Trudna przeprawa Kownackiego i zaskakujący werdykt

Wysłuchał owacji i tumultu biało-czerwonych kibiców, usłyszał cztery zwrotki polskiego hymnu i ruszył na Chrisa Arreolę. Ten, na którego walkę czekano w środku polskiej nocy niemal jak na Andrzeja Gołotę. Wygrał wysoko na punkty, choć rozmiary zwycięstwa mogą zaskakiwać - łatwo Adamowi Kownackiemu nie było...

Jak już wywołaliśmy Gołotę do tablicy – „Babyface” (jeszcze?) nie ma takiej legendy wokół siebie, ale walki zaczyna zdecydowanie lepiej. Nie warto wychodzić na herbatę, kiedy zaczynają się jego pojedynki – ale nie dlatego, że po przyjściu możemy oglądać go oszołomionego na deskach, a dlatego, że możemy przegapić ciekawe kombinacje, które mogą ustawić walkę albo nawet ją zakończyć.

Początek walki zwiastował szybkie jej zakończenie, które ostatecznie nie nastąpiło. Choć obaj pięściarze sprawiali wrażenie jakby wiedzieli, po co wyszli do ringu – by się bić.

W pierwszej rundzie lepszy był Kownacki, chociaż Arreola na wiele ciosów nie pozostawał dłużny. „Wojna na wyniszczenie” – powiedział w drugiej rundzie komentujący ten pojedynek Andrzej Kostyra i trudno mu odmówić trafnego spostrzeżenia. Taki scenariusz mógł nas w zasadzie cieszyć, bo w takich realiach Kownacki czuł się dotąd znakomicie. Choć przetrwany pierwszy szturm nieco zbił go z tropu…

W okolicach czwartej rundy można było się nieco obawiać – Polak był trochę bardziej leniwy, ciężko oddychał w narożniku po trzeciej rundzie. Walka z Arreolą od początku była traktowana jako „łatwiejsza przeprawa po trudnych wyzwaniach”. Takie podejście samo w sobie jest mocno niebezpieczne. Jeśli zabrakło dokręcenia śruby w przygotowaniach, pojawiły się momenty rozluźnienia – to zwykle wychodzi w ringu bezlitośnie.

Przegrane czwarte starcie na pewno nie było w planach. Każdy, kto spodziewał się szybkiego rozprawienia będącego na skraju kariery Arreoli mógł się rozczarować.

Od początku piątek znów rozpoczął wojnę, choć trochę zwlekał z egzekucją. Kownacki swoimi ciosami sprawiał, że Arreola zaczął gasnąć w oczach, ale po nałożeniu Amerykanina o meksykańskich korzeniach na talerz go nie konsumował. Aż prosiło się w niektórych momentach o dociśnięcie pedału gazu i przejechanie mety, która wydawała się oddalać.

Arreola umiejętnie skracał dystans i układał walkę pod siebie. Kownacki wraz z kolejnymi rundami nie bombardował rywala ciosami tak, jak nas do tego przyzwyczaił. Walka miała dobre tempo, ale soczystych strzałów nie było wiele. Amerykanin wytrzymywał ciosy Polaka, urywał kolejne rundy, a także wykorzystywał brak koncentracji i niezbyt szczelną obronę Kownackiego.

W dziewiątej rundzie „Babyface” trafił, ale znów zabrakło wyraźnego pójścia za ciosem. Arreola przeżywał kryzys i mamy wrażenie, że gdyby Kownacki nie wniósł na ring aż tylu kilogramów (11kg więcej niż w walce ze Szpilką) – to dawno byłby już po walce.

Bardzo dużym ułatwieniem dla Polaka w końcówce walki był z pewnością uraz Arreoli, który w ostatnich rundach walczył właściwie jedną ręką – aż przypomniała się walka z Tomaszem Adamkiem sprzed lat. Swoją lewą ręką nie mógł stworzyć żadnego zagrożenia Kownackiemu, a jednocześnie Polak nie kwapił się do wykorzystania tego handicapu. Mało tego: w końcówce walki był słabszy.

Brakowało kondycyjnego przygotowania, brakowało charakterystycznej dla Kownackiego lawiny ciosów – czyli czegoś, czym ujął Polaków i sprawił, że w środku nocy wstali na jego walkę. Najważniejsze jednak, że nie zabrakło osiągnięcia celu. Wygrana na punkty – bardzo wysoka, bo w rozmiarach 118:110 czy 117:111. Chyba nieco za bardzo, bo osiągnięta w bólach, bez położenia rywala na deski chociaż raz, ze słabą końcówką, ale jednak skutecznie. W następnych walkach musi być jednak lepiej, jeśli marzymy o pierwszym biało-czerwonym mistrzu świata w wadze ciężkiej…

Bonus do 1500PLN na start
Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.