Tomasz Adamek zakończył sportową karierę i więcej w ringu już go nie zobaczymy. Nie będzie pożegnalnej walki, nie będzie ostatniego pojedynku pod publikę i łatwego zwycięstwa wieńczącego wspaniałą karierę sportową. "Albo wszystko, albo nic" - nawet w tej kwestii Adamek trzyma się zasad, które wyznaczył sobie 20 lat temu.

Za co Adamkowi dziękuję?

Przede wszystkim – za normalność. Dwukrotny mistrz świata, gość, który dwa razy był na szczycie, do samego końca swojej kariery pięściarskiej pozostał sobą. Nie było sodówki, nie było tracenie kontaktu z bazą. W świecie, w którym wątpliwej jakości sportowcy robią z siebie wielkie gwiazdy, Adamek nigdy nie chciał błyszczeć na salonach. Skromny i pracowity – nie tandetny i szukający atencji – „Góral” z pasem mistrzowskim nie różnił się w niczym od „Górala” przegrywającego ze Szpilką. Nastrój nieco inny – to oczywiste – ale podejście do pewnych spraw takie samo. Sukcesy i wielkie pieniądze nie popsuły Adamka, co w sporcie nie jest regułą.

Za to, że Adamek stał się naturalnym następcą Andrzeja Gołoty. Pamiętam październikową noc w 2005 roku, gdy czekałem na mistrzowski pas Gołoty w wadze ciężkiej. To Adamek wtedy zachwycił, stał się polskim ambsadorem wielkich ringów zza Oceanem. Patrząc na dzisiejsze realia i obecność biało-czerwonych w Ameryce, była to wartość unikatowa, bo poza Adamem Kownackim, który w ojczyźnie ani razu nie wystąpił, reszta naszych pięściarzy w USA odgrywa tylko epizody. Adamek nie tylko tam boksował, ale również walczył i wygrywał zdobywając mistrzowskie pasy.

Za to, że pokazał w swojej pierwszej, naprawdę wielkiej walce, że nie ma rzeczy niemożliwych. Złamany nos przed walką, odnowiona kontuzja już na jej początku. Wielu sportowców dałoby sobie spokój. Adamek z kontuzją jednak potrafił boksować, potrafił przezwyciężyć ból i w jednej z najlepszych walk w historii polskiego boksu wyjść zwycięsko. Dla mnie, dla kilkunastoletniego wtedy chłopaka, była to lekcja, że nie ma rzeczy niemożliwych, a upór i niesamowita determinacja są w stanie zdziałać cuda. Dziś odnoszę wrażenie, że takich ludzi jest coraz mniej.

Za to, że dla Adamka nie było rywala, z którym ten nie wyszedłby do ringu. Dużo większy, mocniejszy i silniejszy Witalij Kliczko? Nie ma problemu. O ponad 40 kilogramów cięższy Jarrell Miller? Okej, możemy boksować. Nie było człowieka na świecie, którego bałby się Adamek. Nie było wybierania rywali, nie było analizowania, nie było strachu przed porażką. Były nudne frazesy, że „szybki Adamek wygra z każdym”. Biorąc pod uwagę jednak całą karierę… tak było. Gdy największy atut „Górala” zawodził, zaczynały się problemy. Gdy „speed” był, Adamek schodził z ringu zawsze z tarczą.

Za to, że Adamek nie chciał bawić się w nabijanie rekordu i bycie niekwestionowanym czempionem w kategorii cruiser. „Góral” mógł być królem w junior ciężkiej, obijałby wszystkich jak leci. Przeszedł jednak do kategorii ciężkiej i mógł być pierwszym w historii zawodnikiem, który będzie rządził w trzech najcięższych dywizjach. Ktoś powie: poszedł za kasą, tam płacą dużo lepiej. Okej, zgoda. Ale dlaczego inni nasi zawodnicy nie zdecydowali się na takich ruch?

Za to, że Adamek dostarczał niesamowitych emocji. Briggs, Ulrich, Cunnigham, Arreola. Te i wiele innych walk kibice będą wspominali długimi latami. Funky Polak na wejście, kilka taktów jego słynnej piosenki i wszyscy wiedzieli, że dzieje się coś niesamowitego. Adamek przez ostatnie 13 lat regularnie dostarczał nam tego, do czego przyzwyczaił nas Andrzej Gołota, a czego inni nasi pięściarze, mimo sporych osiągnięć, nie potrafili w nas zaszczepić.

Za to, że sama końcówka kariery Adamka w dużej mierze miała miejsce w Polsce. Każdy kibic mógł jechać na jego walkę, mógł zobaczyć go z bliska i poczuć emocje, które „Góral” daje podczas swoich pojedynków. Adamek był otwarty na dziennikarzy. Sam byłem na jego treningu, miałem przyjemność zrobić wywiad, porozmawiać, wypić kawę. Wcześniej Adamek był trochę bohaterem ze szklanego obrazu. Walczył gdzieś bardzo daleko, trzeba było wstać nad ranem w niedzielę, żeby zobaczyć jego zmagania. Ostatnie kilkadziesiąt miesięcy jednak to już obecność „Górala” w Polsce, który wizerunkowo bardzo na tym skorzystał. Na sam koniec bowiem jego kariery sportowej okazało się, że trochę nieznajomy wcześniej pięściarz jest wesołym i uśmiechniętym człowiekiem, który boks traktuje jako swoją największą pasję i który dobrze się przy tym bawi.

Tomku, za dwa tytuły mistrzowskie, wygrane walki, ale i te porażki, które wyjątkowo bolały. Za te zarwane noce, piosenkę na wejście, złamany nos z Briggsem i wiarę w marzenia. Za powrót ze sportowej emerytury i oszukiwanie zegara biologicznego. Za wiarę, która góry przenosi i ambicje, by być pierwszym, który trzy razy wśród najcięższych pięściarzy będzie mógł się cieszyć z wielkich tytułów.

Za to wszystko, dziękuję!

 

„LV BET ZAKŁADY BUKMACHERSKIE POSIADA ZEZWOLENIE URZĄDZANIA ZAKŁADÓW WZAJEMNYCH WYDANE PRZEZ MINISTRA FINANSÓW. UDZIAŁ W NIELEGALNYCH GRACH HAZARDOWYCH MOŻE STANOWIĆ NARUSZENIE PRZEPISÓW. HAZARD ZWIĄZANY JEST Z RYZYKIEM.”