Ta kolejka obnażyła powołania Adama Nawałki

Są dwie możliwości budowania kadry narodowej: w oparciu o drużynę, która jest osobnym tworem i występy w niej są traktowane jako jedyny wyznacznik przydatności piłkarza, albo w oparciu o formę piłkarzy z polskim obywatelstwem. Adam Nawałka próbuje mieszać te filozofie i póki co wychodzi mu nieźle, ale niedługo też może wyjść – tyle, że jak Zabłocki na mydle.

Sławomir Peszko, Michał Pazdan, Damian Kądzior, Taras Romańczuk, Rafał Kurzawa, Przemysław Frankowski, Artur Jędrzejczyk, Krzysztof Mączyński – tych ośmiu zawodników zostało powołanych na najbliższe zgrupowanie reprezentacji Polski, w których ta zmierzy się z kadrą Nigerii oraz Korei Południowej. Lekko licząc: połowa z tych zawodników na takie wyróżnienie nie zasłużyła, co potwierdziła ostatnia kolejka zmagań w polskiej Ekstraklasie.

Zacznijmy od trójki z Legii, która w kadrze jest już niemal na etacie. „Fusy” – jak określają siebie od dawna Mączyński, Jędrzejczyk, Pazdan i inni gracze ligowi w reprezentacji – mocno osiadły na dnie biało-czerwonej herbaty. Dosłownie na dnie, bo tak można określić formę stołecznego trio. „Jędza”, najwięcej zarabiający piłkarz w lidze nad Wisłą, mecz z Wisłą Kraków przesiedział na ławce. To dobrze o tyle, że przynajmniej nie zaprezentował się źle.

Tego nie można powiedzieć o Mączyńskim. Wydawałoby się, że to będzie najważniejszy lub jeden z najważniejszych meczów dla „Mączki” w całym sezonie. Od dziecka za Wisłą, to na Reymonta wrócił z Chin, a jego odejście do znienawidzonej w Krakowie Legii odebrali kibice Białej Gwiazdy jako siarczysty policzek. Trudno się dziwić, bo futbol dla wielu jest czymś więcej, niż tylko 90-minutowym meczem dwóch drużyn. Dla nich prezentacja środkowego pomocnika na Łazienkowskiej 3 była zdradą i nożem w plecach.

Wydawać by się mogło, że kiedy jak kiedy, ale w starciu z byłym klubem motywacja Mączyńskiego do biegania przekroczy normę.

Wiadomo, że „w każdym meczu dajemy z siebie wszystko”, „walczymy w każdym meczu o trzy punkty”, ale mecz meczowi nierówny. Na pewno w głowie reprezentanta Polski różne myśli kłębiły się przez starciem z Bruk-Bet Termaliką, a inne przed Wisłą Kraków.

Powiedzieć, że tego nie było widać w niedzielny wieczór, to nic nie powiedzieć. Wiecie, ile sprintów wykonał w tym spotkaniu powołany przez Adama Nawałkę gracz? Zero. W drużynie Wisły mniejszą prędkość osiągnął tylko bramkarz, Julian Cuesta. Wędka w przerwie to był jedyny rozsądny i możliwy wybór, jakiego mógł dokonać Romeo Jozak. Pazdan z tej trójki prezentuje się tak w całym sezonie, jak i w meczu z Wisłą najlepiej. Ale jeśli często wkręcał go w ziemię Carlitos, to mamy słuszne obawy przed tym, że podobnej sztuki dokona Sadio Mane, James Rodriguez, Juan Cuadrado, Keita Balde…

Wiemy, że forma i wyniki w Ekstraklasie to często dyspozycja dnia i nastrój losu, który raz uśmiecha się do tych, a innym razem do innych. Przypadku jednak w zwycięstwie Wisły Kraków – pierwszym od wielu lat z Legią – nie było ani grama. Jeśli w kadrze znajduje się Paweł Jaroszyński, bardzo słaby w weekendowym meczu Chievo, albo siedzący (zasłużenie) na ławce rezerwowych Jędrzejczyk to zastanawiamy się: dlaczego telefonu od selekcjonera nie dostał Maciej Sadlok albo Robert Gumny?

Obaj nie tyle są w gazie, co z dobrej strony pokazują się regularnie. Sadlok w meczu z Legią był solidny i to wystarczyło, by się wyróżnił na tle całej defensywy gospodarzy. Natomiast na to, co z warszawianami robiło trio: Pol Llonch – Tibor Halilović – Carlitos, patrzyło się z bardzo rzadko spotykaną w Ekstraklasie dozą przyjemności. Zaskoczył ten środkowy, Hiszpanie klasę pokazali po raz kolejny. Gdyby któryś z nich był Polakiem, powołanie mógłby otrzymać chociażby za to jedno spotkanie.

Wspomnieliśmy o Gumnym, co jest dobrym momentem do tego, by przejść do wydarzeń sprzed trzech dni. W Poznaniu Lech po raz kolejny przejechał się na Bułgarskiej po przeciwniku, którym tym razem była Lechia Gdańsk. Ten Lech, z którego wspomniany Gumny powołania doczekać się nie może. Ta sama Lechia, z której regularnie zapraszany na zgrupowania jest Sławomir Peszko. Skrzydłowy po radiowo-alkoholowym powołaniu i występach takie tak to piątkowe:

https://twitter.com/1985warszawa/status/974750949431488515

Występach żałosnych tak na boisku, jak i w przerwach w grze. Nie świadczy o Peszce najlepiej to, że nie wytrzymał prowokacji ze strony fana „Kolejorza”. I proszę, nie skupiajmy się na nim – zrobił to, co kibic powinien, czyli skutecznie zdeprymował słowami rywala, nie obrażając ani nie używając rękoczynów, a pomagając tym samym swojej drużynie. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi.

Kopnięcie piłką w barierę, udawanie że wykona się skuteczną poprawkę – naprawdę tak zachowuje się piłkarz reprezentacji Polski? Na pewno nie taki, który ma silną psychikę.

Wystarczyła butelka po ćwiartce wódki by sprawić, że Peszko zachował się jak opisywany przez „Psikutasa bez es” w Chłopakach nie płaczą goguś, któremu psychika wysłała maila do kupy, że spotkanie jest w gaciach. „Sławek jest dla atmosfery” – mówią ci, którzy słusznie zauważają, że to bliski przyjaciel Roberta Lewandowskiego. Można żałować, że napastnik Bayernu nie zaprzyjaźnił się z kimś lepszym piłkarsko, a można też szukać wyjścia z sytuacji.

Niech Peszko na mundial jedzie, ale jako… asystent!

Tak, jak David Beckham z reprezentacją Anglii na Mistrzostwa Świata w RPA w 2010 roku, kiedy doznał poważnej kontuzji ścięgna Achillesa. Dla atmosfery, dla dobrego nastroju naszego kapitana i najlepszego piłkarza, ale jednocześnie bez zajmowania miejsca komuś, kto na znalezienie się w 23-osobowej kadrze zasłużył. Tak, jak Przemysław Frankowski z Jagiellonii, która w mistrzowskim stylu zagrała do samego końca i zgarnęła trzy punkty w sytuacji beznadziejnej. Ciekawe, czy z podobną skutecznością do samego końca będą grali o tytuł.