Ta walka przejdzie do historii przekrętów światowego boksu. Głowacki potraktowany skandalicznie!

Gdyby o boksie wypowiadał się Robert Lewandowski, pojechałby klasycznie: „le cabaret”. Krzysztof Głowacki nie obronił tytułu mistrza świata federacji WBO, choć w obecnej sytuacji trudno nawet go rozliczać z tego faktu. Ta walka toczyła się w oparach absurdu, roztoczonych przez rywala i sędziego.

Świat boksu jest absolutnie zdruzgotany, poruszony – i nie piszemy tego tylko z naszej, stronniczej, polskiej perspektywy. Panuje powszechne przekonanie, że to co odstawili w tym pojedynku Łotysz Maris Briedis (rywal Polaka) i sędziujących walkę 74-letni Amerykanin Robert Byrd, nie mieści się w głowie i jakichkolwiek standardach. Sprawia, że boks jawi się jako jeszcze bardziej absurdalna, przeżarta niesprawiedliwością, dziwną polityką i biznesami różnej maści, dyscypliną sportu.

Ale do rzeczy, o co poszło? Trzęsienie ziemi nastąpiło już w drugiej rundzie walki, której stawką był pas mistrzowski WBO. Całkowicie pomińmy już historię tego, że pierwotnie w puli pojedynku w Rydze mogły być dwa pasy, ale na ostatnią chwilę jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja, że federacja WBC wycofała swój pas z tego pojedynku. Mniejsza o to, dla „Główki” i bez niego miało to wystarczający ciężar gatunkowy: stawką była gruba kasa, tytuł mistrza WBO i awans do finału turnieju World Boxing Super Series, w którym Briedis – uprzedzając fakty – zawalczy z Yunierem Dorticosem.

Wróćmy jednak do samego przebiegu walki…

Skandal rozegrał się już w drugiej rundzie. Zaczął Krzysztof Głowacki zadając Briedisowi nieczyste uderzenie na tył głowy, na co Łotysz odpowiedział jeszcze bardziej bez pardonu – zdzielił Polaka całkowicie zamierzonym, silnym uderzeniem łokciem, po którym „Główka” ewidentnie zamroczony padł na deski. Niestety, nie odkręcił się z tego oszołomienia aż do zakończenia walki. Wbrew wszelkim standardom, na dojście do siebie dostał absurdalnie mało czasu. Briedis rzucił się na niego, żeby wykorzystać ewidentne niedysponowanie Polaka i po chwili raz jeszcze sprowadził go na deski.

Żeby było mało, na tym absurd sytuacji wcale się nie kończy. Nie wystarczy, że Głowacki musiał walczyć kilka chwil po tym, jak został uderzony w sposób, który powinien skutkować dyskwalifikacją, być bezapelacyjną czerwoną kartką – przekładając sytuację na warunki piłki nożnej.

Głowacki zaraz leżał na deskach po raz wtóry, bo sędzia ringowy… Nie usłyszał gongu kończącego rundę. Od knock-downu do zakończenia tej nieczystej jatki na zegarze było tylko osiem sekund, ale Robert Byrd najwyraźniej postanowił coś dołożyć i w tym czasie Łotysz zdołał jeszcze raz posłać Polaka do parteru.

Początek trzeciej rundy, do której Robert Byrd dopuścił już w obliczu głośnych protestów teamu Głowackiego, tylko dopełnił dzieła zniszczenia. Polak nie miał już nic do powiedzenia. Wpadł pod serię ciosów przeciwnika niczym niczym pod rozpędzoną maszynę.

Czy istnieje chociaż cień szansy na skuteczne odwołanie od werdyktu? Wydaje się wątpliwe. W tej chwili wypada życzyć Głowackiemu, by wrócił mocniejszy po tych trzech liczeniach. Niestety, w tym sporcie ciężkie ringowe sytuacje często nie pozostają bez wpływu na przyszłą postawę i zdrowie zawodników.

Bonus do 1500PLN na start
Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.