Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Smuda zwolniony, Widzew z nowym trenerem. Walka o awans trwa

Kibice Widzewa mogą narzekać na wyniki, styl gry czy decyzje personalne szkoleniowców, ale na pewno nie na nudę. Tuż przed końcem sezonu władze klubu postanowiły zwolnić Franciszka Smudę -dotychczasowego trenera, który przy Piłsudskiego ma status legendy. Zastąpi go Radosław Mroczkowski, w przeszłości również związany z łódzkim klubem.

To była bardzo trudna doba dla włodarzy Widzewa, na czele z prezesem Przemysławem Klementowskim. Mieli oni dwie opcje: albo zostawić obecnego trenera, pod wodzą którego drużyna w ostatnich dwóch meczach wyglądała katastrofalnie, albo poszukać odważnego następcy, który weźmie na siebie ogromny ciężar i poprowadzi RTS do awansu. Na pierwszy rzut oka zwalnianie szkoleniowca znajdującego się przed ostatnią kolejką na pozycji lidera to zabieg mocno kontrowersyjny.

Dla tych, którzy na co dzień interesują się losami drużyny z miasta włókniarzy, był jednak oczywisty i konieczny.

Franciszek Smuda przychodził do Widzewa po raz piąty, ale wciąż w blasku glorii i chwały. Jest legendą, bo właśnie pod jego wodzą łodzianie dwukrotnie zdobyli mistrzostwo Polski, pokonali Legię Warszawa w najlepszym meczu w historii polskiej piłki, a także pokazali się z dobrej strony w Lidze Mistrzów, m.in. remisując z późniejszym triumfatorem, Borussią Dortmund. Były selekcjoner reprezentacji Polski wniósł do drużyny ogień, który pozwalał gromić kolejnych rywali. Z każdym kolejnym meczem ten płomień jednak gasł. Wypalił się do końca jeszcze przed zakończeniem sezonu.

Po latach będzie można mówić, że zostawił drużynę przed ostatnią kolejką na pierwszym miejscu w tabeli, ale będzie to półprawda. W rzeczywistości opuszcza klub, zostawiając po sobie niemal zgliszcza. Zawodników załamanych, niepewnych siebie, zdeorientowanych, rozbitych. Wygwizdanych przez kibiców, choć przecież wina nie do końca leży po ich stronie. Ktoś ich do sezonu przygotował, ktoś ich wyselekcjonował, ktoś ustawił na placu gry. Dodajmy, że ustawił dość dziwnie. Najważniejszą połowę sezonu, czyli drugą odsłonę meczu z Lechią, widzewiacy grali z napastnikiem i skrzydłowym w środku pola, a przecież to niejedyny taki „potworek” na przestrzeni sezonu.

– Tu są inne założenia taktyczne! – odpowiadał Smuda w wywiadzie z naszym portalem, gdy pytaliśmy o dyspozycję nie tylko drużyny jako całości, ale też poszczególnych zawodników. Dlaczego ci, którzy nie tak dawno błyszczeli, teraz są cieniem dla samych siebie? Inne wymagania, założenia taktyczne, styl przygotowujący ich do grania w wyższej lidze – to były odpowiedzi trenera, które brutalnie zweryfikowało zielone boisko.

Co było tym „innym założeniem taktycznym”, do którego nie nadawał się choćby Daniel Mąka? Wybijanie co drugiej piłki na oślep? Niezrozumiała gra górą? „Pałowanie” wszystkiego na osamotnionego Roberta Demjana, który zostawał wystawiany jak na ścięcie? Słowak nie dysponuje szybkością, a często musiał się ścigać z obrońcami rywali. Dobrze się zastawia, ale co z tego, skoro za chwilę nie ma komu zgrać piłki ani nie ma komu jej przedłużyć? W taktyce Franciszka Smudy na Euro 2012 osamotniony w ataku Robert Lewandowski też przypominał obecnego Demjana, a przecież dzieli ich różnica kilkunastu klas.

Tych grzechów było o wiele więcej. Z szacunku dla trenera Smudy – który niestety nie pokazał go na koniec ani trenerowi gości („sp…j, nie będę się z tobą równał”), ani przeciwnikowi (zarzucił trenerowi Lechii kupowanie meczów), ani kibicom (nie podszedł do trybun), ani dziennikarzom, a pośrednio po raz kolejny fanom (kolejna olana konferencja prasowa) – ten okres pracy lepiej przemilczeć. Ściskającym kciuki za Widzew polecamy teraz – już po zmianie trenera – myślenie o rzeczach dobrych. Champions League, lata 90-te, widzewski charakter. Ten sezon lepiej z pamięci wymazać, trochę na zasadzie „o legendach dobrze albo wcale”, skoro już nie są pracownikami klubu, a znów tylko pomnikami. Tylko i aż.

Lepiej skupić się na przyszłości, także tej najbliższej, która zapowiada się bardzo ciekawie. Obecny tydzień jest niezłą gratką dla wszystkich psychologów.

Jak na tę zmianę zareaguje drużyna? Rozmawialiśmy z jednym z przedstawicieli klubu, który powiedział, że wysłanie zespołu do Ostródy w trwającym marazmie przypominałoby patrzenie na palący się dom i całkowity brak reakcji, choć pod ręką jest kilka wiaderek z wodą. Autobus jadący na mecz z Sokołem przypominałby karawanę pogrzebową, a nie pojazd wypełniony po brzegi energią i optymizmem przed bardzo ważnym starciem.

Trzeba było reagować – stąd decyzja o zatrudnieniu nowego trenera. Na ostatnim meczu widziany był Maciej Bartoszek, który wyraził chęć poprowadzenia drużyny w Ostródzie. Można było się zdecydować na człowieka, który już w klubie pracuje, a wywalczył już przecież jeden awans, czyli Marcina Płuskę. Postawiono jednak na Radosława Mroczkowskiego, którego wielu widziałoby nawet na stanowisku dyrektora sportowego. Taka funkcja maksymalnie wykorzystywałaby jego niezwykły dar do wyszukiwania młodych, bardzo zdolnych, a także – co równie ważne w kontekście odejścia Murapolu – niezbyt drogich zawodników. Czasy, w których przepłacono za piłkarzy typu Aleksander Kwiek, Daniel Gołębiewski czy Robert Demjan można uznać za przeszłe.

Przemysław Klementowski, nawet współpracując z bogatym inwestorem, patrzył dwa razy na każdą wydaną złotówkę. Teraz jego rozsądna polityka będzie miała jeszcze większe znaczenie, choć na brak pieniędzy Widzew nie narzeka. Radosław Mroczkowski jest nie tylko dobrym wyborem, jeśli chodzi o pozyskiwanie piłkarzy. Posiada również ekstraklasowe doświadczenie, dużą wiedzę i zdolność do osiągania wyników ponad stan. W perspektywie następnego sezonu niewielu ma wątpliwości, że to dobry wybór.

Pytanie: co z najbliższym meczem? Czy spokojny i wyważony Mroczkowski jest w stanie wstrząsnąć drużyną?

Inne pytanie brzmi: czy ta drużyna w tym momencie potrzebuje wstrząsu? Czy nie lepsze jest właśnie podejście chłodne, przemyślane i rozsądne, a nie krzyk i pompowanie balonika, który kilka razy już pękł. Wydaje się, że osoba Mroczkowskiego będzie odskocznią od presji z trybun i wymagań Smudy, który w słowach nie przebierał. W Łodzi liczą, że to pomoże, bo nie ma już choćby odrobiny miejsca na błąd.

Lechia Tomaszów Mazowiecki zmierzy się na własnym boisku z MKS-em Ełk, który walczy co prawda o utrzymanie w lidze, ale faworytem tego meczu – delikatnie mówiąc – nie jest. Tomaszowianie zagrali bardzo dobre spotkanie w Łodzi i mogą narzekać na dużego pecha, przez którego nie mogli świętować awansu przy Piłsudskiego. Niepodyktowany rzut karny za faul Sylwestrzaka, Mirecki wychodzący sam na sam z Humerskim, Szymczak w tylko sobie znany sposób nie trafiający z bardzo bliskiej odległości do niemal pustej bramki Widzewa…

Lechia była w tym meczu lepsza i zasłużyła na zwycięstwo. Trudno się dziwić, że kibice w ankiecie na portalu sportowefakty.wp.pl jako drużynę, która awansuje do drugiej ligi wskazują właśnie klub z Tomaszowa Mazowieckiego (55% z 11 tysięcy oddanych głosów). Lechia musi jednak liczyć na wpadkę Widzewa. Łodzian czeka trudny mecz z Sokołem, ale czerwono-biało-czerwoni pojadą na niego w zupełnie innych nastrojach.

Jesteśmy ciekawi, czy ta nowa miotła wystarczy do tego, by zmieść drużynę z Ostródy. Jeśli nie, promocję do wyższej ligi – tyleż niespodziewaną, co na pewno zasłużoną – wywalczą lechiści. Losów awansu jednak nie mają w swoich rękach. Te leżą w nogach widzewiaków i głowie Mroczkowskiego.