Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Smuda schrzanił wszystko, co się dało. Od legendy do niedojdy

Franciszek Smuda z hukiem zakończył swoją piątą przeprawę z Widzewem. Przeprawę przepełnioną brakiem wyników i podsumowaną skandalicznym zachowaniem. Mit upadł, wygląda na to, że teraz już na dobre. Jego masywny pomnik roztrzaskał się na części. Ponownie zawiódł. Tak, jak robił to od… dobrych paru lat.

Na początek mała zagadka. Z czym pokolenie młodych kibiców kojarzy dziś Franciszka Smudę? Odpowiedź: przede wszystkim ze spartolonym Euro 2012. Imprezą, która była być może jedyną taką szansą w historii. Łatwa grupa, względnie niezła drużyna, własne podwórko. I koncertowa klapa.

Żeby przypomnieć sobie ostatni warty odnotowania sukces Franciszka Smudy na ławce trenerskiej, musimy cofnąć się do… 2009 roku. Osiem lat temu zdobył Puchar Polski z Lechem Poznań.

Niedługo potem został trenerem kadry narodowej. Na początku nastroje były raczej pozytywne. Naród był podbudowany sukcesami jego Lecha w europejskich pucharach. Podczas samego turnieju czar prysł. Doskonale pamiętamy hasło „u Smudy bez zmian”, które dotyczyło każdego spotkania i wpuszczania rezerwowych na zaledwie kilka minut. Ba, podczas meczu z Grecją na boisko nie wszedł żaden zawodnik z ławki. I to, mimo że było piekielnie duszno i piłkarze ledwo wytrzymywali trudy gry pod zamkniętym dachem Stadionu Narodowego.

Co powiedział po turnieju? Decyzje personalne miały być trafione, a jedyne, co by zmienił to to, że wyszlibyśmy z grupy. No naprawdę?!

– Tak jak mówiłem, jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Może oprócz emocji, o których wspomniałem. Może przesądził brak obycia turniejowego? Wciąż się nad tym zastanawiam, może trzeba było bardziej tonować nastroje w drużynie? Może za ostro się motywowali? Diabli wiedzą.

Po latach okazało się, że „winnym” był również Robert Lewandowski. Podobno, gdyby był w obecnej formie to wyjście z grupy byłoby tylko formalnością. Gdyby babka miała wąsy… Akcje „Franza” po Euro drastycznie spadły i przez kilka miesięcy nie udało mu się znaleźć pracy. Jak się nie ma, co się lubi to się lubi, co się ma. Wobec braku konkretnych ofert, podpisał kontrakt z drugoligowym SSV Jahn Regensburg. W Niemczech mówiono, że utrzymanie to science-fiction, ale przynajmniej dobrze płacili – ok. 100 tys. miesięcznie. Smuda ruszył na ratunek, ale efekt był katastrofalny.

Chwalono go za zmianę taktyki, dzięki czemu drużyna wyglądała dużo lepiej. Co z tego skoro nie dźwignął ich nawet z dna tabeli, a bilans 1 zwycięstwa, 3 remisów i 11 porażek mówi sam za siebie. Smuda próbował tam dosłownie wszystkiego – akt desperacji doprowadził go do testowania… czwartoligowca z Polski. Pape Ibrahima Drame z MKS-u Busko-Zdrój nie został tam na stałe, ale sam pomysł – przyznacie – był mocno abstrakcyjny.

Po akcji ratunkowej, podczas której pacjent wykrwawił się na śmierć, trener wrócił do krakowskiej Wisły. I akurat tam zaczęło się nieźle. „Wejście smoka” sprawiło, że do 19 października jego zespół jako jedyny w stawce był niepokonany i ustępował miejsca Legii i Górnikowi. Aspirowali nawet do walki o mistrzostwo – po 23 kolejkach lepsza o trzy punkty byli tylko warszawiacy, ale w kontekście podziału punktów była to żadna przewaga.

Co z tego skoro „Biała Gwiazda” przestała błyszczeć i nie wygrała żadnego z kolejnych ośmiu meczów? Wtopy z przedostatnim Podbeskidziem i ostatnim Widzewem doskonale podsumowują końcówkę rundy zasadniczej. Ostatecznie po wypaleniu się Wisła skończyła na piątym miejscu ze stratą trzech oczek do podium.

Cierpliwość Bogusława Cupiała jeszcze się nie wyczerpała. Smuda dostał szansę kontynuowania swojego dzieła i znowu było pięknie. Rok zakończyli na piątym miejscu, a dwie lepsze drużyny miały tyle samo punktów. Tego nie dało się zawalić? Impossible is nothing!

– Na wiosnę drużyna nie przypominała nawet tej słabej Wisły z końcówki rundy jesiennej. Smuda od pewnego momentu miał coraz mniejszy wpływ na zespół – mówił Andrzej Iwan dla „Sport.pl”. Tym razem oklep zebrali od trzynastej Lechii czy dziesiątego GKS-u Bełchatów. Czarę goryczy przelało wtopienie meczu z ostatnim Zawiszą.

Mimo to udało mu się znaleźć jeszcze jedną pracę na najwyższym szczeblu, tym razem w Górniku Łęczna. I znowu miał zostać Supermanem, który uratuje zespół przed spadkiem do Pierwszej Ligi. Wszyscy do dziś wypominają mu wpadkę na konferencji prasowej. – Dla nas każdy punkt jest na wagę złota. Wiadomo, że nie walczymy o mistrzostwo, a o spadek – mówił po remisie z Lechem.

Walczył, walczył i wywalczył – do pozostania w Ekstraklasie zabrakło dwóch punktów. Mógł zostać na Lubelszczyźnie, ale po spadku odeszli niemal wszyscy zawodnicy, a klub nie dogadał się z nim co do koncepcji. Współpraca zakończyła się w atmosferze niemałego skandalu. Okazało się, że klub nie wypłacił mu większości pensji.

Jeśli spojrzeć na ostatnie z powierzonych mu zadań, ostatecznie zawiódł w każdym przypadku. Podczas Euro miał za zadanie wyjść z grupy, Wiśle miał za zadanie przywrócić dawny blask, z Widzewem miał awansować, a w SSV Jahn Regensburg i Górniku Łęczna miał za zadanie się utrzymać. Każde z nich zakończyło się klapą. Z tym, że w Widzewie miał doskonałe warunki. Miał ponadprzeciętnych – jak na tę ligę – zawodników. Miał ludzi, którzy spełniali jego zachcianki. Do tego bardzo godnie zarabiał. I wszystko jak krew w piach. Miał też poparcie kibiców, którzy – patrząc choćby na sondę na stronie WidzewToMy.net – w większości żegnali go bez sentymentów.

Starsi fani pamiętają sukcesy. Pamiętają wielki Widzew, tytuły, europejskie puchary. Nikt nie zabierze im pięknych wspomnień, ale to przeszłość. Piłkarska prehistoria. Podobno mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, a po tym jak kończy. Smuda zakończył fatalnie, trochę na własne życzenie, bo przecież mógł dać sobie spokój. Zepsuł misję, którą wystarczyło poprowadzić za rączkę. Misję wygraną na starcie, podczas której wystarczyło nie strzelić sobie w kolano.