Tybura: “Zyskałem popularność dzięki efektownemu nokautowi. Potrzebuję więcej takich akcji!”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Marcinem Tyburą, zawodnikiem UFC, najwyżej sklasyfikowanym Polakiem w kategorii ciężkiej.

Jak się czuje facet, który walczy dla największej federacji mieszanych sztuk walki na świecie i spod klatki otrzymuje środkowy palec od jednej osób? Dużo się o tym mówiło na całym świecie w ostatnim czasie.
Nie widziałem tego w czasie walki. Gdy walczę, to nie patrzę na widownię. Schodząc na przerwę też nie zawsze widzę, co się dzieje za klatką. Nawet gdybym to zobaczył, to zbytnio bym się tym nie przejął. Co innego, jakby to pokazał inny zawodnik. Z drugiej strony – nie mam pewności, czy ta kobieta pokazała go do mnie. Czytałem opinie, że były skierowane do operatora, który cały czas za nią chodził i pokazywał w telewizji. Bardzo jej się to nie podobało.
Ciebie można w ogóle wyprowadzić z równowagi?
Myślę, że tak. Kiedyś na pewno łatwiej, ale od kiedy siedzę głęboko w tym sporcie, to zdenerwować mnie jest znacznie trudniej. Pewnie wynika to z tego, że jestem narażony na głosy kibiców. Gdybym przejmował się wszystkim, co ludzie o mnie wypisują, to pewnie musiałbym dać sobie z tym wszystkim spokój. Obojętnie czego byś nie robił, to zawsze znajdzie się osoba, której nie będzie się to podobało. Która będzie miała zamiar to shejtować. Ja generalnie nie mam z tym dużego problemu, bo na mój temat są raczej pozytywne opinie, ale i tak nie brakuje takich osób, które chcą mi dopiec. Akceptuję konstruktywną krytykę, bo gdy ktoś faktycznie zwraca uwagę na błędy, które popełniam, to nie mam zasady, by się z nimi nie zgodzić. Nie – nie jestem nieomylny.
Byłbyś w stanie zrobić to, co ostatnio Marcin Różalski i jechać do swojego hejtera do domu?
Nie ma takiej możliwości. Moim zdaniem to właśnie oznacza, że ci hejterzy wygrywają. Takimi zachowaniami pozwalają zwrócić na siebie uwagę.
Odpalasz czasami wieczorem internet i czytasz, co o tobie piszą?
Zdarza się, pewnie, że tak. Nie mogę powiedzieć, że robię to codziennie i kontroluję sytuację, ale gdy ktoś wrzuca jakiś filmik, to z ciekawości zobaczę, co ludzie napiszą i czy im się podoba, czy też nie. Staram się pracować nad sobą również jeżeli chodzi o wizerunek medialny. Chcę wypadać lepiej w wywiadach, więc opinie siłą rzeczy analizuję.
Śmieszą cię opinie na twój temat?
Czasami tak. Ludzie, którzy to piszą, mają momentami niesamowite poczucie humoru. Sam lubię wytykać ludziom błędy śmiejąc się i nie mam nic przeciwko, gdy ktoś względem mnie robi to samo.
Twoim zdaniem trzeba być ekspertem z przeszłością zawodniczą, żeby móc krytykować?
To trochę jak w jeździectwie. Dżokej może wypowiadać się na temat jazdy konnej, bo się zna, ale koń już nie. Wychodzę z założenia, że każdy ma prawo się wypowiadać. Nie każdy się na tym zna, ale jeżeli ktoś jest kibicem, przychodzi na gale, płaci za bilety, co w jakimś procencie wpływa też na moją gażę, to może dowolnie o tym dyskutować. Czasami czytam opinie, że ktoś przegrał walkę i musi jechać do Stanów, by tam trenować, bo inaczej jego sukces nie jest możliwy. Nie był jednak nigdy na treningu w żadnym klubie w Polsce i nie wie jak tu się trenuje. Nie trzeba jeździć po świecie, żeby profesjonalnie trenować i stworzyć dobry klub.
Ostatnio spotkaliśmy się na Forum MMA, które odbyło się na Stadionie Narodowym. Tam było kilkaset zawodników. Zdajesz sobie sprawę, że każdy z nich uważa, że zna się na MMA, prawda? Każdy z nich wie, co Tybura zrobił dobrze w walce, a co mu nie wyszło.
Jeżeli oni sobie wypisują swoje opinie w internecie lub dyskutują między sobą, to bardzo dobrze. Chcą być fanami MMA, interesują się tym, więc rozmawiają na takie tematy – proste. Obserwujesz i wyrabiasz swoje zdanie nie na podstawie czyichś opinii, ale bazujesz na tym, co sam zdołałeś zaobserwować. Gorzej, jak spotykam się z fanami i oni wtedy chcą mi doradzać. Zbijamy piątkę, robimy wspólne zdjęcie i zaczyna się: – A w tej walce, dobrze zrobiłeś to… Źle zrobiłeś tamto… To powinieneś zrobić inaczej. Nie zamykam się na konstruktywną opinię, ale mam swoich doradców i ludzi, których słucham. Nie będę bazował na opinii kilkuset osób, tylko zostanę przy tych, z którymi ściśle współpracuję. Gdy te opinie pojawiają się w sieci, to ja nie muszę tego słuchać i czytać. Gdy to robię, to tak naprawdę tylko dlatego, że sam się na to zdecydowałem. Mam na to wpływ. Gdy jednak w miejscu publicznym, przytoczonym przez ciebie Stadionie Narodowym, ktoś mnie zaczepia i prawi, to już dzieje się to wbrew mojej woli. Nie mam na to do końca wpływu. Nie lubię tego, nie czuję się komfortowo.
Myślisz, że Różalowi też doradzają? Mam wrażenie, że ty jesteś w stanie więcej „przyjąć”.
Różal pewnie użyłby niecenzuralnych słów i byłoby po problemie (śmiech). Gdy ktoś mnie zaczepia, jest natrętny i nie daje mi spokoju, to staram się rozwiązać na swój sposób takie sytuacje. Nie zdarza się to jednak tak często, przeważnie kończy się na wspólnym zdjęciu i wymianie uprzejmości. Zazwyczaj podchodzą do mnie tylko ci, którzy mnie lubią i szanują. Hejterzy mimo wszystko swoje zdanie wolą wyrażać w komentarzach na forum.

Jak ty żyjesz z mediami? Portali, które zajmują się MMA jest w naszym kraju bardzo dużo. Dzwonią do ciebie, chcą z tobą gadać?
Dzwonią, ale bardzo często umawiają się ze mną przez menadżera. Paweł Kowalik, który doskonale zna te środowisko, zajmuje się tymi sprawami, choć nie zawsze wszystko przechodzi przez jego ręce. W kwestii umówienia się na wywiad daję mu dowolną rękę i on podejmuje decyzję, czy z kimś rozmawiamy, czy też nie. Gdy ktoś do mnie się zgłasza, to konsultuję to oczywiście z Pawłem, ale nie mam problemu, by z kimkolwiek pogadać. Nie o wszystkim mogę mówić, bo czasami są informacje, których nie mogę pierwszy wyjawić. Mówie chociażby o nazwisku kolejnego rywala na UFC. Na samą rozmowę zawsze jestem otwarty.
Paweł Kowalik wie o tym, że siedzimy i robimy wywiad?
Tak, ale dowiedział się w sumie przez przypadek. Zadzwoniłem do niego w innej sprawie i powiedziałem, że spotykam się z dziennikarzem od was z portalu. Nie miał nic przeciwko.
Masz podpisaną umowę z UFC, że nie możesz pewnych rzeczy mówić? Czy to po prostu są niepisane zasady?
Niepisane. UFC karze swoich zawodników, gdy ci podają pewne informacje szybciej niż oni to zrobią. Amerykańska federacja bardzo dba o promocję zawodników, przykłada wszelkie możliwe starania, by ta ich polityka kreowania każdego z nas przebiegała wedle ściśle określonego planu.
Gdybyś powiedział coś na temat swojego rywala przed zielonym światłem i napisałby o tym któryś z polskich portali, to oni by się dowiedzieli?
Nie wiem, może by się nie dowiedzieli, ale zdarzały się sytuacje, gdy któryś z zawodników napisał przedwcześnie takiego newsa na Twitterze. Oficjalka od nich miała wyjść w piątek, a on to napisał w poniedziałek. Wtedy UFC karze takie osoby. Nie wiem, czy finansowo, mimo że tak słyszałem, ale na pewno są pouczenia. Takie zachowania nie są przez nich tolerowane.
Rozmawiasz z portalami, które nieprzychylnie pisały na twój temat?
Gdy ktoś wypowiedział się konstruktywnie, ale nieprzychylnie na mój temat, to nie mam z tym żadnego problemu. Gdy jednak ktoś dzwoni do mnie i chce, żebym mu coś powiedział, zastrzega, że nie puści tego w obieg szybciej, niż ja go o to prosiłem, po czym to robi, to traci zaufanie i rozmawiać z nim nie chcę. Nie zachowuje się fair, więc nie mamy o czym gadać.
Muszę przyznać, że obejrzałem kilka wywiadów z tobą i za każdym razem przewijają się te same, banalne pytania. Jest coś, o czym ty nigdy nie opowiadałeś, a uważasz, że nadaje się do sprzedania?
Nikogo nie zainteresowało nigdy, że jestem rolnikiem. Nie tylko wywodzę się z takiej rodziny,ale mam ponad dziesięć hektarów ziemi i często na niej pracuję. Nigdy tego nie podłapał.
Wstydzisz się o tym mówić?
Nie, a czemu miałbym się wstydzić?
Niektórzy sportowcy nie chcą pokazywać siebie. Swojej rodziny, domu rodzinnego, tzw. prywaty.
Nie lubię wpuszczać kamery do siebie, ale była kiedyś taka sytuacja, że przyjechała ekipa nakręcić materiał o mnie i pokazałem im swój dom rodzinny. Nie miałem z tym większego problemu.
Młody chłopak miał kompleksy, że jego rodzina zajmuje się rolnictwem? Dzisiejsza młodzież nie do końca to rozumie.
Ja nie wstydziłem się o tym mówić. Wiesz, nie całe życie byłem zawodnikiem UFC. Zawsze byłem normalnym chłopakiem, który pomagał rodzicom i nie poradził sobie na studiach.
Co studiowałeś?
Mechanikę i budowę maszyn. Trudny kierunek, nie poradziłem sobie z matmą. Później jednak udało się zdobyć wykształcenie. Następnie mieszkałem w Anglii i nie żyłem w Polsce, nie siedziałem tylko w Unijowie. Gdy wróciłem, to ojciec przekazał mi całą ziemię, które teraz jest moją własnością. Nie potrafiłbym się teraz zupełnie od tego odciąć, zwłaszcza, że teraz są takie czasy, że nie trzeba codziennie siedzieć na miejscu i pracować na polu, tylko tymi obowiązkami zajmować się raz na jakiś czas. Traktuję to jako fajną odskocznię od tego, czym dzisiaj się zajmuję. Z resztą, który facet nie lubi czasami wsiąść do dużej maszyny i nią pojeździć? No właśnie. Ja też wsiadam czasami za kółko i jeżdżę.
Rodzice nie namawiali cię do tego, żebyś porzucił sport i zajął się tylko gospodarką?
Nie, nigdy mnie do niczego nie namawiali, Nie zmuszali mnie, nie ograniczali moich zainteresowań czy pasji. Nie robili tego nawet w momencie, gdy na tym nie zarabiałem lub wręcz musiałem dokładać do interesu. Gdy miałem wyjazd na obóz czy zawody, to wszyscy w domu zawsze byli za tym, żebym jechał i nie przejmował się tym, że w domu jest dużo pracy i przydałbym się na miejscu. Mimo tego, że mamy również restaurację, rodzinny biznes, wokół którego też trzeba pomóc. Każde ręce są potrzebne do pracy, ale moje zainteresowania nie było przez to przez nikogo ograniczane.
Powiedziałeś o dokładaniu do interesu. Jak długo zawodnik MMA musi inwestować w siebie i nie zarabia na sporcie?
Bardzo długo. Dochodzi w pewnym momencie do sytuacji, gdy zastanawia się, czy warto w to dalej brnąć. Czy warto jest się dalej w takim stopniu angażować w MMA, czy może lepiej jest się poświęcić na co innego, dzięki czemu będzie się miało regularny przypływ gotówki. U mnie zbawienne okazało się… rolnictwo. Tak, rolnictwo. Dzięki temu, że pracowałem u siebie, to nie miałem problemu z tym, żeby wyskoczyć na trening czy pojechać na sparing. Gdybym wychodził z domu o 8, a wracał o 17, to mógłby to być spory problem. Radziłem sobie z tym jednak, nie miałem co narzekać.
Ile dokładałeś do interesu?
Trudne pytanie. Myślę, że z pięć lat. W pewnym momencie zacząłem zarabiać na wygranych galach tysiąc złotych plus pięć stów za wygranie walki. Dojazdy, przygotowania, odżywki i całą resztę musiałem już jednak zorganizować we własnym zakresie. Wychodziłem na zero, więc kasy zbyt dużej z tego nie było. Dopiero gdy wygrałem Grand Prix Global w M1, to zarobiłem sporo kasy. Wtedy poczułem, że dla takich pieniędzy warto się było poświęcić.
O jakich pieniądzach mówimy?
O kilkadziesięciu tysięcach złotych.
Czyli już ładna kasa.
Dokładnie. Pamiętam, gdy wygrałem z Adamem Wieczorkiem, który niedawno dostał się do UFC. To była gala w Chorzowie o ile się nie mylę i sponsor pozyskał dodatkowe fundusze dla zawodników, to za zwycięstwo otrzymałem pięć tysięcy złotych. To też było sporo kasy w tamtych czasach.
Co z taką kasą zrobił Marcin Tybura?
Zainwestowałem. W sprzęt, w dalszy rozwój. W Uniejowie, koło tej naszej restauracji, jest wolne pomieszczenie. Zbudowałem tam klatkę, wyłożyłem ją matą. Można tam normalnie trenować. Wtedy zakupiłem sprzęt, którym było można ją chociaż w jakimś stopniu wyposażyć.

12

Komentarze