Filip Dylewicz: Cały czas cisnę tych obcokrajowców, ale…

593 spotkania w Polskiej Lidze Koszykówki, 7 tytułów mistrza Polski, występy w reprezentacji kraju. Mało kto wie o rodzimym baskecie więcej, niż Filip Dylewicz, który właśnie przygotowuje się do swojego kolejnego sezonu ligowego. Ze skrzydłowym Trefla Sopot rozmawialiśmy o poziomie rozgrywek w Polsce, reprezentacji, obcokrajowcach w TBL oraz… „małym Dylu”. Zapraszam.

Jakieś 6-7 lat temu podczas naszej rozmowy stwierdziłeś, że „nie można całe życie ganiać za pomarańczą”. Tym czasem od tamtego czasu sporo już minęło, a Ty…wciąż biegasz za pomarańczą. A ludzie wciąż jeszcze chcą to oglądać.

Filip Dylewicz: Z jednej strony to miłe i fajne, z drugiej ten czas tak szybko leci, a ta pomarańcza tak wysysa czas z życia, że w zasadzie połowa życia minęła już na uganianiu się za nią i ocieraniu o innych, spoconych zawodników (śmiech). To trochę przerażające, że to tak szybko mija i to jest chyba największy minus tego, że za tą pomarańczą się biega. Ale robię to co kocham, robię to on wielu lat i w dodatku sprawia mi to olbrzymią przyjemność. A przede wszystkim, sprawia to przyjemność ludziom, którzy przychodzą dopingować nie tylko mi, ale i drużynie. To motywuje mnie do tego, żeby jeszcze tą iskierkę w sobie znaleźć i powiedzieć sobie , że jeszcze można. Poza tym dopóki na boisku nie boję się nikogo, nie czuję respektu do rywali przeciwko którym gram, nie myślę sobie „o Dylu, ten koleś jest kozakiem i zje cię na śniadanie” to nie ma powodów, żeby kończyć.

Jak czujesz się przystępując do dwudziestego sezonu w karierze? Jest różnica między pierwszym, dziesiątym czy dwudziestym sezonem?

FD: Dla mnie każdy jest taki sam. Nie rozmyślam nad tym ile mam lat, który to sezon i w którym roku się urodziłem.

Chociaż czasem jak słyszę rozmowy w szatni i mówią, że ktoś urodził się w 2000 roku… A on ma już 17 lat! (śmiech). Masakra! To jest zabawne, ale staram się, żeby chłopacy nie czuli spinki i czuli się w szatni swobodnie. Michał Kolenda mówi na mnie na przykład „Dziadzia”.

Ale to wszystko jest w takim pozytywnym znaczeniu i to też dobrze obrazuje to, że jesteśmy jednością, drużyną i absolutnie PESEL nie wpływa na to, jak się czuję. Dla mnie kolejny sezon to po prostu kolejne wyzwania, kolejny cel, który trzeba zrealizować.

Artur Siódmiak kiedyś wspominał, że pod koniec kariery bez tabletek przeciwbólowych miał problemy z wejściem po schodach, w jednym z wywiadów Sebastian Świderski stwierdził, że voltaren to najlepszy przyjaciel siatkarza. A Ty jak się czujesz wstając rano z łóżka?

FD: Moim przyjacielem jest olfenik (śmiech). Odpukać w niemalowane – naprawdę sporadycznie używam tego typu rzeczy. Chociaż czasami rzeczywiście, ciężko bez rozgrzewki wstać z kanapy. Taki ból nie trwa jednak długo. Każdy ma jakieś dolegliwości, z którymi walczy, my zawodowi sportowcy oczywiście mamy ich więcej, bo „profesjonalny sport to zdrowie”. W każdym razie nie – na szczęście póki co, bez mocniejszych medykamentów.

Filip Dylewicz w Treflu Sopot rozegrał już 15 sezonów

Nie zamieram oczywiście kończyć Twojej kariery sportowej, ale chciałem się spytać, czy zastanawiałeś się już o tym, co będziesz robił jak przestaniesz grać, o „życiu po życiu”? Zostaniesz przy koszykówce?

FD: Na pewno chciałbym. Jest to dyscyplina, dla której poświęciłem większość swojego życia. Sądzę, że to jednak nie jest tak do końca zależne ode mnie, będę trzymał kciuki, żeby znalazło się miejsce, w którym mógłbym zostać i pomagać, w którym moje doświadczenie przełożyłoby się na lepsze funkcjonowanie Trefla Sopot, bo Trefla mam tu oczywiście na myśli. Nie ukrywam, że to jest moje miejsce, tutaj wyrosłem, miałem największe sukcesy i dzięki Kazimierzowi Wierzbickiemu i Jackowi Karnowskiemu, którzy stworzyli takie miejsce nad naszym pięknym polskim morzem, miałem przyjemność grać z największymi gwiazdami Europy. Moi koledzy z szatni to byli czołowi gracze Europy, przyjeżdżały tu czołowe kluby europejskie i to było coś pięknego. Jeśli chodzi o moją przyszłość, ja na razie koncentruje się na tym, co robię na dzień dzisiejszy. Chciałbym mieć ułożony plan w głowie, ale może nie urodziłem się z tym czymś, żeby już sobie coś planować. Ale jestem spokojny, pozytywnie nastawiony do życia i uważam, że co ma być, to będzie, a najważniejsze to cieszyć się życiem i iść do przodu.

Może jak Adam Małysz, weźmiesz się za rajdy samochodowe. Podobno interesujesz się motoryzacją. Masz garaż jak Mayweather? Jak to wygląda?

FD: To moja pasja, zaraził mnie tym najpierw Michał Hlebowicki, potem Kordian Korytek. Chyba w całej lidze jestem największym maniakiem czterech kółek. Z jednej strony kocham to bardzo, ale z drugiej też przeklinam, bo motoryzacja wiążę się z tym, że nie myśli się o ważniejszych rzeczach, tylko o tych, które sprawiają przyjemność. Natomiast teraz już wyhamowuję powolutku, wracam na ziemię, zmieniają się priorytety, chociaż na każdy wyjazd wciąż biorę pięć gazet.

Grzebiesz w silnikach, jeździsz na imprezy motoryzacyjne?

FD: Lubię to i to. Co do grzebania w silnikach to trochę nie mam na to czasu, ale chyba też i wiedzy, chociaż wiem, jaka jest ich konstrukcja, wiem, jak działają i jak to wszystko wygląda. Biorąc od uwagę wiedzę moich kolegów to uważam się za olbrzymiego znawcę (śmiech). Może w przyszłości rzeczywiście bym wziął udział w jakimś rajdzie? To niegłupie – trzeba tylko jeszcze znaleźć sponsora.

Wróćmy do kosza. Gdy odnosiłeś największe sukcesy Trójmiasto było koszykarską stolicą Polski, w zasadzie jeszcze nie tak dawno temu na derby przychodziło tu po 10 tysięcy osób. Teraz te akcenty przysnęły się bardziej na zachód kraju. Taka kolej rzeczy?

FD: Jak by nie spojrzeć, poziom całej ligi idzie w niedobrym kierunku. Tylko te nowe ośrodki, jak Toruń, Ostrów, czy Szczecin, gdzie jest zupełnie prywatny inwestor, gwarantują, mowa o finansach, adekwatne środki jeśli chodzi o poziom ekstraklasy. Często zapominamy, i mnie to trochę denerwuje, że cały czas się powtarza, że kluby są biedne, nie mają pieniędzy, nie mają z czego płacić. Ale potem jak się słyszy, że proponują zawodnikowi X czy Y kwoty na poziomie średniej krajowej, nie myśląc o tym, że zawodnik pracuje 7 dni w tygodniu, nie ma świąt, nie ma wyjazdów i innych rzeczy, które ma normalny człowiek, a cały czas musi być w stuprocentowej dyspozycji, jednocześnie reprezentując najwyższy poziom w danej dyscyplinie w kraju. To nie wygląda dobrze. Nawet jeśli spojrzeć na te dyscypliny, które są wyżej w hierarchii, bo oglądalność jest tu takim kryterium, ile środków kluby mogą przeznaczać na zawodników, to koszykówka niestety jest gdzieś daleko. Nie oszukujmy się, od 5-6 lat to wszystko pikuje pionowo w dół. Może najwyższy czas, żeby to wszystko się odwróciło i wróciło na właściwe tory. Cieszę się, że ta tendencja nastała bliżej ku schyłkowi mojej przygody z koszykówką, a nie gdzieś tam w połowie.

Filip Dylewicz ostatni raz w reprezentacji Polski wystąpił w 2013 roku

To wpływa także na wyniki reprezentacji? Czy Polska naprawdę znajduje się poza szesnastką najlepszych drużyn w Europie?

FD: Na pewno reprezentacja jest taką wytyczną co my, jako naród, w danej dyscyplinie sportu znaczymy. Od wielu, wielu lat sukcesów w tej reprezentacji nie ma, a na mistrzostwach znów było to samo: jesteśmy najmocniejsi od lat, poradzimy sobie… Gdyby tak było, na pewno całej dyscyplinie by to pomogło. Nie zapominajmy jednak, że większość z reprezentantów nie gra nawet w polskiej lidze. Jak by się zastanowić, znaleźć pozytywy, to cieszę się, że rynki zagraniczne otwierają się na polskich graczy, gdzie jeszcze kilka lat temu, przed wyjazdem Adama Waczyńskiego, Mateusza Ponitki czy Damiana Kuliga nikt nie interesował się Polakami. Teraz ten trend się zmienił i możemy znaleźć chyba pięciu w ACB (liga hiszpańska – przyp. MF), Damian gra w Turcji, Czyż we Włoszech. Także to obrazuje, że Polacy potrafią grać, ale żeby grać na najwyższym poziomie reprezentacyjnym i walczyć z takimi drużynami, jak teraz na Eurobaskecie, to gracze z naszej ligi muszą być na tym samym poziomie co ci grający za granica. A jeśli spojrzymy na PLK, to niestety nie ma tutaj graczy pokroju Gurovicia, Maskoliunasa czy innych, który zdobywali mistrzostwo Euroligi i grali w wielkich klubach.

Mamy graczy, którzy przyjeżdżają prosto po uczelni i traktują naszą ligę jako odskocznię do swojej kariery, a nie jako miejsce, w którym chcą zostać na dłużej i podnosić swoje umiejętności i poziom sportowy. Nie oszukujmy się, ale nie ujmując nic graczom, którzy nas odwiedzają, po uczelni to taki koszykarz może szybko biegać, wysoko skakać, ale na pewno nie jest to gracz, który będzie znacząco podnosić prestiż i poziom całej ligi.

To nie jest tak, że właśnie ci zawodnicy blokują miejsce młodym Polakom? Trefl jest takim ewenementem, bo tych wychowanków promuje, ale to jedno z niewielu takich miejsc w Polsce…

To jest kolejny, bardzo głęboki temat. Można zrozumieć też presję wywieraną na klubach, na sponsorach. Presję wyniku. Trzeba zdać sobie sprawę z jednego – czy chcemy odbudować koszykówkę, poświęcić na to dwa-trzy lata teoretycznie zaniżając poziom, dając szanse młodym, polskim zawodnikom, czy dalej brnąć w to, co mamy? To brnięcie trwa przez ostatnie 3, 4, 5 lat i widać, że to nie jest właściwy kierunek. Może dobrym pomysłem byłoby przyhamowanie napływu zawodników z innych krajów i pomoc w rozwoju tym naszym młodym Polakom. Tak samo fajnie byłoby dać szansę młodym, polskim trenerom, a przystopować napływ szkoleniowców zza granicy. To też wcale nie jest dobre dla całej ligi. Fajnie byłoby, gdyby powrócić do czasów, gdy w składach byli tacy zawodnicy jak świętej pamięci Adam Wójcik, „Zielony”, Tomczyk, gdzie mieliśmy dwóch dobrych Amerykanów i dwóch innych zagraniczniaków. Mogli grać po 40 minut, ale reszta, ta polska ósemka czy szóstka musiała walczyć, wiedziała, że dostanie swoje szanse i musiała na to zapracować. Teraz sztucznie szukamy przepisów, mówiących ile Polaków musi grać. To odbija się czkawką nam wszystkim.

Kto w tym sezonie powalczy o medale i o co zagra twój Trefl?

FD: Czołówka będzie raczej bez zmian, myślę, że Ostrów może nawet pokusić się o finał. Myślę, ze Stelmet przede wszystkim bardzo dobrze wygląda personalnie, a mistrz Polski będzie chciał udowodnić, że są na absolutnym topie. Nowy szkoleniowiec i ciekawa drużyna są w Toruniu. Anwil po porażce w pierwszej rundzie play offów poprzedniego sezonu będzie z pewnością chciał osiągnąć dużo więcej. Czy sponsorzy i zaplecze finansowe na to pozwolą to się okaże. A my? Chcemy walczyć o to, żeby wygrać jak najwięcej meczów. Deklaracje deklaracjami, możemy mówić, że walczy o play off. Ale Marcel Ponitka z Asseco też mówi play off, King Szczecin – chcemy play off, Polpharma mówi to samo. I tak wszystkie zespoły, które grają w Ekstraklasie (śmiech). Mamy realne szanse, mamy fajnego trenera, ciekawe pomysły, dobrze wyglądamy w obronie, dzielimy się piłką w ataku, myślę, że to będzie zupełnie inny Trefl niż w zeszłym sezonie.

Filip Dylewicz i Karlis Muiznieks

A jak oceniasz powrót do ligi takiej ekipy jak Legia? Coś ciekawego, dobrego dla polskiego kosza?

FD: Myślę, że tak. Im więcej powrotów, im więcej tych ekip w elicie to na pewno coś dobrego, natomiast fajnie, gdyby takie powroty czy awanse przekładały się na poziom sportowy. I ponownie wraca nam to błędne koło. Budżety, sponsorzy. Chcemy, ale nie możemy. Polacy chcą za dużo pieniędzy, a potem nie dźwigają presji. A potem przyjeżdża pięciu średniej klasy zawodników zza granicy i oni są filarem drużyny.

Cały czas cisnę tych obcokrajowców, ale uważam, że ostatnie 5 lat pokazało, czy ten przepis się sprawdził. Według mnie – nie sprawdził się w ogóle i może nadszedł czas, żeby coś zmienić. Czy na lepsze? Nie wiem, czy może być gorzej, frekwencja spada na łeb na szyję, telewizja nie jest w ogóle zainteresowana, liga nie ma prezesa, liga nie ma sponsora, kluby muszą udźwignąć wiele kosztów związanych z samym występem w Ekstraklasie, więc jest dużo rzeczy, które można poprawić. Może nadszedł czas, żeby ludzie, którzy kiedyś byli w wielkiej koszykówce zaczęli ciągnąć za sznurki.

Powtarzam, że nie zamierzam tu kończyć twojej sportowej kariery, ale słyszałem, że niewykluczone, że nazwisko Dylewicz niekoniecznie zniknie z polskiego sportu wraz z tobą. Podobno twój syn…

FD: Mały Dylu jest tylko sportowy! Mały Dylu nie rysuje kredkami, nie układa klocków, nie bawi się w piasku. Mały Dylu zawsze chodził na kręgielnie, chciał rzucać do kosza, grał w piłkę, siatkówkę, wszystko na sportowo. Myślę, że genetyki się nie oszuka. Od razu dodam, że to nie jest żaden nacisk rodziców i spełnianie niespełnionych ambicji ojca. Ja sportowo jestem spełniony w zasadzie w stu procentach, także cieszyłbym się, gdyby poszedł w moje ślady. Chociaż może lepiej, gdyby był doktorem habilitowanym albo profesorem, a nie biegał za spoconymi kolegami i ocierał się nosem pod pachami (śmiech).

Na koniec powiedz , czego można ci życzyć przed tym sezonem?

FD: Zdrowia, najważniejsze jest zdrowie. To oczywiście numer jeden. Jak to będzie, reszta przyjdzie sama, całą resztę można wypracować.

Tego ci życzę. Dziękuję za rozmowę !

Rozmawiał Michał Faran

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem