W Legii niepotrzebny grubas, w Portugalii zagrał jak Messi. Coś poszło nie tak?

Gdy w Legii ogłoszono transfer Hildeberto, wiele osób twierdziło, że będzie w stanie zjeść naszą ligę w przedbiegach. Portugalczyk swoimi sztuczkami na boisku rywali nie nabierał, a na nieszczęście robił to z kolejnymi kilogramami. Gdy doszedł do w miarę przyzwoitej formy też nie zachwycał i bez żalu pożegnano go z Łazienkowskiej, a teraz facet szaleje w rodzimej ekstraklasie. U nas zawiódł na całej linii. Pytanie: czy na pewno zrobiono wszystko, żeby wycisnąć z niego pełnię potencjału?

Widząc jego ostatnią bramkę najpierw zaczęliśmy przecierać oczy i klikaliśmy replay kilka razy. Czy to na pewno był Hildeberto? Po pierwsze, jakiś taki chudziutki. Po drugie, ominął rywali jak dzieci i spokojnie wykończył akcję. Tak, wtedy też upewnialiśmy się czy to na pewno był sympatyczny Portugalczyk, który jeszcze nie tak dawno swoją sylwetką nawet nie przypominał sportowca.

W Warszawie męczyli się z nim bardzo długo. Kiedy przyjechał, okazało się, że absolutnie nie jest piłkarzem do gry. Do stanu używalności miały doprowadzić go dieta i ciężkie treningi. W Pucharze Polski nie zawiódł. W dwóch meczach zdobył dwie bramki i zaliczył asystę, ale przeciwnicy nie powalali na kolana – były to Wisła Puławy i Bytovia Bytów. Ekstraklasa to już zupełnie inna historia. Zaliczył w niej ledwie trzy epizody, bez gola i asysty.

Potem było wypożyczenie do trzeciej ligi angielskiej, ale w Northampton – mówiąc delikatnie – nie poszalał. Jedna asysta w dwunastu meczach – statystyka dla ofensywnego piłkarza zdecydowanie niechlubna. Przed tym sezonem wrócił do Warszawy, ale tam już raczej nikt nie brał go na poważnie. Przy Łazienkowskiej wystrzeliły korki z szampanów, kiedy po Hildeberto zgłosiła się portugalska Vitoria Setubal. Ciężar, jakim był Portugalczyk, został zrzucony. I teraz ta bramka…

W Legii Hildeberto nawet przez ułamek sekundy nie był ważną postacią (fot. PressFocus)

Gdyby to był rzut karny, albo nawet strzał z dystansu – ten tekst nie miałby prawa powstać. Ale coś takiego? Gdzie są zbędne kilogramy? Gdzie „klocowatość”, którą oślepiał sztab i kibiców Legii? Albo to była akcja jego życia, albo przy Łazienkowskiej został popełniony błąd. To dopiero trzecia kolejka, a jego gol błyskawicznie obiegł portugalskie media. Jeśli zdobędzie ich więcej, Vitoria Setubal z piłkarza niechcianego, zrobi takiego, na którym sowicie zarobi. Predyspozycje – przyznacie – JEDNAK jakieś są.

Może trzeba było dać mu więcej szans, bardziej mu zaufać? A może ta bramka to kometa, która mignęła na horyzoncie i następny raz coś podobnego w jego wykonaniu zobaczymy za trzydzieści spotkań? Kiedy nachodzą nas wątpliwości, odpalamy jeszcze raz wideo z jego golem i… zastanawiamy się, dlaczego w Legii nie pokazał choćby krzty tej jednej akcji.