Tokio nie ma, ale też jest… nieźle

W miniony weekend polskie siatkarki definitywnie straciły szansę awansu na igrzyska olimpijskie w Tokio. W półfinale turnieju kwalifikacyjnego przegrały z Turczynkami i choć po porażce w tie-breaku jest wielki żal i niedosyt, to mimo wszystko ostatnie miesiące spędzone z tą kadrą pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Gdy w sierpniu reprezentacja Polski przegrała ostatni mecz rozgrywanego we Wrocławiu turnieju kwalifikacyjnego na IO w Tokio z Serbią (1:3) jasne się stało, że podopieczne Jacka Nawrockiego ostatnią szansę na awans dostaną w styczniu. Do Apeldoorn zjechały się inne europejskie ekipy, którym wcześniej nie udało się wywalczyć promocji do Japonii – w tym takie potęgi kobiecej siatkówki, jak Holandia, Turcja czy Niemcy.

Polki fazę grupową zaczęły dobrze, bo od zwycięstwa z Bułgarią. W drugiej kolejce miały się zmierzyć z gospodyniami turnieju, czyli Holenderkami. Biało-czerwone nie były więc faworytkami tego starcia, ale zagrały koncertowo, wykorzystały słabszą dyspozycję przeciwniczek i triumfowały 3:1. A już przy stanie 2:0 było wiadomo, że awansują do półfinału. Ostatni mecz grupowy z Azerbejdżanem – również zwycięski – spowodował, że w kolejnym etapie trafiliśmy na Turcję.

I to spotkanie do pewnego momentu także wyglądało jak piękny sen.

Podopieczne Jacka Nawrockiego prowadziły już 2:1 w setach i w czwartej partii miały… aż pięć piłek meczowych! Niestety Turczynki broniły w sytuacjach wręcz beznadziejnych, do tego zachowały więcej zimnej krwi i skuteczności w ataku. Nie tylko uciekły spod topora we wspomnianym czwartym secie i go wygrały, ale też triumfowały w tie-breaku, a tym samym awansowały do finału, w którym notabene rozbiły Niemki 3:0.

Tym samym droga do Tokio zamknęła się przed Polkami. Tuż po sobotniej porażce można było znaleźć liczne komentarze krytyczne wobec naszej drużyny, która przecież finał miała w zasięgu ręki (i to pięć razy!), niemniej gdy emocje nieco opadły, udało się na całą sprawę spojrzeć nieco chłodniejszym i trzeźwiejszym okiem. I nie da się ukryć, żal jest wielki, bo drużyna Nawrockiego była bardzo blisko, ale nawet w przypadku awansu do finału musiałaby jeszcze wygrać i w nim, co po takiej morderczej i wyniszczającej wojnie z Turcją nie byłoby wcale sprawą oczywistą. Po drugie nawet ta porażka nie zmieni raczej sympatii, jaką kadra siatkarek zdobyła sobie w ostatnich miesiącach.

Z kobiecą siatkówką w naszym kraju jest trochę jak z męską piłką ręczną. W obu przypadkach po latach niepowodzeń do reprezentacji musiał przyjść trener, który poukładał wszystkie klocki i podniósł drużynę z kolan (w przypadku siatkarek był to Andrzej Niemczyk w 2003 r., w przypadku szczypiornistów – Bogdan Wenta w 2004 r.). W obu przypadkach po odejściu tych selekcjonerów ich następcom trudno było nawiązać do sukcesów poprzedników, choć z małymi wyjątkami (brąz ME w 2009 roku siatkarek pod wodzą Jerzego Matlaka, czy brąz MŚ w 2015 roku szczypiornistów i trenera Michaela Bieglera). Ale koniec pewnego pokolenia zawodniczek/zawodników zwiastował koniec ery w drużynie narodowej. Właśnie w takiej sytuacji drużynę siatkarek przejął Jacek Nawrocki (w 2015 roku).

Po brązie mistrzostw Europy 2009 Polki na imprezach tej rangi prezentowały się przeciętnie, słabo, albo w ogóle, bo nie udało im się wywalczyć awansu na MŚ 2018. Od ostatniego medalu do 2019 roku ich największym osiągnięciem było 5. miejsce na ME 2011. Ale po kilku latach praca Nawrockiego z kadrą zaczęła przynosić efekty. I przełomem był właśnie ubiegły rok, kiedy to nasze siatkarki najpierw świetnie zaprezentowały się w Lidze Narodów (awans do Final Six i ostatecznie 5. miejsce), a później jeszcze lepiej wypadły na mistrzostwach Europy, bo awansowały do strefy medalowej. Tam jednak przegrały zarówno półfinał, jak i mecz o brąz i uplasowały się ostatecznie na 4. pozycji, choć w kraju potraktowano to jako duży sukces.

I właśnie te pozytywne emocje, jakich dostarczyły siatkarki powodują, że trudno mieć do nich pretensje o brak awansu na igrzyska.

Po pierwsze na turnieju olimpijskim zagra zaledwie 12 drużyn, z czego tylko cztery z Europy. Po drugie Polki do końca jak lwice walczyły o kwalifikację z faworyzowanymi przeciwniczkami. Po trzecie do rywalizacji w Apeldoorn przystępowały w dość dziwnym momencie, bo po głośnej aferze związanej z trenerem Nawrockim i chęcią zwolnienia go przez zawodniczki. Wreszcie po czwarte mając na uwadze, gdzie ta kadra była jeszcze rok czy dwa lata temu, nie można mówić o rozczarowaniu. Tak jak pisaliśmy wcześniej – żal jest, bo on zawsze się pojawia przy przegranych w takich okolicznościach, ale jest też duma z postawy zespołu i wiara w jeszcze lepsze jutro.

Bo pamiętajmy, że to drużyna wciąż bardzo młoda, którą stać na wiele, a w kolejnych latach może być tylko silniejsza. To drużyna, w której prym – wydawałoby się od bardzo dawna – wiedzie Malwina Smarzek-Godek, która ma dopiero 23 lata. To drużyna, do której bez najmniejszych kompleksów weszła Magdalena Stysiak i już w wieku 19 lat jest jej absolutnie czołową postacią. To drużyna, przed którą przyszłość stoi otworem. Naprawdę, tutaj może być tylko lepiej. Dla większości z tych dziewczyn przegrane kwalifikacje do Tokio to dopiero początek, preludium do wielkich karier. I jesteśmy niemalże przekonani, że nadejdą dla nich jeszcze lepsze chwile, niż te, których doświadczyły w 2019 roku. Np. związane z awansem na igrzyska, a może nawet z medalem olimpijskim. I przegrany turniej w Apeldoorn w żadnym stopniu tego nie zmienia.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem