W żadnej poważnej lidze świata forma niemal wszystkich drużyn nie zmienia się tak często. W Ekstraklasie dyspozycja każdej niemal ekipy to jeden, wielki kalejdoskop. Lekko ruszysz i widzisz zupełnie coś innego. Nigdzie indziej też ligowi eksperci tak często nie wychodzą na idiotów. Ledwo zdążą kogoś pochwalić, a ten wylatuje z roboty albo spada w tabeli na łeb, na szyję. Skrytykują kogoś, a ten odegra się serią zwycięstw. 

Lech Poznań otwiera pierwszą kolejkę w grupie mistrzowskiej. Jest liderem, u siebie nikt dawno go nie pokonał, a rywalem jest będąca myślami gdzieś indziej (konkretnie: na rewanżowym meczu półfinałowym Pucharu Polski z Arką Gdynia) Korona Kielce, która wystawia pół-rezerwowy skład. Oczywiście kończy się to przełamaniem „twierdzy Poznań”, a trzy punkty wyjeżdżają z Bułgarskiej na torach, przejeżdżając przy okazji po zdemolowanej niebiesko-białej lokomotywie.

Lecę do buka obstawić Górnik Zabrze i Zagłębie Lubin – przeczytaliśmy w jednym z komentarzy po piątkowym meczu Lecha. Jeśli nie były to puste słowa, ktoś w ten weekend wygrał sporą sumę.

Obie te drużyny grały na stadionach walczących o tytuł Jagiellonii Białystok i Legii Warszawa. Drużyn, które miały zrobić wszystko, by wykorzystać potknięcie Lecha. Obie w przypadku zwycięstwa wskakiwałyby na fotel lidera, obie przegrały u siebie. Obstawiając Górnik i Zagłębie, jakkolwiek nielogiczne się to wydawało, stawiało się tak naprawdę na pewniaka. Czyli to, że w Ekstraklasie wszystko jest możliwe. A im coś się mniej prawdopodobne wydaje na pierwszy rzut oka, tym… wzrasta prawdopodobieństwo tego zdarzenia.

Myślisz sobie: „na pewno drużyna X wygra”, więc… na pewno coś jest nie tak. Przyczyn pewnie jest kilka. Na pewno jedną z nich jest to, że najlepsze drużyny w lidze – kimkolwiek akurat by one nie były – nie potrafią grać z presją faworyta. Jeśli więc w mediach kogoś zaczęto chwalić, a co za tym idzie – wymagać, tym bardziej prawdopodobne jest to, że pod ciężarem tej presji się przewróci.

Chwalono Górnik Zabrze. Szymon Żurkowski był Odkryciem Roku, Igor Angulo najlepszym napastnikiem, a Marcin Brosz – trenerem. Jeszcze nie skończyło się granie w poprzednim roku, a już zabrzanie zakończyli go dotkliwym oklepem od Cracovii. 0:4 z drużyną z dołu tabeli, na własnym stadionie – to zwiastowało kłopoty, które wraz z nową rundą tylko wzrastały.

Angulo się zaciął, Żurkowski nie zachwyca, a z jesiennego Górnika zostały tylko dośrodkowania Kurzawy. Choć i tak coraz rzadziej wykorzystywane przez kolegów. Szybko wykreowali się nowi bohaterowie, mogący przeszkodzić wiecznie grającej pod presją (i wiecznie wówczas zawodzącej) Legii Warszawa w kolejnym mistrzostwie Polski.

Jagiellonia na Łazienkowskiej mistrza Polski zdemolowała, zabawiła się z nim, zachwyciła widzów. I nie zdążyliśmy się jej nachwalić, a już brutalnie zatrzymał ją Lech. I do tej pory białostoczanie nie ruszyli.

Romanczuk został powołany do reprezentacji Polski, wiatr robiony przez Frankowskiego wiał w całej Polsce, a Ireneusz Mamrot sprawił, że zaczęto szukać rozwiązań trenerskich na zapleczu Ekstraklasy. I znów brutalnie się ta bajka zakończyła. 5:1 od Lecha. Nokaut. Umarł król, narodził się król. Który zaczął piąć się w tabeli, doczłapał się do pierwszego miejsca w lidze i ledwo zdążył założyć koronę, a już abdykował.

Przypomnijmy, że Nenada Bjelicę zwalniano, wyśmiewano i szydzono z niego, a tymczasem on został mistrzem sezonu zasadniczego. Głównie dlatego, że nieporadnością razili jego rywale w walce o tytuł, ale mimo wszystko – poznaniacy mieli momenty takiej gry, po której ręce składały się do oklasków. Aż przyszedł pierwszy mecz w roli lidera (którym są najkrócej spośród wszystkich liderów tego sezonu), a już dali plamę.

Nikt jednak nie garnął się do tego, by ów potyczkę wykorzystać. Jagiellonia z Górnikiem przegrała 1:2, a Legia… Nie trzeba było oglądać tego meczu, by wiedzieć, jak zagrali piłkarze z czarną „eLką” na piersi. Wystarczyło słuchać. Trybun.

Teraz medialnie pcha się Wisłę Płock, która faktycznie wygląda na klub zorganizowany, poukładany, z bardzo dobrym dyrektorem sportowym (świetne ruchy Łukasza Masłowskiego ze sprowadzeniem m.in. Michalaka, Stilicia, Furmana i innych), ale nie zdziwimy się wcalej, jak płocczanie stracą punkty z Wisłą Kraków. No chyba, że „Nafciarzom” od pochwał nie odbije. Nastoje są raczej tonowane:

I bardzo dobrze, bo w Ekstraklasie jak w rosyjskim powiedzeniu: ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. Wszystkie wpadki faworytów mogą złościć, a statystyki lidera – kimkolwiek by on nie był – w porównaniu z innymi ligami wypadają blado. Bardzo blado. Wygląda to tak, jakby wszystkie drużyny zareagowali na brak podziału punktów po sezonie zasadniczym jednomyślnie: to my sobie różnice punktowe zmniejszymy sami.

Cieszyć się można tylko z tego, że jeśli nic się zmieni – emocje będą rosły, a końcówka będzie jeszcze ciekawsza niż w ubiegłym roku. W Anglii, Hiszpanii, Niemczech czy Francji mistrza znają już od dawna, u nas lider może skończyć na piątym miejscu i nikogo to nie zdziwi. Może więc to i lepiej? Przynajmniej do lipca/sierpnia, kiedy w europejskich pucharach wartość naszych najlepszych drużyn zweryfikują tuzy z Litwy, Kazachstanu, Azerbejdżanu, Mołdawii, Wysp Owczych…