„Tyson Fury? Potrafi przyjechać na trening Ferrari, a następnego dnia starym Passatem”

Kamil "Sokół" Sokołowski trenuje razem z Josephem Parkerem czy Tysonem Furym. W rozmowie z Łączy Nas Pasja opowiada o obozie z byłym i obecnym mistrzem świata w wadze ciężkiej, a także o swojej karierze oraz kondycji polskiego boksu zawodowego.
Jak wiele pięściarzowi daje wspólny obóz z obecnym i byłym mistrzem świata, czyli Tysonem Furym i Josephem Parkerem?
Właściwie jestem obecnie na obozie Parkera, który przygotowuje się teraz do walki z Dereckiem Chisorą. Tyson przyjeżdżał z nami trenować zanim wyleciał na kilkanaście dni do Stanów Zjednoczonych. Przede wszystkim wzrasta po takim wspólnym sparingu pewność siebie. Wiadomo, że pewnych starych nawyków już nie zmienię – one wychodzą zwłaszcza, gdy w walce przychodzi zmęczenie. Staram się jednak coś ulepszać, poprawiać. Na przykład ostatnio pracuję nad tym, by bardziej „siąść” na tylnej nodze. Słucham rad.
Nie jest o nie trudno w takim towarzystwie?
Od Tysona Fury’ego usłyszałem ich wiele. Też się zdziwiłem, ale na przykład ostatnio skończyłem z nim rundę, a on mi podpowiada: tu powinieneś zrobić tak, stanąć inaczej, zachować się w ten sposób i tak dalej… Powiedział mi, żebym się niczym nie przejmował: „Myślą, że jesteś journeymanem, ale w jednej chwili dużo może się zmienić, dostaniesz dużą walkę”. Fajnie usłyszeć coś takiego od mistrza świata.
Parker z Chisorą skrzyżuje rękawice już pierwszego maja. Jakie masz odczucia przed tą świetnie zapowiadającą się walką?
Joseph jest szybki, lotny na nogach, robi dziewięć rund bez żadnej zadyszki, wydaje się być dobrze przygotowany. Ale może mieć problemy w pierwszych rundach z Chisorą. Jeśli Parker nie da się złapać w pierwszych pięciu rundach, to wypunktuje Derecka. Sparowaliśmy i widać, że się rozluźnił, fajnie zaczął pracować na nogach i boksuje „z luzu”, ale jeśli wda się w bijatykę to może być różnie. Chisora lubi „bitki”, na przykład ta z Whytem mu odpowiadała, ale uciekanie i punktowanie mu nie leży. Faktycznie, świetnie zapowiada się ta walka – różne style, będzie ciekawie.

Joseph Parker wygra z Dereckiem Chisorą – kurs LV BET: 1.52

Rozumiem, że trenujecie wspólnie właśnie „bitkę”?
Tak, Parker ma tak dobranych sparingpartnerów, a poza tym przed sparingiem drugi trener podchodzi do nas i daje nam wytyczne. Mówi: „macie bić jak czołgi”. Nie boksować, tylko zadawać dużo ciosów zamachowych, na dół – typowo jak Chisora. Łapać, klinczować… Będzie na to przygotowany, ale zobaczymy. Ring zweryfikuje.
Tyson Fury jest żywym dowodem na to, że nie można się poddawać. Wygrał nie tylko z Kliczką czy Furym, ale też z depresją, o której szczerze opowiadał w książce. Jaki jest poza ringiem?
W ogóle nie jest wyniosły. Raczej skromny chłopak i dobry kumpel, po którym nie spodziewałbyś się, że jest mistrzem świata wagi ciężkiej w boksie zawodowym. Jednego dnia potrafi przyjechać na trening Ferrari, by następnego zrobić to starym Passatem. Jest cały czas taki sam – uśmiechnięty, zabawny. Oczywiście do momentu, w którym zaczyna się trening. Wtedy już jest na maksa skoncentrowany, skupiony na ciężkiej pracy. Nie uderzyła mu sodówka do głowy. Nie ma podejścia: „ja jestem mistrzem, a z tobą to nawet nie rozmawiam”. Wręcz przeciwnie – oglądał na przykład moje walki. Powiedział, że darzy mnie szacunkiem za to, co robię i widzi, że ciężko pracuję.
Coraz bliżej jego walki z Anthonym Joshuą. W „Super Expressie” powiedziałeś, że typujesz 60/40 na Fury’ego. Dlaczego?
Widzę z bliska, jak Tyson pracuje. Jest taki gibki, ma tak dobry balans… Przed wyjazdem do Stanów zrobił w piątek dziesięciorundowy sparing, pięć rund na tarczy i pięć rund na worku. 20 rund w naprawdę dobrym tempie. Będzie do tej walki przygotowany na 120%, ma plan na Joshuę. Wiadomo jednak, że to waga ciężka, czasem jeden cios może zmienić całą walkę. Zobaczymy, też jestem ciekaw jak się ona potoczy. Jeśli miałbym stawiać pieniądze to na Fury’ego.
W swojej autobiografii Fury przyznał, że był zafiksowany na punkcie boksu od dziecka. Rysował w zeszycie rękawice bokserskie czy worek, marzył o tym każdego dnia. Jeszcze mu nie przeszło?
Tak jest z całą jego rodziną. Mam dobry kontakt z jego ojcem, Johnem, który też dzieli się swoimi uwagami. Kiedyś prowadził Tysona, teraz zaś trenuje swojego młodszego syna, Tommy’ego. Zdradził mi jaki mają cykl treningowy, ciągle mogę wynieść z tych rozmów jakąś lekcję dla siebie.
Zwłaszcza, że obecnie nie masz trenera.
Tak, na chwilę obecną trenuję sam. Czasem ktoś pomaga, zrobi tarczę czy coś w tym stylu, ale ogólnie pracuję bez trenera. Z ostatnim rozstałem się w niezbyt przyjaznych okolicznościach. Nie mogę zdradzić wszystkiego, co się między nami wydarzyło. Powiedziałem mu, że lepiej jak się rozstaniemy, bo trener nie powinien się tak zachowywać w stosunku do swojego podopiecznego.
Trwają poszukiwania następnego?
Mieszkam na samym dole Anglii, do trenera musiałbym dojeżdżać minimum dwie godziny kilka razy w tygodniu. Nie mam na to ani czasu, ani finansów, by sobie na takie dojazdy pozwolić. Oprócz treningów normalnie pracuję – od siódmej do piętnastej. Rano biegam osiem kilometrów, biorę prysznic, po pracy krótka drzemka, a następnie zaciskam zęby i robię to, co mogę. Jeżdżę też często na sparingi.

Łączysz pracę z treningami – skąd wziąć na to siły? Nie pojawia się uczucie przetrenowania?
Na obozie u Parkera też zwróciłem na to uwagę i postanowiłem weekendy przeznaczyć na regenerację. W ostatnich walkach dobrze się czułem, dobrze byłem przygotowany, a jednak ostatnie rundy dojeżdżałem na oparach. Muszę to zmienić, postanowić na aktywną – w formie spaceru czy jazdy na rowerze – ale jednak regenerację, by się nie przetrenować. Przychodzi taki moment, że zaczynasz się zajeżdżać. Widzę to nawet po obozie: pierwszy tydzień odsypiałem nawet trzy godziny przed następnym treningiem. Organizmowi tego brakowało. Teraz już tak nie śpię.
W Polsce często mamy do czynienia ze zjawiskiem „pompowania rekordów”. Odnoszę wrażenie, że w twojej dotychczasowej karierze było zupełnie odwrotnie.
Może gdybym trafił siedem lat temu na innego menedżera… Ten, z którym się wtedy związałem, zrobił ze mnie journeymana. Pierwszy raz w boksie walczyłem z Adamem Machajem, który miał rekord 4-0. Duży chłop, robił wrażenie, ale wygrałem. Pewnie można było to poprowadzić lepiej, jednak już trzy miesiące później „rzucił mnie” na Dilliana Whyte’a.
Pięściarza, który w czasach amatorskich wygrał z Anthonym Joshuą i później walczył z nim o mistrzostwo świata. Przed waszym pojedynkiem miał rekord 11-0. Być może poszłoby lepiej, gdybyś stawiał krok po kroku i może nie „pompował rekord”, ale po prostu budował się stopniowo trudniejszymi walkami?
Na pewno zabrakło wtedy doświadczenia bokserskiego, dobrego balansu ciałem… On bił lewym prostym, a mnie pod okiem wystrzeliło jajko. Whyte mnie nie znokautował, chciałem walczyć dalej, ale sędzia przerwał pojedynek. Jasne, że mogło to wszystko się potoczyć inaczej, mogłem wiele rzeczy inaczej rozegrać, ale jest już za późno. Mam 35 lat, zmierzam ku końcowi, choć chciałbym dać jeszcze kilka dobrych walk. Rekord jest jaki jest, ale też było dużo takich walk, które wygrałem – tylko walczyłem na podwórku przeciwnika i dali albo remis, albo przegrywałem jednym punktem. Mam 10-21-2, a powinno być jakieś 16-16-1. Inaczej to wygląda, gdy jest rekord wyrównany zamiast ujemnego. Kto mnie zna i interesuje się boksem, ten wie jak walczę, ale gdy ktoś tylko wejdzie na boxrec i sprawdzi rekord, to powie: „kolejny bum, dawać go”. Tylko można się zdziwić…
Tak jak Alex Dickinson, z którym walczyłeś w Leeds…
Przed walką miał 10 wygranych i zero porażek, po przegranej zawiesił rękawice na kołku. Chociaż nie wiem, dlaczego – rekord 10-1 też mógł jeszcze dobrze sprzedać.
Ta walka miała miejsce 15 czerwca 2019 roku. Tego samego dnia walczył Krzysztof Głowacki z Mairisem Briedisem. Od tamtej pory „Główka” jedyną walkę stoczył o pas z Okoliem, a w twoim przypadku było to aż dziewięć pojedynków. Teraz w weekend dziesiąta, rywalem David Adeleye.
Tak już jest – czasem tydzień przed walką dostaję telefon i jadę. Ale nie jestem typowym bumem, co siedzi i pije piwo przed telewizorem, dostaje wiadomość „zbieraj się z łózka, zaraz walka, jedziesz”. Nie, trenuję codziennie. Jestem w formie i szukam swojej szansy. Nie wychodzę po wypłatę i nie kładę się w pierwszej czy drugiej rundzie, tylko dobrze przygotowany myślę o zwycięstwie. Zawsze jadę po zwycięstwo. Dlatego ostatnio dostałem parę dobrych walk z pięściarzami z pierwszej sześćdziesiątki, bo jestem dla nich dobrym testem. Wiesz, że w Anglii mówią o mnie „najlepszy journeyman w Europie”?
I nie wiadomo, czy cieszyć się, czy nie.
No właśnie nie wiadomo. Może to dobrze, bo dużo walk w Anglii było takich, gdzie puszczali na mnie młodych prospektów. Później się trochę dziwili, bo potracili zero w rekordach.
Ściskam kciuki, by podobnie było w sobotę. Adeleye też ma zero w rekordzie, dotąd pięć wygranych – wszystkie przez nokaut.
Pamiętam, że tak było z Nickiem Webbem. Przyjechali jego bliscy, dopingowali go, a przy okazji wygwizdywali i wyzywali mnie. Zdziwili się, bo w drugiej rundzie Nick dostał ciężkie KO. Ukłoniłem się publiczności, poczęstowali mnie jeszcze większą liczbą słów na „f”, a ja się mogłem tylko cieszyć. Świetne uczucie: wychodzisz jako underdog, a wygrywasz w takim stylu.

Ile walk planujesz stoczyć w 2021 roku? I czy myślisz o pojedynku w Polsce?
Ile się da. W Polsce? Problem w tym, kto by zapłacił za taką walkę. Jeszcze pięć/sześć lat temu mógłbym wziąć jakąkolwiek, ale teraz patrzę też pod kątem zdrowia i zarobków. Nie biorę, za przeproszeniem, „ochłapa” za walkę, bo mam żonę i 9-letniego synka. Myślę o nich, o swoim zdrowiu i nie biorę byle czego, żeby tylko promotor zarobił na moim garbie.
Jakie masz z nimi doświadczenia? Sugerowałeś wcześniej, że „gdybyś miał innego”…
Rozczarowałem się moim byłym menedżerem, bo pewnego razu przyłapałem go na tym, jak chciał mnie okraść. To było po walce z Davidem Pricem. Dogadaliśmy się, ile ja zarobię na tym pojedynku, a ile on. W pewnym momencie poszedł do łazienki, a w tym czasie przyszedł gość z kopertą za walkę. Pyta: gdzie jest menadżer? Mówię mu, że w łazience, ale jestem jego zawodnikiem i mogę ją wziąć. Wyszło wtedy, na jaką kwotę chciał mnie oszukać. Ile było w kopercie, ile chciał schować do kieszeni… Przykre doświadczenie, byłem tym wszystkim zniesmaczony. Obijasz głowę za niezbyt duże pieniądze, a ktoś perfidnie robi takie rzeczy. Z perspektywy czasu myślę, że to nie był jedyny raz. Zdarzały się takie sytuacje, że gdzieś tam wychodził w trakcie gal, ale wreszcie wpadł. Dwie czy trzy osoby mogą to potwierdzić, byli świadkami tego zdarzenia. Warto o tym powiedzieć i ostrzec młodych zawodników. Pożegnałem się więc z Anglikiem, teraz opiekuje się mną Polak, Łukasz Rostkowski. I robi to dobrze, jestem zadowolony z tej współpracy.
Gdybyś miał cofnąć czas: wchodziłbyś w ten świat jeszcze raz?
Zależy, o jak długo… Gdybym miał się cofnąć do 20. roku życia, to chyba bym już w to nie wchodził. Z drugiej strony są rzeczy, których mi nikt nie zabierze. Mam wspomnienia. Dziś z obozu u Parkera czy treningów z Furym, ale byłem też trzy razy u Davida Price’a, zapraszał mnie na obóz Dillian Whyte. Parę walk wygrałem, zwiedziłem dużo świata. Australia, Stany Zjednoczone, Bośnia i Herzegowina, Serbia, Francja, Białoruś czy Ukraina, była też Brazylia, Szwajcaria… Pewnie bym tam wszędzie nie pojechał, gdyby nie sporty walki.
Oprócz konta na Instagramie, w dodatku schowanego za „kłódką”, nie masz rozbudowanego marketingu, nie widać cię zbyt często w mediach. Nie miałeś pokusy, by na swoją szansę zapracować otoczką, jak choćby swego czasu Krzysztof Zimnoch z Arturem Szpilką pamiętną szarpaniną? O tej walce mówiono przez długie lata bardzo wiele, a nawet się nie odbyła.
Część zawodników najpierw jest zainteresowanych Instagramem, Facebookiem, mediami, a dopiero później treningiem. Dla mnie ta otoczka jest na drugim miejscu. Najpierw trenuję, a jak mam czas – to wrzucę jakieś zdjęcie i tyle. Nie krzyczę – pewnie dlatego jestem mniej rozpoznawalny. Dzisiaj to modne: dwa miesiące potrenujesz, wyzwiesz kogoś i już cię ludzie obserwują, mówią: „o tak, to ciekawy prospekt”. Sport trochę schodzi na drugi plan. Wspomniałeś o Szpilce i Zimnochu – wszystko rozegrało się w mediach. Artur walczył o pas mistrzowski, więc nie można mu niczego ująć, ale co ugrał Zimnoch? Co wywalczył? Rekord zrobiony przez promotora, który inwestował w niego kasę, a przyjechał Joey Abell i zakończył jego karierę. Problem w polskim boksie, ale i w Anglii takie zjawisko występuje, jest taki, że nasi pięściarze walczą tylko na swoim podwórku. Bezpiecznie. Późniejszy wyjazd zagraniczny kończy się dużym rozczarowaniem. Paweł Kołodziej miał 33-0, a po KO od Lebiediewa zawalczył tylko raz i skończył karierę. Andrzej Wawrzyk miał 27-0, ale nastąpiła weryfikacja z Powietkinem.
Jak oceniasz ostatnią walkę Polaka o pas na Wyspach, czyli starcie Krzysztofa Głowackiego z Lawrencem Okolie? Odniosłem wrażenie, że „Główka” nie był sobą.
Mówiliśmy o tej dacie, od kiedy ja walczyłem dziewięć razy, a Głowacki tylko raz. Tak długa przerwa ma wpływ, jesteś wtedy trochę zardzewiały. Była jednak duża stawka, pieniądze, wyszedł i zawalczył.
Zbigniew Boniek napisał na Twitterze, że wyszedł po wypłatę.
Głowacki mógłby odpowiedzieć Bońkowi, że prędzej jego piłkarze wyszli po wypłatę po tym, jak przegrali z Anglią na Wembley. Może lepiej będzie, jak prezes zajmie się swoim podwórkiem, a boks zostawi w spokoju?

Jak już jesteśmy na podwórku pięściarskim: po porażce Głowackiego przeczytałem wiele opinii, że to była ostatnia taka szansa na polski pas w boksie zawodowym. Zgodzisz się z nią?
Nie, liczę jeszcze na Michała Cieślaka. Widzę, że pnie się w rankingu IBF. Wierzę w niego. Jest skromny i nie słychać o nim tak wiele. Nie pcha się do mediów, najważniejszy jest u niego trening. Mam nadzieję, że on coś ugra.
Podobne podejście do twojego, zgodne z powiedzeniem „krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje”.
Tak, teraz modne jest krzyczenie. Nawet brat powiedział mi kiedyś: weź wyzwij tego czy tamtego na walkę, zrób jakiś szum, pozaczepiaj kogoś i coś ciekawego dostaniesz. Tyle, że to nie w moim stylu. Nie potrafię tak. Wykrzykiwać, obrażać, toczyć głupie wojny. Po co to? Jestem pogodzony z tym, że tak musiało być, że dużo już nie ugram. Chociaż mam nadzieję, że dam parę dobrych walk, coś jeszcze bym chciał pokazać.
Chciałbym na przykład zobaczyć twoją walkę z Arturem Szpilką.
Na razie Szpilka musi się uporać z Różańskim. Tu widzę 50/50 po okrzykach Artura, choć jeśli będzie walczył tak jak krzyczy – to wygra na 100%! Tak szczerze jednak, szanse rozłożyłbym 60/40 dla Różańskiego, może nawet 70/30. Maciej Sulęcki mówi, że Artur jest dwie klasy lepszy, ale ciekaw jestem jak z jego odpornością. Jest po kilku walkach, gdzie były ciężkie nokauty. Zobaczymy.
Czego ci życzyć oprócz zwycięstwa w sobotnim pojedynku?
Dobrej formy i dobrych walk. Liczę na to, że jeszcze wielu ludzi zaskoczę. Od dwóch-trzech lat jestem psychicznie już starym zawodnikiem, wychodzę do walki i traktuję to jak normalny dzień w pracy. Rutyna. Wiadomo, że jest lekki stres przed walką, zawsze się trochę denerwujesz, ale gdy sędzia uderza w gong, upływa minuta i wszystko mija. Jestem w stu procentach sobą. Mam 35 lat, ale czuję się silny psychicznie i fizycznie, gdy wchodzę do ringu. Tego na pewno wcześniej brakowało. Jasne, zawsze po walce schodzisz do szatni i mówisz sobie: to mogłem zrobić lepiej, tamto inaczej, ale prawda jest taka, że gdy jesteś już zmęczony w trakcie walki,to tak naprawdę nie możesz zrobić nic. Teraz podczas obozu dostałem trochę nowych wskazówek. To bodziec do tego, by zmienić coś w sobie, w treningu. Może szczyt formy jeszcze przede mną?
Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem