Taki mamy dziś klimat, że gdyby nagrodę Nobla przyznawano za szczególne dokonania w dziedzinie piłki nożnej, Robert Lewandowski prawdopodobnie mógłby ją właśnie stawiać w gablocie w dużym pokoju. Jest absolutnie najlepszą wizytówką naszego futbolu w wydaniu klubowym, w czwartkowy wieczór znów był nią też w odsłonie reprezentacyjnej. W pojedynkę rozbił bardzo słabą ekipę z Łotwy, zdobywając każdą z trzech bramek na jej terenie.

Jacek Gmoch, tak przynajmniej twierdzi w swojej książce „Najlepszy trener na świecie”, przed laty na amerykańskim uniwersytecie pisał wysoko oceniane publikacje o wodach gruntowych, a mimo to Nobla nie dostał, więc pół-żartem, pół-serio, nie otrzyma go raczej też „Lewy”. Choć zachwyty, jak pod adresem Olgi Tokarczuk, znów płyną w jego kierunku z każdej szerokości geograficznej.

Czym jest skuteczność? – zagadnął dziennikarza podczas niedawnej konferencji prasowej.
– Skuteczność to wykorzystywanie okazji – odrzekł po namyśle reporter, dokładnie w sposób, o który chodziło „Lewemu”, by nieco odsunąć od siebie odpowiedzialność za wrześniowe mecze bez gola.

Wówczas tych szans brakowało. Dziś obrodziło nimi już w pierwszym kwadransie. W ósmej minucie podaniem, po składnej kolektywnej akcji, Roberta obsłużył Sebastian Szymański, po chwili kolejną piłkę dograł z lewego skrzydła Grosicki i mieliśmy 2:0 po 13 minutach. Mimo że trudno było odnieść wrażenie, że zaczynamy ten meczu od szaleńczych ataków. „Lewy” po prostu co miał, to strzelił. Dwa na dwa. Bez pudła.

Pies z kulawą nogą nie chciał przyjść dziś na stadion w Rydze – i to niestety odzwierciedla poziom sportowy i zarazem poziom zainteresowania kibiców naszym grupowym rywalem. Ludzi ten sport tam nie grzeje. Może gdyby Lewandowski grał też świetnie w hokeja, Łotysze chcieliby to zobaczyć. W piłkę? Nic z tego. Na stadion przybyło siedem tysięcy kibiców, z czego połowę stanowili rozśpiewani Polacy. Nie jest naszą zasługa aż taka słabość rywala, który popełniał niewymuszone błędy, nie zbierał drugich piłek, w kwadrans dopuścił do sytuacji, jakich nie byliśmy w stanie wykreować w dwóch poprzednich spotkaniach. Natomiast absolutnie jest już naszą zasługą żelazna konsekwencja w zamienianiu tych okazji na bramki.

Dziwny mecz. Z kategorii tych, które nie wywołują hurraoptymizmu, mimo korzystnego wyniku (patrz: poziom rywala), za to mogą przynieść niedosyt, gdy nie udaje się tej słabiutkiej drużyny przeciwnej dostatecznie mocno docisnąć.

I tak też było tym razem, jako że absolutna dominacja Polaków trwała tylko przez 25 minut. Akurat z Łotwą chciałoby się obejrzeć mecz bez żadnego „ale”. Taki, aby można było po nim napisać: pełna dominacja, rywal bez sztycha, lepiej się tego zagrać nie dało. Pomimo wyniku 3:0, jako że Lewandowski w końcówce dorzucił jeszcze trzecie trafienie, my tego tym razem nie napiszemy. Długimi fragmentami z boiska wiało nudą. I można tylko gdybać, czy po prostu nasyciliśmy się korzystnym wynikiem, czy wciąż mamy problemy z ofensywną konstrukcją. Być może pełniejszą odpowiedź na to pytanie da nam za kilka dni Macedonia.

Dziś stoimy w rozkroku, bo z jednej strony trzy punkty, wyjazdowe 3:0, czego chcieć więcej? Z drugiej, wynik wciąż chwilami lepszy niż gra. Kolejny znak zapytania przy Piotrze Zielińskim, który jakoś nie przyćmił Rakelsa i spółki swoją legendarną nieprzeciętną techniką. Grosicki z co najmniej dwiema dogodnymi i zmarnowanym okazjami na bramki. Z drugiej strony, Lewandowski, obiecujący Szymański. I jeśli Jerzy Brzęczek czy jego piłkarze zasugerują, że na trzy dni przed kolejnym ważnym spotkaniem nie było sensu żyłować się, by ograć Łotwę nie 3:0, tylko 6:0, to nie będzie sposobu, by nie oddać im racji.

Misja Łotwa wykonana. Czekamy na więcej w Warszawie.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem