Sportowo – bez historii, przedziwne spotkanie na Camp Nou

Bardzo dziwnie się to oglądało. Nieswojo czuliśmy się włączając mecz pomiędzy FC Barceloną, a Las Palmas. Niby wszystko było takie jak zwykle – obiekt gospodarzy, na którym mecze oglądaliśmy już milion razy w życiu. Niby Messi ten sam, barwy identyczne i słońce, do którego przyzwyczailiśmy się podczas spotkań w Hiszpanii. Ale jednak, kurde, jakie to było dziwne spotkanie.

Spotkanie bez udziału kibiców. Pierwszy gwizdek wybrzmiał o 16:15, a my dopiero o 15:49 zobaczyliśmy na Twitterze oficjalny komunikat, że spotkanie w ogóle się odbędzie. Rozbieżność informacji była tak ogromna, że nikt nie wiedział, czy piłkarze w ogóle wybiegną na boisko.

Wszystko za sprawą referendum, które odbywa się w Katalonii na temat niepodległości właśnie tego regionu Hiszpanii. Temperament południowców w tej sytuacji wziął górę i zamiast zwykłego głosowania były protesty i burdy w całej Barcelonie. Policja interweniowała, a zdaniem wielu, nawet sama wszczynała awantury. Polała się krew, doszło do zamieszek. Oj, nie tak to miało wyglądać.

Podjęto decyzję, że żaden z kibiców na mecz nie wejdzie i spotkanie odbędzie się bez ich udziału. Widzieliśmy puste Camp Nou i czuliśmy się jak w teatrze. Tym razem jednak nie było nam do śmiechu. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy pojechali na Wieżę Eiffla i mogli wjechać windą maksymalnie na drugie piętro. Jakbyśmy po wejściu na Giewont przepadli w mgle i nie widzieli nawet czubka krzyża. No nie – to nie było spotkanie, które nas pochłonęło.

Zwłaszcza, że na boisku w pierwszych trzech kwadransach działo się mniej więcej tyle co na trybunach – Boże, ale bryndza. Męczyły nas każde chwile podczas gapienia się w telewizor. W międzyczasie sprawdziliśmy ceny noclegów podczas przerwy świąteczno-noworocznej w Zakopanem i pokasowaliśmy wszystkie stare zdjęcia z telefonu. Niby próbował Messi, niby Las Palmas mogło sensacyjnie objąć prowadzenie, ale emocji było tyle, co podczas imienin u cioci.

W drugiej połowie Barca wzięła się do roboty. Najpierw na prowadzenie gospodarzy wyprowadził Sergio Busquets, który wrzutkę Leo Messiego z rzutu rożnego zamienił na gola. Potem do głosu doszedł sam Argentyńczyk, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i w sumie w tym sezonie ma już 12 trafień. Blaugrana w końcówce klepała, Las Palmas biegało, Ernesto Valverde patrzył na zagarek, a komentujący ten mecz Tomasz Ćwiąkała i Dominik Guziak tłumaczyli dialogi piłkarzy, trenerów oraz Vipów podczas całego spotkania.

Sportowo – mecz bez historii, do którego z pewnością nigdy nie wrócimy. Cała sceneria jego rozegrania, puste trybuny, niepewność, czy w ogóle w piłkę będą obie drużyny grały oraz brak emocji, który towarzyszył tej pozornie treningowej gierce, tak nas wynudziły, że musimy strzelić sobie mocną kawę, by dotrwać do końca sportowej niedzieli.

 

Komentarze