Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

TYLKO U NAS! Prezes Wisły: „Byłam szantażowana”. Mocny wywiad o Miśku, kibicach i reportażu „Superwizjera”

Marzena Sarapata odpowiada po raz pierwszy od emisji reportażu "Piłka nożna i gangsterzy" Szymona Jadczaka w programie "Superwizjer". Czy Misiek rządzi Wisłą? Dlaczego w klubie pracowały osoby po wyrokach? O co chodziło z koszulkami z "Dudkiem"? Kiedy można spodziewać się procesów sądowych i dlaczego? Prezes Wisły Kraków, Marzena Sarapata, specjalnie dla ŁączyNasPasja odpowiedziała na zarzuty, ale też przyznała się do błędów...
Bartłomiej Stańdo: Tęskni pani za czasami, gdy mówiąc słowo „misiek” miała na myśli tego pluszowego?
 Marzena Sarapata: – Nie, nie podchodzę do takich tematów ani personalnie, ani emocjonalnie. W ogóle rzadko wypowiadam słowo „Misiek”, bo nie jestem narratorem tej historii. Swoją drogą, zawsze jak już mówiłam, to mówiłam „pan Misiek”. Wiem, że to trochę zabawne, ale tak czasami mam, że tworzę własne nazewnictwo. W każdym razie nie jest moim kolegą, a ja nie jestem jego koleżanką, co może uzasadniać „pana”.
Mówi się, że nawet więcej niż koleżanką: mianowicie słupem podstawionym w Wiśle przez Pawła M., który dzięki temu ma lub miał władzę w klubie.
– Czytałam, że długo „kminili”, czy będę się umiała wysłowić. 
Mogli się jednak o tym przekonać – w końcu to pani reprezentowała Pawła M. na sali sądowej.
– Mogę powiedzieć to, co powszechnie wiadomo. Byłam pełnomocnikiem pana Miśka o naruszenie dóbr osobistych przeciwko Agorze, a zatem w procesie cywilnym. W „Gazecie Wyborczej” ukazały się cytaty z pozwu, zatem nie powinno się teraz przekręcać tej historii mówiąc o „obronie”. Natomiast czyimkolwiek obrońcą bym nie była – nie wolno mi robić z tego zarzutu. Na tym polegała moja praca. Wiem, że obrońca w sprawie karnej brzmi dobrze i dużo bardziej sensacyjnie. Ale fakty są inne i sensacji nie ma. Reprezentowałam w swoim życiu mnóstwo osób i proszę sobie wyobrazić, że każda z nich miała problemy prawne. Na tym polega praca radcy prawnego czy adwokata.
Zdecydowałaby się pani reprezentować go w tym samym procesie, ale na przykład tydzień temu?
– Nie, z jednego powodu: żeby dbać o wizerunek Wisły i nie prowokować żadnych insynuacji. Natomiast ja reprezentowałam go w 2014 roku. Nie mam teraz na to żadnego wpływu. Nie była to obrona karna, a pełnomocnictwo w sprawie, w której pan Paweł występował jako powód. a druga strona jako pozwany. Choć oczywiście – jak już wspomniałam – nawet gdyby była, też to by niczego w mojej ocenie nie zmieniło. Wszędzie powtarza się jednak frazę „obrońca Miśka”. W jakim celu?
Wróćmy do Pawła M., ps. „Misiek”. Rządził w klubie?
– To jest teza, której kompletnie nie rozumiem. Właściwie co ona oznacza? Że powinien stać tutaj i pilnować, co mówię do pana? Przez dwa lata wszyscy, również dziennikarze, mieli otwarte drzwi, spotykali się z nami, rozmawiali w pomieszczeniach klubu – rozumiem więc, że musieli go widywać? Śmiem twierdzić, że nigdy go w klubie nie widzieli. Czy Misiek ma władze? Nie ma. Głośno i wyraźnie mówiłam to wiele razy, w tym na konferencji prasowej w styczniu tego roku, a zatem wielokrotnie odnosiłam się do tego zarzutu. Nie jest członkiem zarządu, nie ma go w komisji rewizyjnej ani radzie nadzorczej, nie pracował w żadnym dziale klubu, nawet w kasach, o których pewnie zaraz będziemy rozmawiać.

W materiale „Superwizjera” jasno jest powiedziane, że władzę w klubie przejęła sekcja sportów walki, która miała tylu delegatów, że mogła z nimi „zrobić wszystko”. Pani również była jednym z tych delegatów.
– Był 2015 rok. Delegaci sportów walki głosowali na nowy zarząd i ponoć mieli większość, dzięki której mogą robić, co chcą. No więc tych delegatów sekcji kickboxingu, bo tak się formalnie nazywa sekcja sportów walki, było 19. Wszystkich delegatów było 88. Nie trzeba dostać Nobla z matematyki by stwierdzić, że większości nie mieli żadnej, a wręcz stanowili mniejszość. Na mnie głosowało wtedy 69 delegatów. Sama byłam delegatem kickboxingu, ale nie dlatego, że Misiek mnie zapisał. Po prostu trenowałam przez rok kickboxing – zresztą żałuję, że przestałam – pod okiem trenera personalnego w innym klubie  Gdy zapisywałam się do TS Wisła wybrałam więc sekcję, która była mi wtedy najbliższa. Nie znałam krążących o niej miejskich legend – zresztą nie wiem, czy już wtedy krążyły. Kilka razy uczestniczyłam w zajęciach sekcji i tyle. Teraz występuję jako delegat z ramienia zarządu. Ot, cała historia.

 

Natomiast wtedy nie ja zostałam wybrana na prezesa. Prezesem został pan Piotr Dunin-Suligostowski, który zaproponował na tym samym walnym do zarządu sześć osób, w tym również mnie. Jako pierwszy o kandydowanie poprosił mnie wcześniej pan Prezes Ludwik Miętta-Mikołajewicz. Nawiasem mówiąc, też słyszałam, że on jest szefem mafii krakowskiej – czuje pan, że przekraczamy granicę absurdu? No więc pan Ludwik mnie poprosił jako pierwszy, później też pan Łukasz Kwaśniewski, który znalazł się również w nowym zarządzie. Zagłosowało na każdego z nas po około 70 delegatów, więc trochę więcej, niż liczyła reprezentacja sekcji kickboxingu. Na prezesa zarządu spółki akcyjnej zaś wybrał mnie ówczesny zarząd TS Wisła. Później, po rezygnacji pana Piotra Dunin-Suligostowskiego, na walnym w czerwcu 2017 r. zgłosił moja kandydaturę na prezesa TS Wisła prezes Miętta-Mikołajewicz. Głos „za” moją kandydaturą oddało 67 delegatów, przeciw było 4 delegatów, oddano 2 nieważne głosy. Na tym walnym był jeden delegat sekcji kickboxingu.

Wątpliwości natomiast nie ma co do tego, że siłownia w hali Towarzystwa Sportowego jest wynajmowana panu Pawłowi M.
– Siłownia stała się pewnym symbolem, który szkodzi wizerunkowi klubu. Dlatego też staramy się doprowadzić do takiego rozwiązania, aby jak najmniej ucierpiał klub. Mam na myśli skutki finansowe. Bycie poszukiwanym czy osadzonym nie jest podstawą do rozwiązania umowy najmu zawartej na czas określony, należy zatem znaleźć inne rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że to dla Wisły istotne i nie będę siłowni bronić. Mam obowiązek bronić klubu, pilnować jego interesów.

 

Umowa wygasa w listopadzie 2019 roku, ale dążymy do tego, by została rozwiązana przed tym terminem. Tutaj podkreślam, że umowa nie przedłuży się automatycznie, bowiem zapis taki jest obejściem statutu, który wyraźnie mówi, że zawarcie umowy najmu na czas określony dłuższy niż 6 lat wymaga zgody walnego. Takiej zgody nie było, ale nie można obejść tego zapisu w taki sposób, że wpiszemy automatyczne przedłużenie na kolejne sześć lat.

Zanim Towarzystwo Sportowe objęło władzę w spółce akcyjnej, kibice Wisły mieli zastraszyć ówczesnego właściciela, Bogusława Cupiała. Szymon Jadczak w Weszło FM mówił, że mocno go zniechęcili i nie chce mieć z Wisłą nic wspólnego. „To, co oni mu zrobili…” – powiedział, ale nie chciał dokończyć. Co zrobili Cupiałowi kibice?
– O tym nie słyszałam, to pytanie raczej do pana Cupiała. Przy żadnej okazji, gdy się spotykaliśmy nie opowiadał mi takich historii. Nawet ich nie sugerował. Nie wierzę w takie rzeczy. Szkoda, że co do zasady nie wypowiada się w mediach, bo pewnie bardzo stanowczo zareagowałby na takie twierdzenia. Uważam, że łączą nas dobre relacje, choć rzecz jasna nie spotykamy się często. Natomiast jeżeli już takie okazje są to mogę liczyć na jego słowa wsparcia.

 

Nie było tak od początku, ale po słynnej aferze z niemieckim producentem krzeseł była okazja do bardzo długiej i szczerej rozmowy. Od tego momentu pan prezes wie, że na Reymonta jest zawsze bardzo mile widzianym gościem i kiedy tylko może przychodzi na mecz. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której kibice Wisły mieliby życzyć sobie odejścia Telefoniki. Każdy, ze mną na czele życzyłby sobie takiego właściciela dla swojego klubu. To były ogromne pieniądze i 20 lat poświęcone Wiśle Kraków i tak należy o tym mówić.

Po Cupiale przyszedł pan Jakub M. Kolejne skrócone nazwisko, choć z zupełnie innego powodu. On również miał być podstawiony przez kibiców, by niebezpośrednio od Cupiała, ale właśnie dzięki M. pozyskać władzę w piłkarskiej Wiśle?
– Została ostatnio wyrażona opinia, że pan Jakub M był podstawiony przez grupę gangsterów dlatego, że Tele-Fonika nie mogła sprzedać bezpośrednio akcji TS-owi. Kompletna bzdura. To nie było tak, że TS marzył o tym, by przejąć spółkę i miał nią zarządzać. Jesteśmy ludźmi, którzy zdają sobie sprawę z tego, jaka to jest spółka i jaka odpowiedzialność. Pół roku przed panem Meresińskim negocjowaliśmy z Tele-Foniką warunki przejęcia Wisły Kraków SA. Dlaczego? Upraszczając: dlatego, że w pierwotnej umowie między Towarzystwem Sportowym i panem Cupiałem, zanim Tele-Fonika przejęła przed laty Wisłę, było prawo pierwokupu klubu przez TS. Dlatego negocjowaliśmy z Tele-Foniką warunki przejęcia spółki akcyjnej, ale te finansowe były dla nas nie do udźwignięcia. I nie chodzi o cenę akcji, ale o zobowiązania, które ciążyły na spółce. Ostatecznie została ona sprzedana firmie Projekt Gmina, czyli upraszczając Panu Jakubowi M.
Delikatnie mówiąc, to nie był odpowiedni właściciel dla klubu piłkarskiego.
– Towarzystwo Sportowe zostało postawione pod ścianą, w sytuacji: albo teraz przejmujemy klub, albo akcje będą zaraz razem z właścicielem na Kajmanach czy innych wyspach. Wszyscy patrzyli, co zrobi Wisła Kraków. TS nie negocjował umowy w warunkach sprzyjających negocjacjom: nie było czasu się zastanawiać, czy przejąć go za miesiąc, czy zrobić audyt po krótkim okresie rządzenia tego pana, czy warunki nam odpowiadają… Jedynym zdolnym do przejęcia klubu był TS. Żaden inwestor przecież w takich okolicznościach nie zdecyduje się na wykupienie klubu. Jedyną opcją było wstąpienie w prawa pana Jakuba M czy też firmy, którą reprezentował.

 

Po prostu to zrobiliśmy – nie dlatego, ze mieliśmy prywatne ambicje, ale dlatego, że tak należało zrobić. I od początku myśleliśmy tylko o tym, by zabezpieczyć Wisłę i zająć się jej dalszym rozwojem – przede wszystkim poszukując inwestora, który zaopiekuje się nią lepiej, bo będzie miał większe możliwości. Nie oszukujmy się, w piłce chodzi o pieniądze, które Wiśle były i są bardzo potrzebne. Natomiast po naszym przyjściu okazało się, że brakuje określonej kwoty, która została przez tego pana pobrana z rachunku bankowego. To my jako Wisła Kraków SA złożyliśmy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. I to na skutek tego działania kilka dni temu mogliśmy usłyszeć o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia. To chyba nie bardzo pasuje do teorii, jakoby miałby to być podstawiony człowiek…

Co siedziało w głowie Marzeny Sarapaty w chwili, gdy przeczytała napisy końcowe dokumentu Szymona Jadczaka „Piłka nożna i gangsterzy”?
– Trudno powiedzieć. Oglądałam go w dość specyficznych okolicznościach, bowiem nie było mnie w kraju. Miałam też znaczną różnicę czasu. Oglądałam z notesem w ręce, tak jak to robię gdy prowadzę sprawy o naruszenie dóbr osobistych i oglądam materiał mający być dowodem w sprawie. Po studiach prawniczych, oprócz Zarządzania Organizacjami Sportowymi ukończyłam tez studia podyplomowe w zakresie prawa autorskiego, wydawniczego i prasowego. Mój odbiór był zatem mocno zawodowy i skierowany na rzetelnym przygotowaniu materiału dla kancelarii.

 

Reportaż oczywiście miał szokować i szokował. Wyrządził Wiśle wielką krzywdę. Gdyby program pozostał na poziomie domysłów czy sugerowania pewnych rzeczy, wtedy trudno byłoby odpierać zarzuty, bo owe by się nie pojawiły. Natomiast jeśli są w tym materiale treści zbudowane na czymś, co nie miało miejsca, to łatwiej jest się do tego odnieść.

Zacznijmy więc od początku: reportaż zaczyna się od sprawy z koszulką „Dudek, wracaj do zdrowia” i bynajmniej nie chodziło o słynnego bramkarza, Jerzego…
– Mówiąc całkowicie poważnie: nadal nie jestem w stanie zweryfikować, czy prawdę opowiedziano w materiale czy prawda było to co nam przekazano. Jedyna informacja, którą mieliśmy to ta, że kibic uległ wypadkowi w drodze na mecz Wisły Kraków. W reportażu jest mowa o strzelaninie i gangsterskich porachunkach, ale naprawdę odkąd się dowiedziałam, że autora programu to interesuje, próbowałam zweryfikować – na wszelkie możliwe prezesowi klubu piłkarskiego sposoby – informacje dostępne o tym panu. Nie jestem w stanie potwierdzić, że to, co było powiedziane w „Superwizjerze” jest prawdą. Mówię to nie po to, żeby się usprawiedliwić, bo jeśli faktycznie tak było – sytuacja z koszulką nie powinna mieć miejsca i się z tym w 100% zgadzam.
Rozumiem, że wiedząc o sprawie nie zdecydowalibyście się na taką akcję?
– Mało tego: nawet gdybyśmy mieli choć wątpliwości, że to tego typu historia. Kto sobie strzela w kolano? Abstrahując od tego, czy źle jest życzyć komuś powrotu do zdrowia – nie zrobilibyśmy tego na pewno. Teraz będzie dużo trudniej zachęcić nas do wzięcia udziału w akcji pomocy osobie, której nie będziemy w stanie wiarygodnie zweryfikować. Ale powtarzam, nie mam odwagi powiedzieć panu: „bardzo źle się stało, że taki zły człowiek dostał od nas wyrazy wsparcia”, bo tego nie wiem.

 

Gdyby rzeczywiście udzielono wsparcia osobie, o której wiedzielibyśmy, że historia jest zgoła inna, to byłoby bardzo źle. Nie dyskutuje z tym. „Wie pan, zły człowiek, ale warto mu pomóc” – nie ułożyłabym sobie takiej historii w głowie, za daleka interpretacja. Stało się jednak. Ekstraklasa wyraziła zgodę, by piłkarze wyszli w takich koszulkach. Dlaczego? Bo poprosił o to klub. Dlaczego klub o to poprosił? Bo poprosili go o to kibice. I nawet nie jestem w stanie powiedzieć którzy, bo… nie pamiętam. Gdyby to były nazwiska, które elektryzowały w tym materiale, na pewno bym o tym pamiętała.

Drugi zarzut: osoba skazana za zabójstwo pracuje w Wiśle Kraków.
– Chodzi o osobę, która pracowała w kasie biletowej na umowę zlecenie kilka miesięcy w 2017 r. O tym, kto to jest dowiedziałam się po fakcie. Jakkolwiek to nie zabrzmi: nie znam nazwisk osób pracujących w kasach. Jest tam duża rotacja, ludzie się zgłaszają, często pracują chwilę i odchodzą. Nie jest to intratna posada, a zostało to pokazane w taki sposób, jakby ten człowiek był tutaj co najmniej dyrektorem zarządzającym.

 

Żeby było jasne: źle się stało, że ktoś taki tu pracował. Ale nie było tak, że ktoś choćby zasugerował mi jego zatrudnienie i ja podpisując umowę zlecenia (plik takich umów podpisuję co najmniej raz w miesiącu) wiedziałam, co to za osoba. Mnie jako prawnika to nie ekscytuje, ale rozumiem to, że ludzi tak.


Co pani sądzi o spalonym samochodzie jednego z delegatów, który w czasie walnego zgromadzenia TS-u miał miał protestować przeciwko oddawaniu władzy w klubie ludziom związanym z sekcją „Trenuj Sporty Walki”?
– Nie znam tej historii i nie mam pojęcia, czego dotyczy.
Na stronie SportoweFakty WP pojawił się artykuł Szymona Jadczaka: „Spowiedź byłego chuligana”. Tam również pojawiają się spore zarzuty. Na przykład ubrani w dresach kibole na loży prezydenckiej podczas meczów.
– Wejścia na stadion nie można zabronić komuś, kto nie ma zakazu stadionowego i posiada bilet. Nie ma takiej opcji. Można dyskutować, czy to dobrze wygląda, czy też nie. Wymieniłabym panu z miejsca co najmniej trzy kluby, w których na lożach VIP mijałam, nazwijmy to, „podobnie wyglądających ludzi”. Nie oceniam czy to dobrze, czy źle. Niektórym ludziom się nie podoba, a ja to rozumiem. Są tacy, którym nie przeszkadza. To jeżeli chodzi o loże VIP, natomiast w loży prezydenckiej – z tego co pamiętam – raz był taki incydent i było to po meczu, nie w trakcie. Taka sytuacja się nie powtórzyła. 
Jak dokładnie wyglądała?
– Była taka sytuacja, że pojawiły się na stadionie osoby ubrane w sposób zwracający uwagę. My również zwróciliśmy i sytuacja się poprawiła. Nie mogę komuś powiedzieć: „pan jest w bluzie z kapturem, wygląda brzydko, pan nie wejdzie”. To jest stadion piłkarski. Miejsce dla każdego, komu prawo nie zabrania tam być. Odpowiednie służby mogą tylko poprosić o stosowniejsze zachowanie czy ubiór.

W spowiedzi czytamy, że „konkubina Miśka była księgową na Wiśle i miała tam oko na wszystko”. „Gazeta Krakowska” również pyta, czy pracowała w klubie.
– Czytałam te pytania i to było to, po którym stwierdziłam: „gdzie my jesteśmy?”. Co to jest za retoryka? Jakie to jest pytanie do prezesa klubu? Konkubina – to znaczy kto? Wejdźmy do księgowości i zapytajmy, czy któraś z pań ma stosunki z panem Miśkiem. Przyjmując kogoś do pracy czy na rozmowie o pracę mam pytać, czy współżyje z osobą karaną? Nawet gdybym w jakiś sposób miała pewność co do wszystkich pracujących w klubie osób, kto z kim i na jakich zasadach żyje – to jakie ja mam prawo opowiadać w mediach o osobistym, intymnym życiu ludzi, których zatrudniam?!
Czy grupa „Sharks” czerpie dochody z oficjalnego sklepu?
– Spółka akcyjna ma jeden sklep, mały i w sumie niegodny klubu blaszany barak, „Wiślacki Świat”. Dochody z tego sklepu czerpie spółka akcyjna Wisła Kraków. Każdy zakup jest ewidencjonowany zgodnie z przepisami, czyli nabijany na kasę fiskalna i tak dalej, a następnie księgowany jako przychód spółki, która ze względu na formę działalności ma tzw. pełną księgowość. Drugi sklep z gadżetami znajduje się w hali Wisły. I nie jest to sklep spółki akcyjnej ani Towarzystwa Sportowego, ale pomieszczenie wynajmowane przez Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków właśnie pod sklep. Najemca płaci miesięczny czynsz oraz opłatę licencyjna za wykorzystywanie znaku towarowego.
Czy zdarzały się imprezy organizowane przez „Sharks” na terenie klubu?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Może nie byłam zaproszona.
Widziała pani zaproszenie na trening sekcji „Trenuj Sporty Walki” w loży rodzinnej przed meczem?
– Oczywiście, że widziałam. To była akcja zorganizowana przez sekcje kickboxingu z okazji dnia chłopaka. Na oficjalnym profilu na facebooku Wisły można zobaczyć relację zdjęciową z tego dnia. Sensację wzbudził fakt, że zamieszczono zdjęcie promocyjne, które następnie zostało usunięte. Natomiast akcja się odbyła i małe dziewczynki mogły poboksować dużych chłopaków. Jak mówię, zdjęcia z tego wydarzenia można znaleźć na naszym facebooku.
Zdjęcie dziecka z pistoletem na koszulce i trenera z logiem „Sharks” nie wzbudziło w pani jakichś negatywnych emocji?
– Wzbudziło. I zapewne wzbudziło również u osoby, która owe zdjęcie zamieściła. Przypuszczam, że dlatego szybko je usunęła. Nie będziemy czarować rzeczywistości, że tak było i tak ma zostać. Pewne formuły trzeba zmienić. I można to już zobaczyć na wspomnianych przeze mnie wcześniej zdjęciach.

Z jakich pobudek zmieniali się za pani kadencji rzecznicy prasowi?
– Pan Damian Juszczyk sam zrezygnował po tym, jak dostał propozycję zmiany stanowiska z Rzecznika Prasowego na dyrektora Biura Prasowego. Nie będę nic złego o nim mówić, nie o to chodzi i niczemu to nie służy. Olga natomiast odeszła z powodów osobistych, o których nie mam prawa informować.
Wracając do reportażu: Damian D. czy Damian Dukat?
– To ciekawe, że można zrobić coś takiego, czyli wprost stwierdzić, że ktoś jest przestępcą w materiale telewizyjnym. Zakryć twarz i skrócić nazwisko do pierwszej litery, bowiem autor uważa, że jest. Damian odniósł się do tego i zapewne podejmie dalsze kroki prawne. Ciężko to w ogóle skomentować.
Ale coś chce zrobić? Mam na myśli oczywiście proces.
– Wydaje mi się, że w porządku byłoby zapytać o to Damiana. Z tego co jest mi wiadomo to oczywiście tak. Pozwy złoży tez spółka i TS, ale tego nie da się napisać na kolanie. Kibice się tego domagają, więc poinformujemy o tym natychmiast w momencie złożenia pozwu w sądzie. Musi to trochę potrwać, aby to było rzetelne.
Pojawiały się komentarze, że nie chcecie składać pozwu w ogóle. Kiedy można się go spodziewać?
– Oczywiście, że złożymy. Mam nadzieję że będziemy mogli o tym fakcie poinformować już w ciągu najbliższych dni.
To prawda, że Damian Dukat zrezygnował z miejsca w zarządzie przez anonimową pogróżkę?
– Damian zrezygnował dla dobra klubu. Powód wizerunkowy był jedynym, przez który podjął taką decyzję. Odnośnie pogróżek: też je dostałam, też byłam szantażowana.
Jakie groźby zawierały te pogróżki?
– Było w nich to, że wyjdą na jaw ni mniej, ni więcej dokładnie takie same materiały, jakie mogliśmy zobaczyć w „Superwizjerze”. Sprawa jest wielowątkowa, ale tym zajmuje się prokurator.
Od kiedy wiedziała pani, że taki reportaż powstanie?
– Wiedziałam praktycznie od samego początku. Na jednym z pierwszym meczów przy Reymonta za mojej kadencji jeden z byłych prezesów klubu powiedział mi, że odzywał się do niego ten pan Jadczak i będzie robił materiał o Miśku.
Trochę to trwało. Czy nie mogliście się…
– Zajęło mu to trochę czasu i przygotował archiwalne materiały z walnego zgromadzenia, w dodatku nieprawdziwe. No, muszę panu powiedzieć, że to imponujące… I zakrył twarz niewinnemu człowiekowi. I powiedział kilka nieprawd, a także prawd, które pasują do z góry powziętej tezy. Dwa lata? To ja bym chyba „Na Wspólnej” nakręciła.
Chciałem zapytać, czy nie mogliście się przygotować na ten reportaż? Jadczak odpalił armaty, Wisła milczała. Dlaczego?
– Uznałam, że lepiej będzie, jeśli będziemy wykonywać konkretne zadania, bo jak zdaje sobie pan doskonale sprawę – tym klubem trzeba zarządzać. Zgoda, że zdarzyło się coś bardzo złego z punktu widzenia wizerunkowego. Natomiast nie można dać komuś satysfakcji takiej, że teraz odstawiamy wszystko i walczymy całymi siłami, bo ktoś nakręcił sobie materiał. Że spotykamy się z dziennikarzami, chodzimy po telewizjach, udzielamy wywiadów, poświęcamy czas na autoryzację tudzież ewentualnie prostujemy to, co zostało przekręcone…

 

Przyjęłam taką taktykę, że trzeba rozmawiać i spotykać się z kibicami i sponsorami. Nie da się oczywiście fizycznie z każdym fanem porozmawiać, ale był tweetup, mamy też newsletter. To obala tezę, że chowam głowę w piasek. Spotkaliśmy się z każdym sponsorem, który sobie tego zażyczył. Większość udzieliła wsparcia, co nas bardzo cieszy. To znaczy, że ludzie nas znają i doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wygląda funkcjonowanie Wisły Kraków – zresztą przecież przychodzą tutaj, widzą nas przy pracy.

Teraz musielibyście odstawiać wszystko, ale skoro wiedzieliście, że taki materiał powstanie – być może warto było prewencyjnie wyjaśnić kilka kwestii?
– To nie było możliwe, bo nie można się przygotować na to, co ktoś powie, jeżeli cały materiał jest oparty na tezie nieprawdziwej. Jak zobaczyłam zakrytą twarz byłego wiceprezesa to wiedziałam, że nie sposób było się przygotować na to. Cokolwiek byśmy nie zrobili, nie przewidzimy konkretnych rzeczy. Była konferencja prasowa w styczniu 2018 roku, na której również był ten pan. Usłyszał, co mam do powiedzenia o domniemanych powiązaniach, więc Wisła zabrała głos w sprawie.

 

Natomiast przewidzieć, że zostanie powiedziane choćby to, że mnie na prezesa wybrała sekcja, która miała większość i mogła przegłosować co chce? Podczas gdy na sali podczas wyboru mnie na prezesa był jeden delegat tej sekcji, w dodatku normalny, prawy obywatel? Przewidzieć, że o wiceprezesie zostanie powiedziane, że kierował jakąś akcją, podczas gdy był wtedy poza granicami kraju? Aż przypomniała mi się historia z niemieckim producentem krzeseł, co to miał przejąć Wisłę. W jednym z wywiadów przedstawiciel tej firmy, Norbert Bernatzky chyba powiedział, że nie pozwoli sobie, by ktoś przychodził do szkoły jego dzieci i je straszył czy nakazywał „wziąć łapy od Wisły”. Dziennikarz przytomnie zauważył, że rozmawiają w okresie wakacji.

Dlatego też po ukazaniu się materiału unikała pani kontaktu z mediami czy dziennikarzami, którzy pisali o Wiśle Kraków?
– Nie unikałam – po prostu podjęłam decyzje o takiej, a nie innej drodze wyjścia z kryzysu. Jestem pyskata, czasem złośliwa, więc w takim momencie „na gorąco” to nie wiem, czy pani rzecznik siłą nie wyciągnęłaby mnie z jakiegoś programu na żywo. Jestem człowiekiem czynu. Pojawiła się trudna sytuacja i musiałam zareagować uspokajając kibiców czy sponsorów. W tym się odnajduje. Zmienił się rzecznik oraz idea polityki medialnej klubu. Nie może być w mojej ocenie też tak, że prezes wyskakuje każdemu z lodówki, a takie miałam w pewnym momencie odczucie.

 

Uprzedzając pytanie: nie obraziłam się na dziennikarzy. Czy oni się obrazili? Po prostu nie przyszli na bankiet. Gdyby się obrazili to oddaliby akredytacje, czego nie zrobią, bo żyją z Wisły i ja się z tego cieszę. Dwa lata żyliśmy w symbiozie i jestem przekonana, że tak będzie nadal. Lista dziennikarzy podpisanych pod tym protestem była długa, a część z tych, którzy się podpisali… nie była zaproszona na tweetup. Bez żadnej złośliwości powiem też, że kibice powiedzieli, iż lepiej jest na takich spotkaniach bez dziennikarzy. Gdy media są obecne na tego rodzaju spotkaniach, monopolizują zarząd czy zaproszonych gości, a teraz fani mieli więcej szans by z nami porozmawiać. Na pewno nie będzie żadnych wojen z dziennikarzami. Szanuję ich pracę i myślę, że mimo wszystko oni szanują moją. Jeśli mają mi za złe – trudno.

Spotkałem się z taką opinią jednego z kibiców Wisły, który napisał: „Wstrząs był potrzebny, bo niektórzy sobie na za dużo pozwalali”. Zgodzi się pani?
– Być może, choć wie pan… Wśród kibiców są różne grupy i nie będę panu opowiadała pierdół. Sprawa jest taka, jaka jest. Były zatrzymania w maju osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa. Pani z CBŚP powiedziała wtedy mniej więcej: „proszę nie łączyć przestępstw popełnionych przez te osoby z jakimikolwiek klubami ”. Jaki jest sens powtarzać to po raz kolejny? Ja rozumiem, że czasem trzeba, ale… Myślę na chłodno, zdroworozsądkowo, nie ekscytuję się takimi rzeczami. Zdaję sobie jednak sprawę, że straty wizerunkowe przenoszą się na inne, więc musimy zrobić wszystko, by ludzie nie stracili do nas zaufania.
Prowadziłam od początku bardzo transparentną politykę otwartości. Taką, że każdy – od dziennikarzy po kibiców – mógł tu wejść, spotykać się, rozmawiać, oczywiście wszystko dostępne w granicach rozsądku. Dowiedziałam się od jednego z dziennikarzy, że to jest niesamowite, jak Wisła jest otwarta i że żaden klub w Ekstraklasie tak wiele nie mówi. Teraz się dowiaduje, że tu działo się coś zupełnie innego. To trochę hipokryzja.

Jak wyglądają finanse i plan klubu na najbliższe miesiące?
– Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że były okoliczności w lipcu związane ze stadionem, które nadwyrężyły nasz i tak skromny budżet. Musimy zrobić wszystko, by go racjonalizować. Przed sezonem zrobiliśmy audyt. To była szybka piłka: ile nam braknie i kiedy? Proszę się oczywiście nie spodziewać, że wyniki tego audytu zostaną opublikowane. Działamy w realiach konkurencji i nie ma takiej możliwości, by nasi rywale poznali szczegółową sytuację klubu, która jest trudna i jeśli nie stanie się to i to, to będzie tak i tak. Poza tym nie do końca chcieć mogą tego nasi sponsorzy czy partnerzy. I nie tylko tego, bowiem w wielu rzeczach mają dużo do powiedzenia. Na przykład czy iść na rąbankę medialną w sprawie „Superwizjera”. Tutaj też ich zdanie było istotne.
Zdecydowali, że nie warto?
– Zdania były podzielone, czasem wynikały z nieporozumień. Na ten moment nie ma jednak powodu do niepokoju. Odnośnie finansów – przypomnę, że jesteśmy jedynym klubem w Ekstraklasie, który jest zarządzany przez stowarzyszenie i nie dostaje ani złotówki od bogatego właściciela, który w każdej chwili może doinwestować klub, pożyczyć czy zrobić cokolwiek. Brzydko mówiąc: ile urobimy, tyle mamy. Płacimy za stadion tyle, ile płacimy, czyli 2,5 mln zł netto rocznie. Nie dostawaliśmy żadnej dotacji od miasta, teraz dopiero podpisaliśmy umowę na 150 tysięcy złotych, które trafią do nas w styczniu. Wraz z Tele-Foniką i firmą bezpośrednio z nią związaną budżet Wisły uszczuplił się o kilka milionów złotych tylko z tego tytułu. Udało nam się to na poziomie mniej więcej 60% „zasypać” , wprowadzając innych sponsorów.
Odnośnie bogatego właściciela i sponsorów: Paul Bragiel wystraszył się kibiców?
– Wystraszył się działań prowadzonych przez tego pana Jadczaka. Paul nie życzy sobie jednak, by go mieszać w tę historię, więc więcej nie mogę powiedzieć.
Nadal jest zainteresowany Wisłą?
– Nie było z jego strony wprost odpowiedzi „nie”. Ale wie pan… Wisła Kraków nie stanie się nagle spokojną oazą gdzieś w lesie ani klubem, który przyciąga na stadion dwustu kibiców jedzących orzeszki. Wiśle potrzeba odważnych ludzi. Tu nie ma miejsca na wahania. Nie można jednego dnia kupić Wisły, a drugiego powiedzieć: „nie, wiesz co, jednak podziękuję, cześć!”. To jest rodzaj odpowiedzialności społecznej. Tak to sobie można zrobić klub gdzieś w dzielnicy czy małym mieście i krok po kroku wchodzić wyżej. Wisłą to nie taka historia, nie taka tradycja, nie taka głęboko zakorzeniona kultura kibicowska. Nie ma takiej opcji. Nie da się tak. I ludzie doskonale o tym wiedzą.
Mocno pani przeżyła ostatnie tygodnie?
– Powiem szczerze, że nie pamiętam już czasów spokojnych. Jestem też nieco innym człowiekiem niż ten, który przyszedł tutaj ponad dwa lata temu. Kiedyś było trochę inaczej, teraz nie odbieram już niczego osobiście. Spotkałam się ze stwierdzeniem po objęciu funkcji prezesa, że wzięcie wtedy tej odpowiedzialności to była duża odwaga. Po dwóch latach muszę przyznać, że to prawda. To była odwaga. Przyszło nam walczyć w warunkach tak trudnych, że nikt wtedy, w sierpniu 2016 r nie mógł ich sobie nawet wyobrazić.
Co zrobiłaby pani inaczej w ostatnim czasie?
– Na pewno szybciej wprowadziłabym zmiany, które zaszły przed sezonem w pionie sportowym. Ale to się łatwo mówi z perspektywy kilku miesięcy, które już minęły, kiedy widzi się efekt tych zmian. W momencie, gdy o tym decydowaliśmy, też było dużo znaków zapytania. No i nie popełniłabym tych błędów, o których powiedziałam wcześniej. Takich błędów z zaniechania.
Maciej Stolarczyk trenerem, wiślacki sztab z Sobolewskim, Kmiecikiem czy Jopem, Arkadiusz Głowacki dyrektorem sportowym. Trzeba przyznać, że to wiślacki majstersztyk.
– Patrząc z perspektywy tego czasu, który upłynął od zmian: mamy fajny team teraz. Lubimy się, spotykamy. Walczymy wszyscy o to samo. O Wisłę. Z pokorą podchodzimy do zwycięstw, ale atmosfera jest wiślacka, rodzinna. To duża wartość. Mamy świetnych kibiców. Przekonałam się o tym po raz kolejny po ostatnim tweetupie, na którym po raz kolejny porozmawialiśmy szczerze o wielu sprawach. Warto dla tych kibiców to robić. Każda grupa fanów Białej Gwiazdy jest świetna. Fajnie, że można tak się spotkać. Smutno byłoby być prezesem, który nie wie, dla kogo to robi. Dobrze wiedzieć, że ci ludzie są naprawdę oddani klubowi. To ogromny kapitał. Nie każdy klub może się takim pochwalić i dziękuję im za to.