Świerc: “Nie spodziewałem się, że tak dobrze pobiegnę w Chinach”

Marcin Świerc. Dokładnie tydzień temu, w sobotę, wygrał Great Wall Marathon, czyli bieg, którego trasa przebiega przez Wielki Mur Chiński. Jest pierwszym Polakiem, któremu udała się ta sztuka, a wynik przez niego osiągnięty to drugi rezultat w 18-letniej historii tej imprezy. By zwyciężyć musiał pokonać… 5164 schody, co – jak przyznaje – sprawiło mu sporo problemów. Zapraszamy do przeczytania naszej rozmowy z Marcinem!

 

Radość, euforia, poczucie dobrze wykonanej roboty? Co towarzyszy ci tydzień po tym sukcesie?

Marcin Świerc: Zmęczenie. Głównie walczę ze zmęczeniem. Daje się we znaki zmiana strefy czasowej. A tak poza tym, to na pewno bardzo fajna przygoda, podróż w nieznane, zwiedzanie i poznanie miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłem.

Zmęczenie spowodowane tylko długą podróżą i zmianą strefy czasowej czy też samym biegiem?

MŚ: Złożyło się na to kilka czynników. Bieganie, zwiedzanie, do tego pogoda, gdyż w Chinach było grubo ponad 30 stopni.

Z jakim nastawieniem leciałeś do Chin? Mam wrażenie, że wyszło zdecydowanie lepiej, niż sobie zakładałeś.

MŚ: Bardzo trafne spostrzeżenie. Rzeczywiście, nie spodziewałem się aż tak dobrego biegu. Byłem w Chinach pierwszy raz. Moje przygotowania do biegu nie wyglądały w 100% tak, jakbym sobie tego życzył. Dlatego na pewno bardzo ucieszyłem się z osiągniętego przed tygodniem rezultatu.

Zawodnik czuje przed takim biegiem, że jest w formie? Jak przygotowywać się w ogóle to tak nietypowego dystansu?

MŚ: Na pewno każdy przygotowuje się po swojemu, nie ma idealnego środka. Ja sam jestem swoim trenerem, więc muszę podejmować racjonalne decyzje, żeby się nie zajechać. Mnie do Chin ciągnęła chęć poznania nowej kultury. Zobaczenia, jak to jest i jak wygląda ta impreza od środka. Ten maraton wyszedł niejako przy okazji, bo mam jeszcze w tym sezonie mistrzostwa Polski, świata oraz CCC i na tym staram się skupić. Znam swój organizm, gdyż trenuję już od 15 lat. Wiedziałem, że mogę pokazać się z dobrej strony, ale nie miałem pojęcia, że wyjdzie aż tak fajnie.

Mówiłeś portalowi www.bieganie.pl o międzyczasach, jakie planowałeś osiągnąć w czasie tego biegu. Założenia były bardzo ambitne, nie było mowy o wycieczce krajoznawczej.

MŚ: Zdecydowanie, ambitnie podchodzę do każdego biegu. Każdy start to jest walka o jak najlepsze miejsce i czas. W Chinach nie wiedziałem czego się spodziewać. Nie znałem zawodników, trudno mi było oszacować czas, z jakim wbiegnę na metę. Wiedziałem, że w stawce jest mocny Japończyk z międzynarodowego teamu Salomona, więc jego się trochę obawiałem.

Jak sobie wyobrażałeś Chiny?

MŚ: Nie wiedziałem właśnie czego się spodziewać. Na pewno zrobił na mnie wrażenie Pekin, który liczy 23 miliony ludzi. Nie miałem pojęcia, jak będą wyglądały na miejscu już moje treningi. Jakie będą warunki do tego, by wyjść rano pobiegać. Okazało się jednak, że Chińczycy są do takich sytuacji znakomicie przygotowani. Tam mnóstwo ludzi biega. Młodzi, w średnim wieku, starsi – wszyscy. W parkach jest pełno ludzi, którzy biegają, ćwiczą, aktywnie spędzają czas. To robi ogromne wrażenie. Zdawałem sobie sprawę, że pod tym kątem Azjaci są przed nami, ale nie miałem świadomości, że różnica jest aż tak duża.

Ile dni przed biegiem byłeś już w Chinach?

MŚ: 7 dni.

To wystarczyło, żeby się zaaklimatyzować?

MŚ: Może trochę szybciej powinienem tam przylecieć, ale myślę, że to nie miało większego wpływu na wynik końcowy. Cały wyjazd był bardzo intensywny. 7 dni zwiedzaliśmy od rana do nocy, bo chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć Chiny.

Przygotowując się do biegu, trenowałeś rano. Już wtedy było gorąco? Organizatorzy już dzień wcześniej mówili, że to będzie najcieplejszy dzień, w którym rozgrywany jest maraton.

MŚ: Rano było już bardzo gorąco. Pot zalewał oczy nawet podczas biegania przed godziną 7. Obawiałem się tego, bo tak długi dystans podczas tak wysokiej temperatury jest niebezpieczny dla organizmu i może zrobić krzywdę. Już kilkukrotnie startowałem podczas takich warunków i wiem, że słońce wysyca całą energię. Na starcie pojawiłem się jednak dobrze nawodniony z – jak się później okazało – znakomicie obraną taktykę żywieniową. Dzięki temu nie miałem ani jednego kryzysu podczas całego biegu. Miałem swój plecak, własne odżywki, więc sił starczyło mi na cały dystans. Nie było kryzysu, nie było ściany. Było natomiast nastawienie, by do końca walczyć o jak najlepszy rezultat.

Jaka była taktyka na ten bieg? Ruszyć, wyczekać? 

MŚ: Na początku nie chciałem stracić kontaktu z czołówką. Kontrolowałem pierwszą grupkę. Później to się urwało bardzo szybko i Japończyk zaczął atakować, więc stwierdziłem, że ruszę z nim. On prowadził przez jakiś czas, ale wiedziałem, że nierealnym jest, aby był w stanie to wygrać. Zapominał o jedzeniu i piciu podczas biegu. Popełnił harakiri. Nie miał ze sobą pokarmu ani napoi i przewidziałem – szybko odpadł i skończył na 4. miejscu.

Jak można zapomnieć o piciu i jedzeniu podczas takiego biegu?

MŚ: Nie wiem, trudno mi to skomentować. Każdy popełnia błędy, jemu się przytrafiło to, a mi na całe szczęście udało się wpadek podczas tego biegu uniknąć. Każdy odpowiada za siebie i ponosi czyny za swoje decyzje. Ja w jego skórę nie wejdę. Mogę tylko cieszyć się, że ja dobrze to wszystko sobie rozplanowałem.

12

Komentarze