Sukces w piłce to pocałunek śmierci

W piłce nożnej niewiele może już zdziwić, a już na pewno nie to, że zmieniono trenera, który w ostatnich 12 meczach nie wygrał ani razu.  „Zwalniają, znaczy się będą przyjmować”, jak to mówił Lejzorek Rojtszwaniec w powieści Ilji Erenburga. Pożegnanie Mroczkowskiego to trzecia zmiana na ekstraklasowej ławce w przeciągu tygodnia, co w sumie daje aż dziewiętnaście zmian w tym roku. Jeden rabin powie: dziwne, drugi: nielogiczne, ale to na pewno nie jest coś, co przeciętnego Kowalskiego zwaliło z nóg i będzie przez tydzień spędzało sen z powiek.

Bywało już w futbolu bardziej szokująco. Jak wtedy, gdy gdzieś w Hiszpanii wyrzucili trenera 11-latków, ponieważ jego zespół… zwyciężył 25:0. Uznano, że szkoleniowiec wykazał się brakiem szacunku dla rywali. Albo gdy Luigi del Neri zastąpił w FC Porto Jose Mourinho, który trafił do Chelsea. W Portugalii pracował jednak tylko 15 dni, bo m.in. spóźnił się na trening.

Jeszcze ciekawiej było swego czasu w Swansea Łukasza Fabiańskiego, gdy dwie dekady temu Kevin Cullis prowadził zespół przez… półtora meczu. Po porażce w debiucie przyszedł czas na starcie z Blackpool. W przerwie zawodnicy uznali, że sami lepiej się zorganizują, więc przedyskutowali taktykę, zmiany i wyszli na drugą połowę, olewając trenera, który po siedmiu dniach pożegnał się z posadą w walijskim klubie.

Rekordzistą jest natomiast Leroy Rosenior. 17 maja 2007 roku to pamiętna data dla Torquay United i jego kibiców, a także samego szkoleniowca. Rosenior został zaprezentowany jako następca Keitha Curle’a, ale w tym samym czasie – i to dosłownie! – klub został wykupiony przez lokalne konsorcjum. Nowi właściciele postanowili, że drużynę poprowadzi Paul Buckle. Rosenior „pracował” jako trener Torquay przez… dziesięć minut!

Zakładnicy sukcesu

Radosław Mroczkowski był w Sandecji trochę dłużej, najdłużej ze wszystkich trenerów w Ekstraklasie. Konkretnie – został zwolniony po 700 dniach od objęcia zespołu z południa Polski. Średnia zatrudnienia w ostatnich dniach leci na łeb na szyję. Jeszcze wczoraj wynosiła 232 dni, więc niemal 2/3 roku. Słabo, ale mogło być gorzej. Tak, jak dziś. Po wyrzuceniu Kiko Ramireza z Wisły Kraków i Mroczkowskiego z Nowego Sącza trener w Ekstraklasie pracuje zaledwie 168 dni (via EkstraStats).

Jeszcze nie doszliśmy do półmetku sezonu, a już 12 z 16 klubów zmieniło swoich trenerów, zaś następne dwa dość poważnie myślą o zmianie. Z tych szkoleniowców, którzy zaczęli rozgrywki 2017/2018 pewni swojego miejsca wydają się być tylko Marcin Brosz z Górnika i Leszek Ojrzyński z Arki.

Wśród tych masowych zwolnień znajdują się też te z kategorii „amnestia beznadziejna”. Mroczkowski po tym rozstaniu mógłby otrzymać Nagrodę im. Claudio Ranieriego. Włoch osiągnął niewyobrażalny sukces – z cudem utrzymanej w Premier League drużyny skleił ekipę, która zdobyła tytuł mistrzowski, nieosiągalny od 25 lat choćby dla Liverpoolu. Leicester to niedawny beniaminek, totalny średniak, a dzięki obecnemu trenerowi Nicei zagrał w Lidze Mistrzów.

Ranieri – kolejny zakładnik własnego sukcesu

Po anormalnych sukcesach drużyna Ranieriego wróciła jednak do dawnej, normalnej już formy, więc szkoleniowiec… został zwolniony. Włoch ośmielił się osiągnąć więcej niż śniło się kibicom „Lisów”, a kiedy wrócił do wynikającej z ograniczonego potencjału rzeczywistości okazało się, że nie ma do czego wracać.

Masowa amnezja

Małpiego rozumu i niewytłumaczalnej utraty pamięci nie doznają tylko działacze, ale i kibice. Dość świeży przykład z Polski: Legia Warszawa. Fani z Łazienkowskiej po latach z ITI, Trzeciakiem, Arruabrareną, Manu, Iwańskimi i Gizami zostają ostatnio rozpieszczani. Po tym, jak miasto wybudowało “Wojskowym” piękny stadion, a Bogusław Leśnodorski wprowadził klub na nieosiągalny dla innych poziom finansowy – na ostatnie sześć sezonów warszawiacy cztery razy zostali mistrzem Polski, zremisowali z Realem Madryt, wykaraskali się z widma regularnego oklepu w Lidze Mistrzów. Nadszedł pierwszy, niewielki kryzys. I co? I piłkarze dostali kilka strzałów na parkingu. Mój znajomy w takich sytuacjach zawsze wyskakuje ze zdaniem: w d…ch się ludziom poprzewracało od tego dobrobytu.

Rozumiem zwolnienie Piotra Stokowca, chociaż wielu idealistów zdążyło już zapłakać – jakby za wszelką cenę chcieli mieć nad Wisłą ekstraklasową, rudowłosą wersję sir Alexa Fergusona w Lubinie. W tym przypadku widzimisię przesłoniło fakty.

Stokowiec w Zagłebiu najpierw spadł, a rok później awansował. Dalej:

2015/16 po 17. kolejkach: 6 zwycięstw, 6 remisów, 5 porażek;
2016/17 po 17. kolejkach: 6 zwycięstw, 6 remisów, 5 porażek;
2017/18 po 17. kolejkach: 6 zwycięstw, 6 remisów, 5 porażek.

Stokowiec w Lubinie znaczy stagnacja.

Jednym słowem: stagnacja, której szefowie „Miedziowych” mieli dość. Rozumiem też zwolnienie Macieja Skorży, bo kibice musieli tak wytężać wzrok, by zobaczyć światełko w szczecińskim tunelu, że tylko patrzenie na grę Pogoni sprawiało ich oczom większy ból. Nie było nadziei na poprawę, więc postanowili zamiatać nową miotłą – to zrozumiałe, a że zamienili siekierkę na kijek, to już inna sprawa. Chociaż sporo się narzeka na dymisjonowanie szkoleniowców i brak długofalowej polityki, większość ruchów da się wytłumaczyć. Ostatniej decyzji włodarzy Sandecji jednak nie rozumiem i nie wiem, czy chcę rozumieć.

Jasne, Radosław Mroczkowski na ostatnie 12 meczów aż siedem przegrał i pięć zremisował. Nie wygrać od niemal trzech miesięcy – to nie jest miód na serce dla fanów z Nowego Sącza, którzy swoją drogą ostatnio wspierali Sandecję w przerażającej liczbie… 732 osób. To jednak też pokazuje, jaki jest potencjał nowosądeckiego klubu i co z niego Mroczkowski wycisnął.

Tu nie chodzi o sport, wyniki, terminarze (swoją drogą, za kilka dni ostatni mecz – nie można było się do tego czasu wstrzymać?) czy tabele. Chodzi o zwykłą, ludzką przyzwoitość. Jeśli ktoś wprowadził absolutnego debiutanta na najwyższy szczebel rozgrywkowy w Polsce, a na nim też nie radzi sobie jakoś tragicznie (połowa rozgrywek za nami, a Sandecja nad kreską) – zasługuje przynajmniej na możliwość wyjścia z kryzysu.

Jeśli ktoś po długim czasie na bezrobociu wyciągnął do ciebie rękę, dał ci pracę, dobre zarobki, możliwość rozwoju, obcowania na salonach – nie rzucasz mu wypowiedzeniem po tym, jak dwa dni spóźnił się z wypłatą. Jeśli do tej pory jadłeś parówki, ziemniaki i zupki chińskie, a ktoś nagle zaczyna ci pichcić Chateaubriand z borowikami, a na deser serwuje The Grand Opulence Sundae (posypane jadalnymi kawałkami złota lody za trzy tysiące z białymi truflami, wanilia z Madagaskaru czy kawiorem), nie wyrzucasz go z kuchni, bo raz przesolił zupę.

Europejskie puchary dla polskich trenerów to jest pocałunek śmierci – powiedział jakiś czas temu Michał Probierz. Ten cytat można śmiało rozszerzyć ogólnie na piłkę nożna i sukces w niej odniesiony. Każdy kolejny wygrany mecz to podniesiona o pewną wysokość poprzeczka, którą coraz trudniej jest przeskoczyć. Jasne, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Szkoda tylko, że dla wielu to oznacza przejedzenie i podejmowaniem pod jego wpływem idiotycznych decyzji. Jakby istniała relacja między ilością przyjmowanego żarcia z szarymi komórkami, które przestają zajmować się myśleniem, a zaczynają trawieniem.

Bartłomiej Stańdo

Komentarze