Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Uśmiech, który był dla milionów strzałą Amora

Żyjemy w świecie liczb. Przebiegnięte kilometry to jak chleb pod szynką i serem – norma. Teraz liczą się stworzone sytuacje, liczba kluczowych podań, ile razy uderzyłeś piłkę małym palcem lewej nogi. Eksperci analizują, czy szesnaście i trzy czwarte sekundy przed przyjęciem piłki dłubałeś w nosie, wyglądałeś jakbyś myślał o zostawionym żelazku czy może już głowa w poszukiwaniu kolegów na boisku chodziła ci na wszystkie strony jak wiatrak. W portugalskiej Benfice mają porozstawiane czujniki temperatury i wilgoci w narożnikach boiska, by każdemu indywidualnie ułożyć dietę w zależności od tego, ile dokładnie gram wagi zrzucił na zajęciach.

To powoli przestaje być futbol, a zaczyna matematyka. Gdyby któryś z odcinków „Black Mirror” (serial przedstawiający przyszłość i zagrożenia wynikające z rozwoju technologii) był kręcony o futbolu, pewnie oglądalibyśmy przez cały epizod mecz robotów. Wszystko zmierza do ideału, a przecież człowiek nie jest idealny. Dlatego łezka w oku niejednemu się zakręciła, gdy usłyszał o zakończeniu kariery przez Ronaldinho. Jednego z ostatnich piłkarzy z krwi i kości, którzy chcieli tylko grać w piłkę.

Autorytet, bożyszcze, idol

Jest taki dobry, aczkolwiek mocno zakurzony i niedoceniany film „Show” Maćka Ślesickiego z Cezarym Pazurą w roli głównej z 2004 roku. Jedna z ostatnich scen wbija w fotel, monolog o autorytetach: – Kiedyś nie trzeba było mieć koszulki od Bossa i BMW, żeby powiedzieć dziewczynie, że się ją kocha. W telewizji byli Czterej Pancerni i wszystko było jasne. Był taki film o murarzu, który chciał być uczciwy i mieć fach w rękach. „Człowiek z marmuru” się nazywał. I ten facet z marmuru – to dla mnie autorytet. Bo miał wszystkich w dupie i chciał tylko domy budować – mówi bohater grany przez Pazurę.

Ronaldinho był takim facetem z marmuru, który tylko piłkę chciał kopać. Prostym, normalnym, uśmiechniętym. Kochały go miliony, bo był jednym z milionów. Nie wyrzeźbiony, nie przeżarty tabletkami, witaminami, suplementami. Ale przy tym genialny. Kiedy trzeba było – pracował, nie był leniem, dążył zaciekle na szczyt. Niewielu pamięta, ale z przodu tego pokrzywionego tułowia umieszczony był nawet kaloryfer. To nie tak, że tylko samba, dyskoteki, panienki i „Zamigotał świat” w głośnikach.

Ale nigdy nie przesadził. Umiał wypośrodkować tę wajchę między opcją „praca”, a „magia”. Być może bał się, że straci swój luz, magiczne dotknięcie i milion genialnych myśli na sekundę? Spójrzcie na Cristiano Ronaldo. To świetny piłkarz, który niedawno strzelał najważniejsze bramki w Lidze Mistrzów i zgarnął, po raz piąty już, Złotą Piłkę. Ale ten Ronaldo – robiący już pierdyliard, a nie tylko sto brzuszków dziennie – to zupełnie inny piłkarz, niż ten z Manchesteru United. Tamten potrafił czarować dryblingiem, popisywać się niebanalnymi podaniami, ośmieszać rywala i wprowadzać kibiców w ekstazę. Teraz strzela bramki, fani też się cieszą. Z tą różnicą, że cieszyliby się dokładnie tak samo, gdyby do siatki trafił Fernando Gago. Po prostu – gol to gol.

To lepsza wersja Ronaldo, jeśli weźmiemy pod uwagę statystyki. Bardziej podoba się kibicom na Twitterze, którzy scrollując Squawkę czy WhoScored mają czarno na białym: dobrze zagrał. Kiedyś mówiło się tak o kibicach telegazetowych. – Ten Inzaghi to jest genialny piłkarz, najlepszy w Milanie, no nie? – pytali, gdy zobaczyli listę strzelców, a nie widzieli podań Pirlo, dryblingów Kaki czy odbiorów Gattuso. Ronaldo strzela więcej, jest efektywniejszy, trenerzy są bardziej zadowoleni z jego obecnej wersji. Tylko jeśli miałbym przelecieć pół świata i iść na mecz, to trzy razy bardziej wolałbym oglądać tego z herbem „Czerwonych Diabłów” na piersi.

Chłopak z faweli

Każdy bilet na mecz z udziałem Ronaldinho to natomiast gwarancja dobrej zabawy. Niezależnie kiedy. Warto było iść na tego, który jako jedenastolatek strzelił 24 bramki w meczu swojej drużyny młodzieżowej, w tym trzy z rzutów rożnych. Opłacało się przyjść nawet na rozgrzewkę przed meczem Milanu, kiedy kratkę na brzuchu zastąpiła oponka. Ona nie przeszkadzała jednak w czarach.

Dla młodych chłopaków, którzy dopiero stawiali pierwsze kroki z futbolem, opowieści z życia Ronaldinho były lepsze od anegdot z Jimilsbachem i żartów o murzynach. Moja ulubiona: o tym, jak nauczył się tak dobrze operować piłką. Będąc małym chłopcem i mieszkając w drewnianym domku w jednej z brazylijskich faweli, futbolówkę wraz z bratem robił zwijając w kulkę szmaty i stare ubrania. – Stawka gry tą piłką była bardzo wysoka, bo kiedy mój pies dopadał do niej, to gryzł ją i szarpał na kawałki. Wtedy musiałem ją budować od nowa, więc nauczyłem się tak dryblować, żeby robić to jak najrzadziej.

Swego czasu popularna była anegdota o tym, jak tuż przed El Clasico Ronnie zadzwonił do Andresa Iniesty. – Andres, wiem, że jest 3 w nocy, ale muszę Ci coś wyznać. W czerwcu opuszczam Barcelonę, mój brat [i jednocześnie menedżer zawodnika – przyp. B.S.] podpisał umowę z Realem Madryt. Zaoferowano mi ogromne pieniądze, nie mogłem odmówić. Proszę Cię, byś nie mówił o tym nikomu w klubie. Zachowaj to dla siebie. Dobranoc – powiedział Brazylijczyk i odłożył słuchawkę.

Następnego dnia w szatni atmosfera była napięta. Wszyscy byli smutni, co w kontaktach z Ronaldinho nie było normalnym zachowaniem. R10 wreszcie zabrał głos. – Przed nami bardzo trudny mecz, El Clasico. Ostatnio jednak odkryłem, że jesteśmy jak rodzina. Zadzwoniłem w nocy do każdego z was i powiedziałem, że odchodzę do Realu. Nikt nie puścił pary z ust, wolał cierpieć w milczeniu niż zdradzić przyjaciela. Dlatego zostanę tutaj bardzo długo. A teraz chodźmy im pokazać, na czym polega piłka nożna – powiedział skrzydłowy. Pamiętny mecz zakończył się wygraną Barcelony 3:0 po dwóch trafieniach Ronaldinho, który po zejściu z boiska otrzymał od kibiców rywali owację na stojąco.

To dzięki niemu Adidas przez jakiś czas „nie miał startu” do najmłodszych adeptów futbolu, bo markę największego konkurenta na rynku, czyli firmę Nike, reklamował właśnie ten zawsze uśmiechnięty czarodziej. Niezapomniany był ten spot, o którym krążyły legendy na przerwach w szkołach na całym świecie. Do tej pory nie wiadomo, czy to magia komputera czy magia zawodnika. I to chyba najlepsza laurka, jaką można wystawić piłkarzowi.

Dlaczego najlepszy?

Ronaldinho to najlepszy piłkarz XXI wieku – powiedz to, a od razu zostaniesz zarzucony milionami liczb i argumentów, że owszem, był dobry, ale bardzo krótko. Bo Messi i Ronaldo są na szczycie dziesięć lat, a Ronaldinho był tylko trzy. Chociaż to on wygrał Mistrzostwo Świata, strzelając takie bramki jak ta poniżej, a wymieniona wyżej dwójka – uznawana jest za lepszych, bo siódmy rok z rzędu ładuje po cztery Gironie czy innemu Getafe.

Nikt nie ma zamiaru deprecjonować osiągnięć Ronaldo czy Messiego, z których nawet największy futbolowy laik zdaje sobie sprawę. Długość bycia na szczycie to jednak – przynajmniej dla mnie – żaden wyznacznik. Wolałbym być przez rok najlepszy na świecie, niż przez całą karierę dobry na zapleczu ekstraklasy.

Ronaldinho wybrał dobrą zabawę i dyskoteki przedkładał nad treningi, ale kluczowe pytanie jest takie: kiedy to zrobił? Odpowiedź satysfakcjonuje mnie w stu procentach i pozwala zrozumieć jego decyzję: kiedy wygrał już wszystko. Mistrzostwo Świata, mistrzostwo Ameryki Południowej, Złotą Piłkę, Ligę Mistrzów, mistrzostwo Hiszpanii i najważniejsze: serca milionów na świecie. Mógłby robić to dalej, ale robiłby to wbrew sobie. Na przymus, czyli bez magii. Tej magii, która przypomniała wszystkim, na czym tak naprawdę polega futbol.

Bartłomiej Stańdo

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.