jakieś miłe wspomnienia z kibicami?
Mam naprawdę sporo. Staram się nikomu nie odmawiać chwili rozmowy czy wspólnego zdjęcia. Od kilku miesięcy jestem na twitterze i też robię wszystko, że odpisywać każdemu. Przyjaźnie się z jednym kibicem boksu, który porusza się na wózku inwalidzkim. Staram się mu pomagać, załatwiać pamiątki bokserskie czy też bilety na fajniejsze gale. Takich historii mam sporo.
Pan wielokrotnie mówił, że często pracował bez dnia wolnego. Do dzisiaj miewa Pan takie tygodnie. Jak to się robi?
Bez problemowo. To jest bardzo fajny zawód. Dziennikarstwo sportowe, to jest przywilej. No bo jeśli pracujesz, masz trochę talentu i cenisz to co robisz, to jest to nieźle płatne. Ja wszystkim swoim podopiecznym zawsze powtarzam, że to jest cudowna robota. Jesteśmy uprzywilejowani, robimy coś wspaniałego. To wszystko przychodzi nam lekko, ponieważ jak masz pasję, to wszystko jest prostsze. Jeśli ktoś w tym zawodzie się męczy, zawala regularnie jakieś sprawy, nie interesuje się sportem, to mówię, żeby zmieniał branżę. Można przecież iść pracować na kasie w Tesco albo remontować drogi. Tam jest stała pensja, jak ktoś chce, to droga wolna.
Jak Pan miał przez te wszystkie lata czas na coś innego niż praca?
Jak robisz to co lubisz i masz dużo zajęć, to dokładnie planujesz sobie czas. Był taki moment, że pracowałem w 3 redakcjach i miałem w tamtym czasie zaplanowane wszystko co do minuty. Dzięki temu miałem potem czas, żeby zagrać w tenisa, spotkać się ze znajomymi, napić się piwa. Jak się ma dużo obowiązków, to się nie przepuszcza czasu między palcami, natomiast jak się nie ma nic do roboty i tylko siedzi pod budką z piwem, to jesteś najbardziej zajętym człowiekiem. Nawet jak ci zaproponują pracę za 100 zł, to najczęściej nie masz czasu.

kostyra2

Jak Pan ocenia obecny poziom dziennikarstwa sportowego w Polsce?
Zauważam spadek klasy dziennikarzy. Pojawiają się w mediach zwykłych jak i w telewizji ludzie niedouczeni. To jest przerażające. Uważam, że za jakiś czas tego dziennikarstwa już nie będzie. Praca dziennikarza coraz bardziej przypomina pracę śmieciarza. Trzeba w tym internetowym śmietniku, jeśli chcesz się przygotować do jakiejś transmisji czy coś napisać, to trzeba oddzielić ziarno od plew, a tych drugich jest zdecydowanie więcej.
A jest jakaś rzecz, tudzież część dziennikarskiego fachu, z której jest Pan u siebie niezadowolony?
Tak. Są to języki obce. Jak już wcześniej wspomniałem znam angielski, niemiecki, rosyjski i bułgarski. Nie jest to jednak tak płynna znajomość, jaką na przykład posiadła moja córka. Ona potrafi tłumaczyć na bieżąco, symultanicznie. Ja się muszę zastanawiać. Żałuję bardzo, że nie mówię perfekcyjnie po angielsku i niemiecku. Wiem, że i tak jestem jednym z najlepiej wykształconych dziennikarzy sportowych w Polsce, ale to mnie nie zadowala.
W dniu, w którym komentuje Pan galę boksu ma Pan jakieś stałe rytuały?
Na pewno musi być jakiś odpoczynek, żeby zregenerować umysł, aby ten był świeższy. Do tego potrzebna jest lekka drzemka, tak do godziny i można w dobrej formie podchodzić do komentowania gali.
Czasami walki są bardzo nudne, a i zdarza się tak, że poziom całej gali jest mizerny. Co Pan robi, żeby jednak ten widz został przy telewizorze, a nie przełączył się na inny kanał?
To jest czasami kłopot. Często prowadzę na ten temat dyskusję z Krzysiem Kosedowskim, który mi powtarza, żebym „dowalił” na antenie i powiedział całą prawdę. Ja musze jednak być bardziej dyplomatyczny. Nie mogę ludzi odstraszać, od tego co robię. Moim zadaniem jest przyciągnąć, zainteresować kibica. Dlatego też łagodnie traktuję zawodników na antenie. Po prostu nie wszystko tak samo, jak w normalnym życiu można powiedzieć. Jest to jednak problem. Czasami trafiają się takie walki i całe gale, że człowiek sobie myśli: „Kończ waść,  wstydu oszczędź”. Trzeba to komentować i czekać na lepsze czasy.
Nie myślał Pan o napisaniu autobiografii?
Nie myślałem. Co prawda tych ciekawych historii jest mnóstwo. Często Jurek Kulej mi powtarzał: „Andrzejku, weź to zapisz”. No niestety nie ma za bardzo na to czasu. Poza tym, to słowo pisane jest już dzisiaj coraz mnie istotne. Trzeba by było nad tym sporo posiedzieć. Ja już napisałem kiedyś taką książkę pod tytułem „Walki Stulecia”. Ona się ostatecznie nie ukazała, ponieważ wydawnictwo zbankrutowało. Ja dostałem swoje pieniądze, ale książka nigdy nie trafiła do sprzedaży. Czasami przygotowując się do transmisji, to sobie coś tam w niej przeglądam i wtedy mówię sam do siebie: „Andrzej, fajnie to napisałeś”. Gdyby to trafiło do druku, to byłby taki biały kruk dla sympatyków boksu.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Dziękuję.

Rozmawiał

Krzysztof Kwaśny

Komentarze