Można rozprawiać długo (i po raz kolejny) na temat wielkości Lionela Messiego. Ten uśmiech Antonio Conte, który kręcił głową z niedowierzaniem po meczu i mówił kilka pełnych podziwu słów w kierunku nieziemskiego Argentyńczyka, mówi wszystko. Na Camp Nou, oprócz batalii o ćwierćfinał Ligi Mistrzów, rozgrywało się jednak inne spotkanie, które kibice Barcelony wygrali w wielkim stylu.

Nie chodzi rzecz jasna o skrojenie komuś flagi, obicie mordy na ustawce czy wypełnioną ostrymi szpilkami w kierunku rywala oprawę. Chodzi o moment, w którym na plac gry wchodzi Andre Gomes. Portugalczyk, krytykowany z absolutnie każdej strony i absolutnie zasłużenie, pojawia się na boisku. Gdy ostatnio z niego schodził, został mocno wygwizdany, a reakcji tej ostro sprzeciwił się golkiper Blaugrany, Marc-Andre Ter Stegen:

Teraz, gdy portugalski środkowy pomocnik zmieniał Segio Busquetsa, kibice wstali z miejsc i oklaskami przywitali swojego piłkarza. Skąd ta nagła zmiana? Andre Gomez udzielił niedawno mocnego wywiadu, w którym po prostu się otworzył. Powiedział wszystko to, co czuje. I właśnie za tę szczerość został nagrodzony:

Nie czuję się dobrze na boisku. Nie cieszę się tym, co robię. Przez pierwsze pół roku było całkiem dobrze, ale później wszystko się zmieniło. Być może to nieodpowiednie słowo, ale mój pobyt tutaj przerodził się w swego rodzaju piekło, a powodem jest presja, którą odczuwam coraz bardziej z każdym kolejnym dniem. Gdy towarzyszy ona całej drużynie, to nie mam z tym problemu, ale kiedy dotyka mnie, to jest źle. Najgorzej jest w trakcie meczów. W czasie treningu potrafię się odprężyć, choć też nie zawsze. Czasem nie potrafię zapomnieć o meczu, który rozgrywałem dzień wcześniej, przez co nie idę do przodu – wyznał pomocnik w rozmowie z magazynem „Panenka”.

– Więcej niż raz nie chciałem wychodzić z domu. Ludzie na ciebie patrzą… Boisz się wychodzić na ulice, wstydzisz się. Moim przyjaciele mówią, że za często zaciągam hamulec i zamykam się w sobie. Nie potrafię pozbyć się złych emocji, frustracji. Z nikim nie rozmawiam, nie chcę nikomu przeszkadzać. Czuję wstyd. Koledzy z zespołu bardzo mi pomagają, ale sprawy nie układają się tak, jakby chcieli – podkreślił.

Fani mogli zareagować na taki szczerzy wywiad dwojako: uznać, że Gomez jest po prostu za słaby mentalnie na tak wielki klub, jak Barcelona, albo zrobić to, co robić powinien każdy prawdziwy kibic: wspierać. Niektórym wydaje się, że jak kupią bilet, koszulkę i wymalują buzię w klubowych czy reprezentacyjnych barwach – to mogą się nazwać prawdziwymi fanami. Wolno im wszystko, a jeszcze więcej im się należy. Tak nie jest.

Nie chcę tutaj pisać definicji prawdziwego kibica, tak jak nie czułbym się na siłach rozmawiając o tym, kto jest na przykład prawdziwym patriotą, Polakiem czy człowiekiem. To nie jest sprawa zero-jedynkowa, jednowymiarowa, ale z pewnością mogę stwierdzić, że postawa roszczeniowa do prawdziwości nikogo nie przybliża.

Wsparcie od kolegów z drużyny niekiedy nie wystarcza.

Kibic powinien wspierać. Kupując bilety czy gadżety wspiera finansowo, ale to tylko jedna z gałęzi pomocy klubowi, na którym – tak przynajmniej wynika z deklaracji – bardzo nam zależy. Druga sprawa to kwestie mentalne. To nieustanny doping, to słowa otuchy dla piłkarza, a czasem rzecz jasna krytyka. Trzeba jednak tą ostatnią oddzielić od gnojenia bądź robienia we własne gniazdo.

Krytykujemy, żeby pomóc.

Niektórzy każdy wyraz krytyki przyjmują jako atak, ale na to wpływu nie mamy. Można zarzucić klubowi, że nie robi tego czy tamtego – ale nie po to, by wytknąć go palcem przy innych, a by ten czy inny aspekt został naprawiony. Aby po głośnym zwróceniu uwagi ów element poprawiono, a w efekcie w klubie „żyło się lepiej”. Podobnie z piłkarzami. Nie raz pewnie zdarzyło ci się, że jednego z piłkarzy swoich klubów nazwałeś leniem, grubasem, obibokiem, nadającym się tylko na opał kawałkiem drewna.

Jeśli robisz to po to, by poczuć się lepiej – jesteś frustratem, który swoje żale i złości powinien wylewać w środku lasu albo w zamkniętym pomieszczeniu. Zakładam jednak, że w większości przypadków tak nie jest. Krytykujesz, bo chcesz dobrze. Mówisz: „Iksiński, grubasie, weź się za siebie, bo biegasz jak wóz z węglem” po to, by gość uświadomił sobie: może zamiast lodów zjem dzisiaj brokuły? Może zamiast wyjść wcześniej z treningu, zostanę i poćwiczę strzały na bramkę?

Może to utopijne, może nie. Ale „hejt” na piłkarza nie zawsze jest oznaką pustej irytacji. Często ma to głębsze podłoże.W przypadku Andre Gomesa z opcji „pomoc” fani bordowo-granatowych na całym świecie przeszli jednak na „gnębienie”. Kolejne głosy o tym, że pomocnik Barcelony do niczego się nie nadaje, że jest za słaby na ten klub, że nigdy nie powinien tu trafić – niczego nowego nie wnosiły, a wręcz sytuacje pogarszały. Do tego momentu, aż piłkarz postanowił wylać swe depresyjne myśli w wywiadzie dla „Panenki”. Na całe szczęście, bo karuzela szydery i hejtu nie zatrzymałaby się do ostatniego dnia jego pobytu w jednym z najpiękniejszych miast świata.

Kiedy zmieniał dziś Busquetsa i wchodził na boisko, kibicowaliśmy mu tak, jak dawno żadnemu nieznajomemu nam piłkarzowi.

Liczymy, że się otrząśnie, złapie pewność siebie i udowodni, że nikt nie przysnął podsuwając mu kontrakt do podpisania. Na dobrą sprawę musimy sobie uświadomić: dlaczego mamy go jako człowieka obrażać, gnoić, gnębić? Przecież to facet, który osiągnął coś, o czym marzy kilkaset milionów ludzi na świecie. Gra w jednym z najlepszych klubów świata, między innymi wraz z takim kosmitą, jak Leo Messi. Ile osób będzie w stanie coś takiego powiedzieć wnukom na emeryturze?

Cesc Fabregas nie pokazał się z dobrej strony dawnej publiczności.

Bo że Messi jest kosmitą – o tym nie trzeba pisać, bo napisano już wszystko. Chociaż może trzeba? Może nie wolno pozwolić na to, by taki geniusz i maestria prezentowana w niemal każdym meczu spowszedniała? Podobały nam się dzisiaj tweety Andrzeja Twarowskiego, który w swoim stylu pisał:

Doceniajmy coś, co na pierwszy, drugi i setny rzut oka jest oczywiste. Raz, że na szczyt wdrapać się łatwiej, niż na nim zostać, a Messi spogląda na resztę świata z najwyższego jego punktu już od dekady. Dwa, że tylko wtedy będzie można docenić taki występ, jaki zanotowała dziś – pomimo dotkliwej porażki – drużyna Chelsea. Londyńczycy walczyli, ale mieli jeden feler: patrzyli na ten mecz tak, jak zwykli piłkarze.

Głowy futbolistów gospodarzy sprawiały natomiast wrażenie, jakby obserwowały wszystko z ostatnich rzędów Camp Nou. Niesamowite, ile ci ludzie w bordowo-granatowych strojach widzą w trakcie meczu. Tak, jakby grali nie na murawie, a gdzieś w osobnym pomieszczeniu na konsoli. Jak na taką przewagę Barcelony, londyńczycy zaprezentowali się świetnie – zwłaszcza Hazard, który jako jedyny mógłby wywalczyć sobie miejsce w pierwszym składzie FCB, ale na ten mecz dojechali także i Willian, i Alonso, i Kante. Kibice z Londynu żałować mogą jedynie, że nie dojeżdżały do siebie nogi Thibault Courtoisa. Być może wtedy kwestia awansu nie byłaby tak odległa.