Tak blisko… Tak blisko jak Legia…

... nie był dawno nikt tak blisko. Konkretnie: fazy grupowej w europejskich pucharach, a jeszcze konkretniej: Ligi Europy. Polska drużyna była o krok do awansu, ale w doliczonym czasie gry marzenia legionistów rozwiał Morelos. 

To nie był zły mecz, to nie był nawet zły dwumecz. Prawdopodobnie znacznie lepszy, aniżeli wyobrażali sobie wszyscy obserwatorzy polskiej piłki po tym, jak na wyjazdach Legia męczyła się i nie wygrywała z drużynami z Gibraltaru czy Finlandii, w dodatku takimi, które nawet nie były mistrzami swoich lig. Z Rangersami, drużyną naszpikowaną piłkarzami z wysokiej półki (Davies, Arfield, Ojo, Defoe, Morelos) i z legendarnym Stevenem Gerrardem, legioniści dali radę.

Czego zabrakło Legii, by awansować do fazy grypowej Ligi Europy?

Mimo wszystko: odwagi trenera. I prawdopodobnie tego, by dla dobra drużyny schował dumę do kieszeni, nadał mniejsze znaczenie swojemu instynktowi, a po prostu delegował do gry najlepszych możliwych piłkarzy. Na przykład w ataku kogoś, kto potrafi atakować i strzelać bramki. O Sandro Kulenoviciu napisano już chyba wszystko, a on występem na Ibrox Park to wszystko potwierdził.

Dość powiedzieć, że grający znacznie krócej Jarosław Niezgoda zrobił o wiele więcej dobrego w Szkocji niż podstawowy piłkarz Aleksandara Vukovicia. Wiadomo jednak, kogo kibicom stołecznego klubu brakowało najbardziej. „Vuko” na konferencji prasowej został zapytany, co powiedziałby wchodzącemu w 89. minucie Carlitosowi, gdyby w rewanżu też było 0:0.

Okazało się to myśleniem życzeniowym dla fanów. Vuković postawił na swoim, ale wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle.

Trener Legii wziął odpowiedzialność za swoje decyzje, ale choć nikt nie wieszałby go za sam wynik osiągnięty z Rangersami, tak niewykorzystaną szansę – umówmy się: Szkoci byli do ogrania! – wybaczyć będzie znacznie ciężej. Zwłaszcza, że Vuković poszedł na decydującą wojnę zostawiając najlepszą strzelbę w domu.

Piłkarze Stevena Gerrarda wydawali się ciut lepiej wyszkoleni technicznie, być może nieco bardziej zorganizowani, na pewno równie twardzi i być może mieli przewagę nad aspektami motorycznymi. Kto wie, czy Legia nie zagrała zbyt asekuracyjnie, czy nie powinna „poczuć krwi” w niezbyt dobrze radzącym sobie rywalu i po prostu go ukąsić. Brakowało jednak zębów. Vuković szczękę zostawił na ławce.

To był bardzo wyrównany dwumecz, który mógł zostać rozstrzygnięty przez nawet jeden przebłysk jednego z piłkarzy. Niezgoda dał dobrą zmianę i był lepszy od Kulenovicia, ale to Carlitosa stać najbardziej ze wszystkich piłkarzy na takiego „game changera”. Tym bardziej mogą żałować kibice Legii, że nie mieli możliwości obejrzeć go na boisku.

Podobnie jak wspierający z trybun warszawski klub ex-reprezentant Polski, Artur Boruc. Do domu wróci na pewno zły, bo Legia wypuściła awans w doliczonym czasie gry. Na pewno smutny, bo to koniec przygody polskich drużyn w europejskich pucharach. Ale najbardziej uwierającym uczuciem może się okazać to niedosytu. I sami nie wiemy, czy lepiej odpaść będąc wyraźnie gorszym, czy może w ten sposób – trochę na własne życzenie…

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem