W sporcie często o zwycięstwie decydują detale. I to zarówno tym na najwyższym, światowym poziomie jak na każdym innym szczeblu rywalizacji. Nie ulega wątpliwości, że w niektórych dyscyplinach rywalizujące ze sobą drużyny bądź sportowcy prezentują bardzo zbliżone umiejętności oraz poziom przygotowania organizmu do wysiłku. Wówczas języczkiem u wagi jest to, co w głowie. O zwycięstwie bądź porażce decyduje „mental”.

Jak wielką różnicę może zrobić sam sposób podejścia do rywalizacji, przekonanie o własnej wyższości pokazuje cała historia sportu, a potwierdzają to wydarzenia ostatnich dni.

Bezradny jak Arka w derbach

4 punkty w 10 kolejkach ligowych przed derbami zdobyła Lechia Gdańsk. Na ten dorobek składało się okrągłe zero zwycięstw, cztery remisy i sześć porażek. Podopieczni najpierw Adama Owena, a następnie Piotra Stokowca regularnie kopali się po czole, grali beznadziejnie, na ich postawę na boisku patrzyło się z mieszanką odrazy i niesmaku. Arka z kolei miała za sobą całkiem udany fragment rozgrywek, w analogicznym okresie zdobyła 12 oczek, wygrała między innymi z Legią Warszawa i Górnikiem Zabrze. Wyniki były na tyle korzystne, że wygrana z lokalnym rywalem dawała gdynianom szansę na występy w grupie mistrzowskiej. I jak wiemy, tę szansę koncertowo zaprzepaściła. Dominują głosy, że w pierwszej połowie w ogóle nie wyszła na murawę.

Gdy przychodzi do meczów derbowych, Arka jest bezradna. Lechia bezradna bywała ostatnio w każdym inny meczu / fot. Cyfrasport

Każdy, kto śledzi Ekstraklasę obiektywnie oceni, że w ostatnich tygodniach to Arka byłą lepszą drużyną. Zawiodła więc strefa mentalna. Zespół Leszka Ojrzyńskiego spalił się z powodu oczekiwań, jakie wobec niego miało całe miasto? A może w jednej i drugiej głowie w kluczowym momencie zaświtała myśl „cholera, znowu przegramy”, bo o ile historyczny bilans spotkań Arki z Lechią oscyluje koło remisu, to w Ekstraklasie jest dla żółto-niebieskich fatalny? A może w pamięci wciąż mieli bramkę strzeloną przez Flavio Paixao w doliczonym czasie gry jesiennych derbów w Gdyni? Wówczas Arkowcy wyglądali na przemotywowanych, zamiast grać w piłkę wdali się w bijatykę. W rewanżu odwrotnie – grali tak, jakby najedli się valium. Widać było natomiast, że Lechia na boisko wychodzi jak po swoje, z diametralnie odmiennym nastawieniem. Podejście „zawsze z nimi wygrywamy, jak się przełamać, to właśnie teraz” widoczne było w poczynaniach gdańszczan. Nie umiejętności, nie taktyka, nie przygotowanie fizyczne były tutaj kluczem do zwycięstwa.

Gdy urodzony zwycięzca przegrywa

Można zacząć niepokoić się tym, jaka przyszłość czeka Joannę Jędrzejczyk. Niepokonana w 14 walkach polska mistrzyni UFC w końcu znalazła pogromczynię w osobie Rose Namajunas. Przegrała z nią także w rewanżu. Co dzieje się z umysłem urodzonego zwycięzcy, gdy doznaje pierwszej porażki? Oby odpowiedzią na pytania nurtujące Polkę nie był przypadek jej rówieśniczki, Rondy Rousey, która jak wiadomo nie potrafiła się otrząsnąć po porażkach. Kariera byłej gwiazdy UFC dobiegła tym samym końca. JJ z dnia na dzień nie zapomniała, jak się walczy, 30 lat to także nie jest taki wiek, żeby zegar biologiczny bił na alarm, a Namajunas to nie ten rozmiar kapelusza, żeby na lata zawładnąć kategorią słomkową. Problem tkwi więc w głowie. Niezłomna pewność siebie została w którymś momencie nadwątlona, zaczęły się pojawiać wątpliwości. „A może wcale nie jestem najlepsza?”, czyli pytanie które być może bardziej lub mniej świadomie zadaje sobie Polka, ważniejsze jest niż buńczuczne zachowanie. To tylko poza. Eksperci mówią, że Aśka jeszcze się podniesie, że jeszcze wróci na szczyt, bo tam jej miejsce. Czy tak będzie rzeczywiście? Przekonamy się. Co ciekawe, derbowe porażki Arki z Lechią oraz Joanny Jędrzejczyk z Rose Namajunas zbiegły się w czasie. Naszej mistrzyni radzimy kolejne spotkania planować na inne terminy.

Wyuczona bezradność

W psychologii istnieje pojęcie „wyuczonej bezradności” i sądzę, że można by go było podciągnąć pod niejeden zespół sportowy. Dzieje się to na każdym szczeblu rywalizacji, o czym mógłby świadczyć przykład futsalistów AZS UG. Ta dyscyplina w naszym kraju uprawiana jest półamatorsko – tylko najlepsi w kraju mogą liczyć na kontrakty i utrzymywać się z kopania piłki w hali. AZS UG to zespół akademicki, który w bieżącym sezonie zaliczył całą serię totalnie niewytłumaczalnych porażek. Kilka spotkań przegrał w identyczny sposób – gdyby wszystkie z nich wygrał, zamiast 3 miejsce od końca, zajmowałby czwartą pozycję w tabeli.

Zaczęło się w 8 kolejce, gdy UG prowadziło z ligowym beniaminkiem 3:1 do 36 minuty meczu, żeby w samej końcówce stracić trzy gole i pewny zdawałoby się komplet punktów. Futsal ma to do siebie, że wszystko może zmienić się w mgnieniu oka, więc takie rzeczy się zdarzają. Ale prawdziwa jazda zaczęła się od 15 kolejki. Kolejno.

AZS prowadzi 4:1, a potem 5:2 z Pogonią Szczecin w 36 minucie. Przegrywa 5:6.

Dwa tygodnie później AZS prowadzi z AZS Uniwersytetu Śląskiego 5:1 do 25 minuty. Przegrywa 5:6

W ostatni weekend AZS prowadzi na wyjeździe z FC Toruń 3:2 do 37 minuty. Przegrywa 3:4, decydującą bramkę tracąc trzy sekundy przed ostatnią syreną…

Horrory bez happy endów to w bieżącym sezonie domena zespołu AZS Ug / fot. Bohumil Trunecka, źródło: AZS UG

Tak, można stwierdzić, że taki urok dyscypliny, albo że zespół jest źle przygotowany pod względem fizycznym, chociaż w tym przypadku to po prostu nieprawda. Można też argumentować, że fakty są podane wybiórczo, ponieważ w międzyczasie padały także inne wyniki, bardziej lub mniej korzystne dla AZS. Nie ulega jednak wątpliwości, że coś jest na rzeczy, jeśli chodzi o przygotowanie mentalne zespołu, który w kilka minut potrafi zmienić się z jednego z najlepszych w kraju w ten, który ponosi frajerskie porażki. Który przy wysokim prowadzeniu, po straconej bramce ma strach w oczach. I najgorszy scenariusz z tyłu głowy. Scenariusz, który okazuje się samosprawdzającą się przepowiednią.

Sukces rodzi się w głowie

Podobnie jak porażka. Przykłady wzlotów i upadków pojedynczych sportowców i całych drużyn można mnożyć. Kariery całkiem przyzwoitej klasy tenisistów złamały pojedynki z Rogerem Federerem. Nikolay Davydienko miał z nim bilans 2:19, a Andy Roddick 3:21. Ten drugi kiedyś przyznał, że nawet gdy był w świetnej formie, w przeciwieństwie do przeciwnika, grał swój najlepszy tenis i miał już Szwajcara na widelcu, zawsze w najważniejszym momencie w jego głowie pojawiała się myśl, że przecież zawsze ostatecznie przegrywał. I że tym razem będzie tak samo. I rzeczywiście było. Moment, gdy pierwszy raz myślał o porażce był tym, w którym rzeczywiście przegrywał, mimo, że prowadził, a do końca meczu było jeszcze daleko.

Transformacja Adama Małysza pod wpływem psychologa to kawałek historii polskiego sportu/ fot. PressFocus

Na przeciwnym biegunie mamy chociażby Adama Małysza, który w ciągu kilku miesięcy z przeciętnego skoczka stał się gwiazdą światowego formatu. Wystarczyło porozmawiać z psychologiem, a następnie konsekwentnie trzymać się filozofii dobrego, kolejnego skoku. I tak dalej. I tym podobne.

Ciekawe, czy Arka w najbliższy piątek w końcu uwierzy, że może wygrać ekstraklasowe derby Trójmiasta? Ciekawe, czy Joanna Jędrzejczyk będzie jeszcze mistrzynią UFC? Ciekawe, czy AZS UG zamiast przegrywać, zacznie kiedyś seryjnie wygrywać końcówki spotkań? Czy jest na sali jakiś lekarz od głowy?