Skoki narciarskie: 30. urodziny Kamila Stocha!

    Dwukrotny mistrz olimpijski. Zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Laureat ostatniego Turnieju Czterech Skoczni. Następca Adama Małysza, który miał być kontynuacją jego pięknych sportowych sukcesów. Jeden z najlepszych skoczków na świecie i… no właśnie – najlepszy polski skoczek w historii? Dziś 30. lat kończy Kamil Stoch.

    Najpierw filmik, który pewnie większość z was widziała:

    Uwielbiamy takie historie. Chłopak ma 12 lat, więc teoretycznie mógłby bawić się w berka z chłopakami pod blokiem. On tymczasem opowiada z pasją o swoich pierwszych treningach, jest świadomy tego, że dzięki ciężkiej pracy może dojść bardzo daleko. Już wtedy, w 1999 roku, Kamil marzył o złotym medalu igrzysk olimpijskich. Celem co prawda było pojechanie na olimpiadę, ale nie ukrywajmy – jak kraść to miliony.

    I stało się. Jest 2014 rok. W Soczi odbywają się igrzyska olimpijskie, na które Polak jedzie jako murowany kandydat do medalu. Ale czy ktoś wtedy zakładał, że Stoch wygra dwukrotnie? Że powtórzy niebywałe osiągnięcia Simona Ammanna i zaliczy dublet na największej imprezie czterolecia? Że powtórzy osiągnięcie Wojciecha Fortuny i zdystansuje Adama Małysza, którego obsesją przez te wszystkie piękne lata było najwyższe miejsce na podium podczas igrzysk? Stoch pojechał do Rosji, dwukrotnie zwyciężył i już na stałe przeszedł nie tylko do historii polskiego sportu, ale i historii skoków narciarskich.

    Żeby było jasne – to nie jest tak, że Stoch wziął się znikąd, złapał formę nagle, wyskoczył jak Filip z konopi. W momencie turnieju olimpijskiego w Soczi:

    • Stoch był już indywidualnym mistrzem świata z 2013 roku
    • W sezonie 2012/2013 zajął w generalce 3. miejsce
    • Prowadził w klasyfikacji PŚ 2013/2014
    • Miał 11 zwycięstw w konkursach PŚ

    Z przypadku się zatem Stoch nie wziął, choć gdy obserwowaliśmy jego wejście do dorosłego sportu, to odnosiliśmy wrażenie, że nigdy nie osiągnie poziomu Adama Małysza. Jakoś Orzeł z Wisły bardziej nam imponował. Może dlatego, że był pierwszy? Złośliwi i tak powiedzą, że gdyby nie Małysz, nie byłoby Stocha, ale my tak po ludzku cieszymy się, że po tak pięknej i usłanej sukcesami karierze przyszła ich kontynuacja. Nie musieliśmy długo czekać, by kolejny nasz rodak błyszczał na arenach międzynadorowych i zdobywał laury pod biało-czerwoną flagą.

    Pamiętacie to?

    Mamy wrażenie, że tak miało być. Pierwszy Stoch, trzeci Małysz. Wspólny hymn i sentymentalne przekazanie pałeczki z sukcesami polskich skoczków. Powiedzmy to sobie szczerze – pięknie to wszystko wyszło. Lepiej byśmy sobie tego nie wymarzyli.

    I tak naprawdę dopiero po zakończeniu kariery przez Adama Małysza, zaczęły się wielkie sukcesy naszych rodaków. Stoch pociągnął naszą drużynę do medali mistrzostw świata, w tym złotego z Lahti w minionym sezonie. Polacy dodatkowo wygrali Klasyfikację Pucharu Narodów, co wcześniej wydawało się być marzeniem ściętej głowy. Małysz to wszystko obserwował, ale z pozycji członka sztabu naszej kadry. Co najważniejsze – kibicował, wspierał, podpowiadał. Był z kadrą i życzył jej jak najlepiej.

    Sezon 2016/2017 rozpoczął się znakomicie dla Stocha. Wygrał Turniej Czterech Skoczni i kilka konkursów Pucharu Świata z rzędu. Potem indywidualnie nie udało mu się stanąć na podium podczas MŚ, ale już w drużynie wraz z kolegami nie miał sobie równych. W generalce PŚ zajął drugie miejsce, co jest przecież niesamowitym osiągnięciem. Jesteśmy dziwnie spokojni o to, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

    Kamilu, dziękujemy za to, co już było i czekamy na więcej. Bardzo miło ogląda nam się twoje sukcesy.

    100 lat!

    Komentarze