Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Time-out. Rafał Augustyn: Trening w oku cyklonu

Rafał Augustyn to wielokrotny mistrz Polski w chodzie sportowym, multimedalista na dystansach 20 i 50 kilometrów, od lat zawodnik ścisłej światowej czołówki. Poznaliśmy się podczas…wesela, a konsekwencją naszej luźnej rozmowy stał się ten wywiad, w którym Rafał opowiada o morderczych treningach, swojej opinii o PZLA, nadchodzącej rewolucji w chodzie sportowym oraz cyklonie Irma, który podczas jego pobytu szalał na Kubie. Zapraszam!

Mieliśmy okazję poznać się i porozmawiać podczas wesela Ani i Przemka, których zresztą z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy. Wybawiłeś się, byłeś królem parkietu, ale gdyby termin imprezy szczęśliwie nie zbiegł się z końcem sezonu, to z zabawy do białego rana raczej byłyby nici?

Rafał Augustyn: Czy byłem królem parkietu, to nie wiem (śmiech)…

Powiedzmy, że takim nie koronowanym.

RA: Można się z tego trochę śmiać, ale fajnie, że dobrze to wyglądało. Wybawiłem się z żoną. Rzeczywiście, akurat był okres po zakończeniu sezonu i można było sobie na to pozwolić, nawet trzeba było! Bo ta rutyna, ciągłe odkładanie imprez, czy to rodzinnych, czy z przyjaciółmi, jest przykre. A kiedy sezon zasadniczy się kończy, jest czas na regenerację, jest czas na nadrabianie tych zaległości i wtedy biorę się za to i to solidnie (śmiech).

Rafał Augustyn – czołowy chodziarz świata.

Można powiedzieć, że uprawiasz najpopularniejszą dyscyplinę sportu na ziemi. Z prawie 7,5 miliarda ludzi chodzi pewnie 99% z nich. Żałujesz czasem, że mimo tego chód sportowy nie jest tak medialny, jak mógłby być ?

RA: Dobrze to określiłeś, że na świecie jest tak duża liczba „zawodników”, oczywiście różnego typu. Troszeczkę jest to niedoceniona konkurencja, na pewno. Jest bardzo wymagająca i ciężka, techniczna, sędziowie także mają możliwość pokrzyżować plany zawodnikom. Pomimo bardzo ciężkich przygotowań i wielkiej ilości litrów potu przelanych na treningu. Bo to cała masa wyrzeczeń, jak u każdego sportowca, jest rytm, planowanie, długie treningi. Podobnie jak długie dystanse, ponieważ ja startuje najczęściej na 50 kilometrów. Trwa to długo i być może to jest też taką przyczyną.

Ludzie potrzebują mocnych bodźców, adrenaliny, lubią, kiedy coś się dzieje. Dyscypliny które trwają długo, jak maraton czy chód sportowy, nie są aż tak widowiskowe, tam w jednej chwili wszystko się nie zmieni. Z drugiej strony na dystansie 50 kilometrów, jeśli ktoś doczeka do trzydziestego czy trzydziestego piątego, to tam dopiero zaczyna się dziać.

Wszystko może się zdarzyć, ten kto jest pierwszy, może być ostatni i na odwrót. Wówczas ten wyścig staje się mega ciekawy.

Czy będąc w czołówce światowej można z tego wyżyć?

RA: Generalnie, jeśli chodzi o finansowanie, to jeśli jesteś czołowym zawodnikiem świata, a ja przez długie lata nie wypadałem nigdy z najlepszej dwudziestki czy piętnastki świata, to chwilami bywa mimo wszystko ciężko Ale jeśli jesteś w tym ścisłym topie, w najlepszej ósemce, to wtedy dostaje się stypendialne wsparcie z ministerstwa naszego kraju (Rafał Augustyn podczas ostatnich Mistrzostw Świata w Londynie był siódmy – przypis MF). Będąc poza ósemką mistrzostw świata, Europy czy igrzysk olimpijskich, trzeba mieć wsparcie indywidualnych sponsorów lub sobie dorabiać. To, że dyscyplina nie jest aż tak medialna, przekłada się również na gaże. Nie są one oczywiście porównywalne z tymi zarabianymi przez najlepszych sportowców, nie będę już tu nawet wspominał o piłkarzach, tenisistach czy przedstawicielach innych dyscyplin. Jeśli jest wsparcie, czy to klubu, czy na przykład miasta, da się związać koniec z końcem, a czasem nawet coś odłożyć, ale nie są to kokosy.

Należysz do czołówki światowej, ale podobno zanosi się na zmianę w przepisach, dzięki czemu możesz być w niej jeszcze wyżej – zdradź trochę szczegółów.

RA: Nawiązałeś tutaj do kwestii wprowadzenia czujników kontaktu z podłożem. Są dwa eliminujące zawodnika błędy w chodzie sportowym. Jednym z nich jest oderwanie obu nóg od podłoża (wg przepisów – jedna noga cały czas musi mieć kontakt z podłożem – przypis MF). Kiedy obie nogi są ugięte w kolanie, jak podczas biegu, jest taka krótka faza „lotu” i to jest błąd. Ja jestem zawodnikiem ciężkim, ze względu na anatomię i uwarunkowania i mam ten kontakt praktycznie cały czas. I prawdę mówiąc, tracę na tym, dlatego muszę na treningach analizować, jak mogę chodzić jeszcze bardziej ekonomicznie, lżej, bo bardzo „kleję się” z podłożem. Gdyby czujniki zostały wprowadzone, byłoby to dla mnie na duży plus. Być może udałoby się osiągnąć jeszcze wyższe pozycje, a może nie jeden raz sięgnąć jeszcze po medal wielkiej imprezy. Wszystko jest możliwe dzięki ciężkiej pracy i determinacji.

Rozmawiając z czołowym chodziarzem świata po prostu trzeba spytać o Roberta Korzeniowskiego (po prawej, po lewej – autor wywiadu)

Rozmawiając z czołowym chodziarzem świata wprost nie sposób nie wspomnieć o Robercie Korzeniowskim… Kim był i jest dla ciebie czterokrotny mistrz olimpijski?

RA: Robert był fenomenem sam w sobie. Sportowiec, który w uprawianej przez siebie konkurencji zdobywa cztery złote medale olimpijskie jest z pewnością osobą, do którego wyników każdy chciałby się przynajmniej zbliżyć. Jest to bardzo trudne, dyscyplina idzie do przodu, mamy rozwój medycyny i techniki, trzeba trafić też w swój dobry moment. Robert jest taką osobą, do której mogę starać się nawiązać. Dążyć do tego, żeby zdobyć to, co on. To bardzo ciężkie, bo jego czasy, jego osiągnięcia są póki co w moich marzeniach. Każdy sportowiec marzy o medalu olimpijskim, a co dopiero o złotym. A co dopiero o czterech złotych!

Był dla Ciebie inspiracją? Jak zaczynałeś, on odnosił już swoje największe sukcesy.

RA: Rzeczywiście, kiedy zaczynałem, Robert już zdobywał te swoje laury, mimo, że wówczas było na świecie kilku rewelacyjnych chodziarzy z którymi rywalizował. W okresie, kiedy wchodziłem już do kadry młodzieżowej, czyli byłem tak naprawdę seniorem, to te dwa-trzy lata trenowałem z Robertem Korzeniowskim, chociaż on oczywiście był dużo mocniejszy, więc traktował nas jako sparingpartnerów. Jak jeden nie dawał rady, to ścigał się z następnym i tak dalej. Tak więc ścigałem się z nim na Mistrzostwach Polski, czy na obozach, jak dawałem radę. Kiedy odszedł na sportową emeryturę zostawił nam bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę. Ciążyło na nas wówczas takie brzemię, że skoro on nam pokazał, że można, to teraz musimy się starać, żeby mu dorównać, albo chociaż do jego osiągnięć nawiązać. Ciągła presja osiągnięcia tak wysokiego miejsca.

„Z żywiołem nikt jeszcze nie wygrał” – Rafał trenował na Kubie, kiedy szalał tam cyklon Irma.

Jak trenowało się w oku cyklonu i jak człowiek czuje się, będąc tak blisko szalejącego żywiołu?

RA: Powiem szczerze, że z naturą nikt jeszcze nigdy nie wygrał i raczej nigdy nie wygra. Jest to nieobliczalna siła. Razem z żoną byłem na Kubie na początku września, po Mistrzostwach Świata. Po dwóch, trzech dniach treningów nadciągnął cyklon Irma, największy w historii, tak przynajmniej mówiły osoby, które tam mieszkają. Tak wielkich zniszczeń i powodzi jeszcze tam nie widzieli. Nie było łatwo, chociaż w Hawanie trenowałem na deptaku Malecon, ponieważ tam jest świeże powietrze, znajduje się zaraz przy morzu, a na Kubie jest całą masa bardzo starych samochodów, które z ekologią nie mają zbyt wiele wspólnego. Tam, nad wodą, było najczyściej, ale woda zaczynała wzbierać.

Fala sięgała 2, 3, w końcu 5 metrów, dwa dni przed uderzeniem cyklonu policja zamknęła deptak i zakazała tam trenować. Więc…trenowałem między blokami. Czy to chodziłem chodem sportowym, czy czasem biegałem, gdy krawężniki, stare chodniki czy jeżdżące samochody przeszkadzały, bądź było bardzo ciasno.

Po powrocie z Kuby miałem jeszcze jeden start komercyjny w Szanghaju, czterodniowy, bardzo wymagający, ale z czasem musiałem przestać w ogóle trenować, chociaż starałem się podtrzymywać organizm w tym trybie wykonywania wysiłku. Później kolejno były latające dachówki, spadające gzymsy czy nawet całe balkony. Zdarzało się, że zawalały się całe kamienice i wówczas było już naprawdę bardzo niebezpiecznie. Przestałem wówczas trenować, schowaliśmy się w tej kamienicy w której mieszkaliśmy, wychodziliśmy tylko zakupić jakiś prowiant. Cyklon przyszedł do Hawany w środku nocy, a po nim zostały już tylko zniszczenia, pełno wody, czasami nawet po pas i o żadnym treningu nie było już mowy. Usuwanie skutków tak wielkiego cyklonu to masa pracy. Zawalone ogromne drzewa i całe budynki, kontenery rzucone przez wiatr między kamienice. Wystarczy pomyśleć, jak to utrudnia zwykłym ludziom w normalnym funkcjonowaniu, a co tu dopiero mówić o treningu.

Hawana po przejściu cyklonu Irma – zdjęcia z prywatnego archiwum Rafała Augustyna.

Czułeś się bardziej zagrożony, niż gdybyś był sam? Wiem, że czułeś odpowiedzialność za żonę.

RA: Zawsze tak jest, kiedy jest się z kimś. W nocy, kiedy nadszedł ten cyklon, schowaliśmy się w domu, zabezpieczyliśmy okna i żona poszła spać, a ja czuwałem. Gdy wybiło nam okno, staraliśmy się to załatać jakoś z właścicielem tego mieszkania, potem drugie okno poszło. Byłem przygotowany i spakowałem najbardziej potrzebne rzeczy, paszporty, trochę ubrań i prowiantu do plecaka, gdyby trzeba było się ewakuować tej kamienicy.

Nie wiem gdzie byśmy poszli, ale byłem gotowy, czułem się za nas dwoje odpowiedzialny. Kiedy jest się z bliską osobą, z rodziną, to jest ta dodatkowa mobilizacja. Sądzę, że każdy na moim miejscu też by miał to na uwadze.

Dobrze mieć w domu własnego terapeutę manualnego? Mimo, że jesteś 100% profesjonalistą, z żoną ponoć nie ma zmiłuj w pewnych kwestiach?

RA: Dla sportowca mieć w domu fizjoterapeutę, to coś bardzo dobrego, czasami wręcz wspaniałego. Z drugiej strony Aneta pracowała przez lata z kadrą damskich zapaśniczek i wie, co to twarda ręka (śmiech).

Czasami szczerze mówiąc wolałbym, żeby jakiś ból mięśnia przeszedł sam, ale ona doskonale wie gdzie ucisnąć,  co zmanipulować czy nastawić, ale wtedy jest to ogromny ból… Natomiast jej dodatkowe umiejętności, czy to z klawiterapią czy igłoterapią suchą, czy tak zwanymi katami są bardzo bolesne, ale naprawdę niesłychanie skuteczne.

Oczywiście nie zawsze mam żonę pod ręką. Po obozach, na których trenuje solidnie dwa, czasem z treningiem uzupełniającym nawet trzy razy dziennie, przyjeżdżam taki zmęczony, bo po prawidłowo przepracowanym zgrupowaniu człowiek jest mega zmęczony. Wówczas jest ten tydzień, żeby odżyć, tak to wygląda. To przychodzi falami: ciężka praca, odpoczynek, potem następuje superkompensacja. Właśnie wówczas mogę liczyć na Anetkę. Oczywiście różnie się to układa, czasem się po prostu mijamy podczas zawodów czy zgrupowań, podczas gdy ona zalicza kolejny kurs, żeby podnosić swoje kwalifikacje i umiejętności. Niemniej, zawsze mogę na nią liczyć. Czasem się boję, czy poprosić, żeby mnie postawiła na nogi szybko, czy może wolniej, mniej inwazyjnie i mniej boleśnie (śmiech).

Rafał z Anetą – żoną, najwierniejszym kibicem oraz…fizjoterapeutą zawodnika.

Od kilkunastu lat jesteś członkiem kadry narodowej – jak wygląda i jak wyglądała kiedyś sytuacja w PZLA? Tak bez słodzenia, obiektywnie, bez popadania ze skrajności w skrajność?

RA: Ja nigdy nie miałem problemów z moim Związkiem. Wiem, że są osoby skrajnie negatywnie nastawione do PZLA, ale tak jest chyba w każdym polskim związku. W moim przypadku, przez te kilkanaście lat, bo do kadry zostałem wcielony w 2003 roku. Czasami można mieć zastrzeżenia do trenerów, za to, że kogoś tam bardziej faworyzowali, ale mnie to na szczęście nie dotknęło. Zresztą, od 2010 trenerem kadry jest mój brat, Krzysztof, i z nim najbliżej współpracuje. Zresztą na ten okres przypada największy progres moich wyników. Obiektywnie rzecz biorąc nie mogę narzekać na Związek, miałem możliwość przygotowywania się w dobrych warunkach do tych moich najważniejszych startów w poszczególnych latach. Wiadomo, że czasem mogą być jakieś zgrzyty i one w moim przypadku też się zdarzały, ale nie chce tego teraz uwydatniać, bo w pewnym sensie , w danym czasie wyjaśniłem sobie taki czy inny problem. Oczywiście wielu zawodników miało jakieś żale, że ktoś nie został powołany, albo źle potraktowany mimo jego sukcesów na arenie międzynarodowej, które siłą rzeczy potem spływają na Polski Związek Lekkoatletyki. Ja nie miałem takich problemów, często podsumowując sezon dziękowałem Związkowi za wsparcie. Oczywiście, porównując się z zawodnikami z niektórych państw, są tacy, którzy mają o niebo lepiej. Są jednak i tacy, którzy mają dużo gorzej…

W tym sezonie na Mistrzostwach Świata w Londynie zająłeś 7 miejsce, jak sam przyznałeś, byłeś z niego bardzo zadowolony. Jakie plany i cele na najbliższy sezon?

RA: W tym momencie jestem jeszcze w sanatorium, gdzie korzystam z różnego typu zabiegów i nie trenuję. Ale już czuję poniekąd taki głód treningu, a to dobra rzecz. Kiedy człowiek jest przemęczony, musi złapać trochę odpoczynku, świeżości i poczuć ten głód. Przed kolejnym sezonem, który zaczyna się niedługo, dosłownie zaraz po sanatorium, już wdrażam się do treningu, takiego ogólnorozwojowego, wprowadzającego. Będzie obóz w COS w Zakopanem, później, prawdopodobnie w grudniu, pojadę do Portugalii, przygotowywać się pod kątem coraz dłuższych treningów. To taka ucieczka w cieplejsze strony, bo u chodziarzy to bardzo ważne, żeby nie było śniegu i lodu. Grozi to bardzo poważną kontuzją, często przewlekłą, która może wyeliminować nawet z całego kolejnego sezonu. Jeśli chodzi o starty, w przyszłym roku mamy Mistrzostwa Europy w Niemczech oraz Puchar Świata w Szanghaju. W tym miejscu, w którym startowałem ostatnio w bardzo trudnych warunkach. Dlatego jeżdżę od 3-4 lat do tych Chin w różnych porach roku i sprawdzam, jakie tam są warunki czy to w maju, czy we wrześniu. Zawsze jest gorąco, zawsze jest wilgotno. Sprawdzam, ile dni przed zawodami przyjechać, żeby się zaaklimatyzować. W każdym razie w tych dwóch imprezach, Mistrzostwach Europy i Drużynowych Mistrzostwach Świata będę chciał powalczyć o tą ścisłą ósemkę, finał, a jak się da, to nawet o medal. Wiem, że jestem wiele wart, oby tylko zdrowie dopisywało, mój wiek, 33 lata…

…Wytrzymałość rośnie z wiekiem

RA: Dokładnie. To wszystko jest na plus. I jeszcze doświadczenie. Wszystko składa się w jedną całość. Jeszcze brakuje czasem tego jednego czynnika, który jest bardzo ważny.

Trzeba mieć szczęście. Trzeba idealnie trafić w dany dzień. Można być przygotowanym idealnie, ale taki długi dystans nie wybacza żadnego błędu. Wszystko musi zagrać, kiedy idę vabanque, a zazwyczaj idę vabanque na tych największych imprezach, bo mam aspiracje, żeby zajmować wysokie miejsca.

Jeśli coś nie zagra, wtedy jest słabiej. A jak wszystko się uda, wtedy jest bardzo dobrze.

Rafał niebawem rozpocznie przygotowania do nowego sezonu.

To powiedz na końcu czego ci życzyć? Tego szczęścia, czy może jednak wprowadzenia nowinek regulaminowych?

RA: Obie te rzeczy bardzo by się przydały (śmiech). Na początku 2018 roku pojadę jeszcze do Australii, żeby wzorem minionych lat dobrze przygotować się do tej zasadniczej części sezonu, ewentualnie coś zmodyfikować w tym procesie, który uważam, że był na bardo wysokim poziomie. A więc oby dopisywało dobre zdrowie, bo nie boję się ciężkiej pracy, a jeśli dojdzie do tej zmiany w przepisach, to tak jak zauważyłeś, czy sam już tu wspomniałem, to byłoby to dla mnie na duży plus. No i odrobinę szczęścia. Bo jak wykonasz ogromną pracę, przemierzysz tysiące kilometrów, marszem, chodem, na wielkiej częstotliwości i przy dużych obciążeniach, to później jesteś pewny siebie i na zawodach powtórzysz to bez problemu. I wówczas właśnie przyda się ta odrobina szczęścia.

Tego ci życzę, dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał Michał Faran