Victor Borsuk: Pasja to esencja mojego życia

Victor Borsuk to najbardziej utytułowany polski zawodnik we freestyle kiteboardingu. W rozmowie z Łączy nas pasja Victor zdradza w jaki sposób pasja może stać się pomysłem na życie, jak trudno jest być przedstawicielem niszowej dyscypliny sportu, jakie można znaleźć analogie między życiem sportowca a biznesem oraz jakie to uczucie lecieć latawcem 68 metrów nad ziemią. Wywiad zdecydowanie nie tylko o sporcie – zapraszamy!

 

Victor, taki duży chłopak, za rok 30 stuknie, a ty się ciągle latawcami bawisz?

Victor Borsuk: (śmiech) No właśnie, jak to jest? Wydaje mi się, że człowiek nigdy do końca nie dorasta. Albo inaczej, kobiety dojrzewają, natomiast w każdym mężczyźnie jest gdzieś ten mały chłopiec i ja też takim pozostałem. Każdy jak był mały marzył, żeby mieć latawiec, z nutką zazdrości zawsze obserwowałem tych, którzy mieli takie sterowane rączkami, w lewo i prawo. Niestety nigdy takiego nie miałem, więc kiedy dostałem w końcu taki treningowy, to nie mogłem się od niego odczepić i tak mi już pozostało do dziś. Jak sobie myślę o latawcu, to aż mi się ciepło w brzuchu robi (śmiech).

fot. Darek Orlicz

Nasz portal nazywa się Łączy nas pasja i mam wrażenie, że pod lepszy adres nie mogłem trafić. Twoja pasja stała się twoim sposobem na życie.

VB: Tak, w stu procentach. Gdyby się nad tym zastanowić z perspektywy czasu, to rzeczywiście okoliczności sprzyjały. To oczywiście jest okupione wielką ilością pracy, ale łatwiej się ją wykonuje, jeżeli coś kochasz. Łączy nas pasja to chyba esencja mojego życia do tej pory. Wielu rzeczy z pewnością nie chciałoby mi się robić, gdyby nie miłość do kitesurfingu. Nawet takie proste rzeczy jak przygotowywanie oferty dla sponsorów – po prostu nie znosiłem prezentacji, nie lubiłem powerpointa, nie wiedziałem, o czym pisać, co budżetować, co oferować. Determinowało mnie jednak to, że chciałem pływać na kajcie, więc musiałem nabyć różne umiejętności i znaleźć sposoby, żeby jakoś sprzedać ten sport, żeby być w stanie jeździć po świecie i startować w zawodach. W ten sposób stworzyłem też swoje pierwsze obozy dziecięce, bo skoro już miałem w swoich rękach to wspaniałe narzędzie, jakim jest kitesurfing, szkoda by było tego nie wykorzystać. Na wszystkich polach mojego działania to właśnie jest celem i takim zapalnikiem. W ten sposób wykreowałem to, kim dziś jestem.

W jaki sposób wygląda ziemia z wysokości 68 metrów, kiedy zabezpiecza cię jedynie latawiec?

VB: (śmiech). Parę osób pytało się mnie, czy się bałem. Tak, oczywiście, bałem się, bo to jest naprawdę bardzo wysoko, Nie wiem czy byłeś kiedyś na 20-23 piętrze…

Byłem, wysoko jak cholera…

VB: (śmiech). No właśnie, jak się wychylisz zza barierki, to zdajesz sobie z tego sprawę, a w powietrzu to wygląda w sumie podobnie, moim punktem odniesienia było auto, które było malutkie oraz stojący na brzegu ludzie, którzy wyglądali jak maleńkie kropeczki. To było wow… Jak byłem mały to miałem taki swój mały latawczyk i on w zasadzie był przedłużeniem moich rąk. Mam prawie 29 lat, a od 14 roku życia pływam na kajcie. W zasadzie całe moje dorosłe życie, bądź od chwili, kiedy posiadam jakąś tam świadomość, spędziłem korzystając z latawca. Ja nigdy nie muszę patrzeć na latawiec, zawsze wiem, gdzie on jest, zawsze wiem, co mam z nim zrobić. To są wszystko odruchy, to przedłużenie moich rąk. Więc będąc w powietrzu wiedziałem, że o ile nie zawiedzie sprzęt, nie urwie się żadna linka, to to będzie najwspanialsza rzecz w moim życiu i nic mi się nie stanie. I tak własnie było! A świat? Świat wygląda inaczej (śmiech).

Od ponad dekady jesteś jednym z dwóch najlepszych kitesurferów w kraju, 7 razy byłeś mistrzem Polski. Jak wygląda rywalizacja w kraju? Dużo osób w ogóle uprawia twoją specjalizację?

VB: W pewnym momencie naprawdę fajnie rozkręcał się kitesurfing w tej dyscyplinie, którą ja uprawiam, czyli freestyle. Natomiast żeby osiągnąć bardzo wysoki poziom należy poświęcić temu wiele lat i to nie tylko na wodzie, ale głównie w domu, trenując. Przy dyscyplinach indywidualnych jest taki problem, że ludzie mają problem, żeby codziennie się zebrać i pójść na trening. Ta forma, w której dojście do freestyle było ciśnieniem wielu osób, przerodziła się w pasję związaną z wyścigami, które są dużo łatwiejsze. Dlatego kitesurfing rośnie w dużym tempie, bo jest dużo osób, które przyjeżdżają nad morze, próbują, interesują się sportem. Natomiast z czasem przekuł się bardziej w wersję, którą każdy może uprawiać, czyli wyścig. Stawiamy boje, pływamy zupełnie tak, jak w regatach żeglarskich, czyli mamy trasę, którą przepływamy jak najszybciej. W tej wersji każdy może się sprawdzić. Ja się zawsze śmieję: wiesz jaka jest różnica między początkującym a zaawansowanym kitesurferem?

(cisza)

VB: Tygodnia. (śmiech) Rzeczywiście jest tak, że po dobrym tygodniu zajęć już jesteś w stanie nieźle pływać, a nawet powoli przygotowywać się do startu w mini zawodach albo ścigać się z kolegą. Trochę w innym kierunku ten sport poszedł, niż się tego spodziewałem.

Po prostu rozwinęła się bardziej dyscyplina, która jest dostępna dla każdego. Masowość to też jest dobre podejście. Ja zawsze lubiłem ewolucje, bo lubiłem te momenty, wyzwania. To był ciągły trening. Ale rozumiem też tą chęć sprawdzenia się w tej najprostszej formie. Potrzebę rywalizacji.

Wspominałeś o treningach. Ludzie myślą, że kitesurfing to zabawa z latawcem, nic wymagającego. Tym czasem to wymaga ogromnej siły i sprawności.

VB: Na początku to byłą dla mnie męka. Jak się ma 14 lat, to to jednak nie jest ciało mężczyzny, rączki są chude, klatka jest cherlawa i dopiero się rozwija, więc ja musiałem się naprawdę bardzo mocno spiąć, żeby nabrać tężyzny fizycznej i siły. To wyglądało tak, że miałem taki bar, drążek sterujący, zawieszony pod sufitem w garażu. Codziennie się na nim podciągałem i próbowałem przekładać za plecami. Oczywiście okupiłem to wieloma potężnymi stratami. Wieloma glebami, podczas których skręciłem dwa razy kostkę, straciłem przytomność po tym jak wyrwałem drążek z sufitu i uderzyłem głową o ziemię.  Potem wprowadziłem sobie zasadę trzy razy sto. Robiłem sto handle-passów, a jeśli byłem w innym miejscu, a nie w domu, robiłem sto podciągnięć albo sto pompek, lub sto podciągnięć bioder do drążka. To wystarczyło, chociaż robiłem to minimum pięć razy w tygodniu. Niby nie dużo, ale jednak bardzo wiele w perspektywie czasu, bo nagle do 360 dni dodajemy dwa zera i robi się spora ilość.

fot. Darek Orlicz

Polacy w ogóle zdają sobie sprawę, że w naszym kraju są jedne z najlepszych na świecie miejscówek do uprawiania wind i kitesurfingu?

VB: Celna uwaga. Rzeczywiście, chyba nie zdają sobie sprawy, albo nie do końca wierzą, ze takie miejsca są w Polsce. Ja organizując wyjazdy po świecie szukam takich miejsc, jakie właśnie mamy w kraju. My tu mamy w zasadzie tyko dwa minusy. Pierwszy to brak stałego wiatru. Czasem może być tydzień lub dwa bez wiatru, natomiast kiedy indziej wieje cały czas i to są dni, na które czekamy. Drugi problem to sezonowość, bo niestety przez te trzy, maks cztery miesiące w roku z przyjemnością można uprawiać ten sport w Polsce. Potem już jest bardzo zimno…To już tylko twardziele łamią krę swoją deską (śmiech).

Masz swoją szkółkę na półwyspie helskim. Wiem, że w kitesurfingu zakochało się wielu Polaków, zdarzało ci się uczyć celebrytów?

VB: Tak, z takich bardziej znanych nazwisk to na przykład Marcin Prokop, byłem z nim kiedyś na takim wyjeździe prasowym, bardzo się polubiliśmy i on zaczął pływać na kajcie. Z aktorek była na przykład Ola Szwed czy Agnieszka Kawiorska, która była na organizowanym przeze mnie wyjeździe i uczyłem ją skakać.

Generalnie jeśli chodzi o liczbę znanych osób, to ona się cały czas powiększa, bo to jest po prostu bardzo fajny sport. Ale ja wpadłem ostatnio na inną koncepcję, ponieważ uważa się, że to dyscyplina albo dla ludzi bardzo bogatych, albo takich, co mają dużo czasu, a ja bym chciał złamać ten stereotyp. Jako chyba pierwszy w Polsce będę organizował obozy dla dorosłych.

Tygodniowy pobyt nad morzem, 4 godziny dziennie zajęć, nawet jeśli nie będzie wiało, to będzie wakeboard, czyli pływanie za motorówką, albo sztuczna fala. Dzienny koszt pobytu to 200 złotych, więc chyba będzie to dostępne dla każdego, a nie tylko celebrytów i ludzi zamożnych. Dzięki tej koncepcji każdy będzie mógł zacząć uprawiać ten sport.

Na swoim fanpage’u przedstawiasz się jako kitesurfer oraz podróżnik. Rzeczywiście, dzięki uprawianiu sportu miałeś okazję zwiedzić kawał świata, fantastyczna sprawa.

VB: Rzeczywiście, jedno wiąże się z drugim, poza tym nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem, gdybym nie podróżował i nie mierzył się na akwenach międzynarodowych. Poza tym byłem w stanie trenować, kiedy u nas był okres zimowy. Zastanawiałem się ostatnio, co ja jeszcze poza kitesurfingiem robię i doszedłem do wniosku, że rzeczywiście bardzo dużo podróżuję i mam dużo wiedzę na temat najlepszych miejsc do uprawiania kitesurfingu na świecie. Jako 18-latek mieszkałem w Australii, w wieku lat 16 pływałem na Hawajach, gdzie przytopiły mnie 10-metrowe fale. Dzięki temu mogę ludziom opowiedzieć o tych miejscach, zaprosić ich tam, pokazać, a także porobić zdjęcia, przygotować materiały i pod tym kątem opisać cały świat. Dlatego organizując wyjazdy nawet bardziej zacząłem iść w stronę podróży, bo nie każdy chce tylko uprawiać sport i spędzać cały czas nad wodą, ale i poznać nowe miejsca. Więc to nowy etap w moim życiu, w którym łącze obie pasje.

fot. Darek Orlicz

Ostatnio byłeś w Japonii…

VB: Widzę, że czujny jesteś (śmiech). Dla mnie Japonia od zawsze była marzeniem, od kiedy byłem mały zawsze oglądałem bajki anime, języka japońskiego uczyłem się z kreskówek. To było jedno z moich marzeń, ale starałem się go za wcześnie nie spełnić, chciałem, żeby to była nagroda za coś naprawdę dużego. Przeczekałem 10 lat i postanowiłem w tym roku uczcić ten swój wyczyn na linie oraz dziesięciolecie swoich sportowych osiągnięć, gdzie trzykrotnie byłem wicemistrzem Polski, siedmiokrotnie mistrzem. Było wow! O ile miałem jakieś oczekiwania dotyczące Japonii, na miejscu zostały one przekroczone. Ja muszę się nawet przyznać, że spędziłem dwa dni w salonach gier, co brzmi absurdalnie. Lecisz na drugi koniec świata… Ale ponieważ codziennie lało, idealnie to się wpasowywało w klimat, który chciałem poznać. Tam są dziesięciopiętrowe budynki, w których oni cały czas grają i tam nie jest tak, jak u nas, że wrzucasz żeton i po 3 minutach to się kończy, tylko dopóki wygrywasz, grasz dalej. Oni tak szybko grają, na przykład w Guitar Hero, te ręce tak szybko chodzą po ekranie, że nie jesteś w stanie nadążyć.

Idziesz do pisuaru, a on też jest grą! Masz kreskówkę, sikasz i strumieniem zdmuchujesz sukienkę jakiejś japońskiej dziewczynie. Kosmos.

Japonia na każdym etapie była wow. Ja starałem się o wyjazd budżetowy, spałem po hostelach 60 złotych za dobę, notowałem sobie wszystko w kalendarzu podróży, żeby potem każdy mógł taką podróż samemu odbyć. Mi się to udało, ale zamierzam tam wrócić i zrobić to jeszcze taniej i jeszcze fajniej.

Wiem, że bierzesz też udział w projekcie powerspeech, dajesz przemowy motywacyjne. Czujesz się na siłach, żeby to robić?

VB: Robiłem to także w szkołach, na swoich obozach, robię to także dla różnych, dużych firm. Na czym to polega? Rzeczywiście brzmi to absurdalnie, bo jakiś tam blondynek ze Świecia ma motywować do działania ludzi ze świata biznesu. Tak, absolutnie czuję się na siłach. W moim przypadku działa taka zasada, że ja zajmuje się sportem niszowym. Ty akurat wiesz, czym jest kitesurfing, miałeś z nim styczność, ale uwierz mi, że przekucie tak mało popularnej dyscypliny w biznes jest bardzo trudnym zadaniem. Idziesz na spotkanie z potencjalnym klientem i chciałbyś uzyskać finansowanie na to, czym się zajmujesz. Niby fajnie, bo masz jakieś wyniki, dobrze ci idzie, ale co możesz dać w zamian? Altruistycznie może mógłby ci ktoś dać jakieś pieniądze, ale jednak będzie oczekiwał czegoś w zamian. Więc podczas tych wykładów ja nie mówię tylko o determinacji i ciężkiej pracy, którą włożyłem w treningi, chociaż to też były lata wysiłku.

W wieku 16 lat, kiedy byłem na Hawajach, pływałem na 10-metrowych falach, które po prostu mnie potopiły. Kiedy wyszedłem na brzeg to pomyślałem sobie, że może ja absolutnie nie nadaję się do tego sportu, mogłem tam przecież zginąć. Może ja nie powinienem tego więcej robić?

Przecież ja się boję, nie chcę więcej wchodzić na wodę. I założę się, że nie raz sam miałeś w życiu taki moment, w którym sobie pomyślałeś, że to co robisz cię przerasta i jest bez sensu, to się zdarza wielu ludziom.

fot. Darek Orlicz

I ja na tych powerspeech’ach opowiadam o drodze, jaką wtedy przeszedłem. Prosta analogia do biznesu. Po tamtych przeżyciach zacząłem znowu pływać, zaczynałem od małych fal w Polsce, potem na większych gdzieś w Grecji, potem w Brazylii zmierzyłem się z falą oceaniczną i tak stopniowo szedłem w górę, żeby w końcu znowu zmierzyć się z tymi największymi na Hawajach i innych miejscach.

Poza tym opowiadam, że potrafiłem ze sportu niszowego zrobić biznes, ponieważ całe życie się rozwijałem. Weźmy na przykład najprostszą z moich działalności, czyli prowadzenie obozu. Na pierwszym miałem cztery osoby, tylko dlatego, że chodziłem po plaży i namawiałem ludzi, żeby wysłali do mnie swoje dzieci. Wówczas byłem i opiekunką, i trenerem, i organizatorem, i osobą, która zabierze je na lunch.

Musiałem się nauczyć najprostszych rzeczy, takich jak zorganizowanie dla kursantów koszulek z brandingiem. Ktoś musiał zrobić logotyp, ktoś przygotować te koszulki, i tak dalej. Dziś, kiedy idę do sponsora, jestem w stanie powiedzieć, co jestem w stanie zaoferować. Gdzie mogę umieścić branding, ile to kosztuje, prowadzenie obozów nauczyło mnie tworzenia kosztorysów. Wiem co i dlaczego będzie mi potrzebne. Następnie tworzę pełną ofertę, gdzie jest wyszczególnione jak i kiedy będę mógł eksponować daną markę. Dlatego co kwartał przygotowuję raport medialny i na przykład ta nasza rozmowa, publikacja, na pewno się tam znajdzie. Można oszacować, ile osób taki wywiad przeczyta, potem to można przełożyć na ofertę marketingową. Tak to wszystko działa. Na tych mowach motywacyjnych zachęcam też do rozwijania się, bo nigdy nie wiadomo, jaka umiejętność się może przydać. Uczysz się śpiewać? Dzięki temu wiesz jak modulować głos, jak oddychać z przepony i nagle podczas prezentacji w firmie wypadasz lepiej. Sądzę, że te proste analogie ze sportu można przełożyć na każdą dziedzinę życia. Ponieważ całą drogę musiałem przejść sam, nie dostawałem od nikogo żadnych pieniędzy ani rad, bo w sumie trenuję sport indywidualny, wszystko musiałem przerobić. To może być dla ludzi interesujące, ja to oczywiście łącze z ciekawymi historiami, żeby się nikt nie nudził i staram się to przełożyć na jakieś wnioski. Mam nadzieję, że to się będzie tylko rozkręcać.

Interesują cię inne dyscypliny sportu, czy tylko kajt i to wszystko?

VB: Interesują, przy czym ja bardziej interesuję się niszowymi sportami ze względu na zawód, jaki wykonuje. Oczywiście najprostszym przełożeniem będzie tu snowboard, który też jest sportem niszowym, można powiedzieć, że to taka zimowa odsłona mojej dyscypliny. Poprzez swoją pracę a także sponsorów miałem okazję łączyć swoje drogi na przykład z Michałem Ligockim, olimpijczykiem. Branżowo śledziłem też Shauna White’a, który był wielokrotnym mistrzem świat w snowboardzie i freestyle’u. Z tego też mogę wyciągnąć lekcję, bo to gość, który poszedł jeszcze to kilka poziomów wyżej niż ja. Był więc dla mnie idolem i ikoną sportów zimowych.

fot. Darek Orlicz

Wiem, że znajdował się także w centrum Red Bull’a w Austrii, gdzie był też mój kolega. Dowiedziałem się, że każdy sportowiec sponsorowany przez Red Bulla, nie tylko sportowiec ekstremalny, na samym początku ma za zadanie nauczyć się balansu na takiej deseczce, tak zwanym balance boardzie. Każdy z tych zawodników, czy to była Formuła 1, czy skoki narciarskie, czy snowboard, wakeboard czy inne dyscypliny, musiał nauczyć się żonglować oraz właśnie balansować na tej desce. To jest świetna lekcja, bo nagle okazuje się, że w każdym sporcie ta równowaga jest najważniejsza. I czucie własnego ciała. Ja takie osoby śledzę więc nie tylko dlatego, że osiągnęły sukces sportowy, ale również pod kątem rozwoju osobistego i biznesowego oczywiście.

Jakie są twoje plany na najbliższy czas i czego można ci życzyć?

VB: Na Sylwestra lecę do Wietnamu, a w nowym roku planuję podróż deltą Mekongu do Kambodży, rozkręcając tą część podróżniczą i turystyczną. Może nakręcę jakiś fajny materiał, zamierzam też zacząć kręcić vlogi, są teraz bardzo popularne. Nie wiem tylko, czy będę potrafił tak na co dzień mówić do kamery, próbowałeś kiedyś?

Następnie rozmowa zeszła na temat nagrań wideo, a ponieważ pracowałem kiedyś w lokalnej telewizji, Victor udowodnił, że cały czas chce się rozwijać, prosząc mnie o podpowiedzi dotyczące zachowania się przed kamerą. Jednym słowem – nie rzuca słów na wiatr, mimo, że jest to jego żywioł…

Rozmawiał Michał Faran

 

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Komentarze