Sektor 10: Arkadiusz Głowacki. „Wisła nie była miłością od pierwszego wejrzenia”

Jestem Wiślakiem, ale urodziłem się w Poznaniu. Miłość do Białej Gwiazdy nie była tą z tych filmowych, od pierwszego wejrzenia. Nie będę ściemniać. Nie miałem tak, że zobaczyłem stadion, poczułem dreszczyk emocji i w jednej chwili postanowiłem spędzić tu resztę kariery. Moje uczucie do Wisły to nie była strzała amora. To był proces. Dodajmy: niełatwy proces.

Jak już wiecie, moja historia zaczęła się w Wielkopolsce. Wtedy w piłkę grał każdy. To była forma spędzania wolnego czasu. Pamiętam, że często grał z nami mój tata. Kiedy dzieciaki na osiedlu wyglądały przez okno i widziały nas na boisku, wszystkie chciały do nas dołączyć. Biegałem po podwórku, między blokami. Tam dostrzegł mnie trener Marian Rogowski. I tak to się wszystko zaczęło.

Chciałem zostać wielkim piłkarzem i byłem przekonany, że nim zostanę, ale… mi się to nie udało.

Ja po prostu wiedziałem, że chcę grać w piłkę. Że zwiążę z tym moją przyszłość. I tyle. Nie miałem zielonego pojęcia, czy wyląduję w La Liga, czy w trzeciej lidze wielkopolskiej. Udało się trafić gdzieś pośrodku, z czego w sumie jestem dumny. Zagrałem 435 meczów w Ekstraklasie. Czy to brzmi dostojnie? Oczywiście, że tak. Ludzie plują naszą ligę, wyszydzają ją, śmieją się z niej. Nie rozumieją tego, jak niewielu młodym chłopakom udaje się tam dotrzeć. Jak niewielki jest to procent, spośród tych, którzy marzą o życiu z piłki. Mnie się udało.

Dziś już prawie nikt nie pamięta, że moja poważna przygoda z piłką zaczęła się w Lechu Poznań. I tak – jako młody, bardzo młody chłopak, kibicowałem Lechowi. Razem z tatą i sąsiadami jeździliśmy na mecze przy Bułgarskiej. Sympatyzowałem z Kolejorzem, ale nie byłem na jego punkcie zafiksowany. Nie zdzierałem gardła w młynie. Zawsze siadaliśmy na trybunie pod zegarem, czyli tej, gdzie pod względem kibicowskim dzieje się raczej niewiele. Ja po prostu oglądałem mecze, obserwowałem i podziwiałem pierwszych idoli. Jarka Araszkiewicza, Damiana Łukasika… Dobrze wspominam tamte czasy.

Osobny akapit należy się mojemu tacie. To on zaraził mnie pasją do piłki. To on zabierał mnie na mecze Kolejorza i to on marzył o tym, żebym grał w Lechu. I wreszcie to tata nie zgodził się, żebym trafił do Olimpii Poznań. Nie mogłem się z tym pogodzić. Było tam wielu moich kumpli. Przeryczałem przez to kilka nocy. Zrządzenie losu chciało, że pierwszą w życiu bramkę zdobyłem właśnie w meczu z Olimpią. Mój ojciec w szale radości wbiegł na boisko, wziął mnie na ręce i uniósł do góry. Pomyślałem sobie: ojciec, co Ty robisz? Nie rób obciachu! Chciałem być napastnikiem, chciałem zdobywać bramki, ale – pewnie z racji wzrostu – trenerzy od początku ustawiali mnie na obronie.

Kiedy w Lechu zarobiłem pierwsze poważne pieniądze, zachowałem się jak prawdziwy piłkarz i kupiłem sobie samochód. Powypadkowego, czerwonego Opla Astrę, który – jak się później okazało – nie miał poduszek powietrznych. Jestem fanem motoryzacji i miałem parę samochodów, ale z racji pewnych ograniczeń nie mogę sprawić sobie fury marzeń.

Dwadzieścia lat minęło… No, prawie dwadzieścia, odkąd wyemigrowałem z Poznania i trafiłem pod Wawel. To nie była moja decyzja. Nie chciałem wyjeżdżać. Kiedy podpisałem kontrakt z Wisłą, czułem, że to nie jest to miejsce. Że może to być klub na chwilę.

Na początku nawet nie myślałem o kupnie mieszkania. Długo wynajmowalem lokum. Tak, jakbym przeczuwał, że nie dam rady. Byłem wystraszonym, młodym chłopakiem, który wszedł do szatni pełnej gwiazd i starych wyjadaczy. Naprawdę, daleko było mi do pewności siebie. Miałem niską samoocenę. Obawiałem się, że drużyna mnie wypluje i przepadnę poza pierwszym składem. U mnie niestety nic nie dzieje się od razu. Zachodzą pewne procesy, trwające miesiącami i latami. Tak samo było w piłce. Musiałem zaakceptować siebie, swoje niedoskonałości. Musiałem nauczyć się z nimi żyć.

Po przyjściu do Wisły nie miałem typowego chrztu bojowego. Nie musiałem robić fikołków ani śpiewać piosenek. Chrztem bojowym dla mnie było już samo przetrwanie w tamtej szatni. Szatni pełnej wielkich piłkarzy, ale i wspaniałych ludzi, którzy starali się mi pomagać i wskazywać drogę. Szczerze? Wyobrażałem sobie to zupełnie inaczej. Nie byłem przygotowany na takie ciężary.

Co pozwoliło mi przetrwać? Może to oklepane, ale determinacja. Postawiłem sobie cele, zagryzłem zęby i zapieprzałem. Zacząłem grać u Franciszka Smudy. Co prawda na początku wystawiał mnie na prawej obronie, co nie do końca mi odpowiadało, ale grałem, więc nie narzekałem. Generalnie trener Smuda jest człowiekiem, do którego mam dziwną słabość. Ma w sobie to coś. Takich gości w piłce już nie ma. Był prawdziwkiem, czasem używał bardzo prostych komunikatów, ale jego metody naprawdę działały. Pierwszy raz z Wisłą zetknąłem się jednak dużo, dużo wcześniej. To było na turnieju Grabki, na który przyjechałem z Poznania. Miałem wtedy chyba dziesięć lat. Od początku dało się wyczuć, że Biała Gwiazda, dla dzieciaków czy ich rodziców, jest czymś naprawdę wyjątkowym.

Powiem Wam, że duch tej szatni zawsze był i zawsze będzie specyficzny. Musielibyście tam być, żeby zrozumieć. To są szyderstwa, to jest ironia, to jest pewien żart. Zawodnicy, którzy przychodzą z różnych regionów Polski, nie zawsze dobrze się w tym czują. Prawie wszyscy po latach jednak mówią, że to jest to. I nawet jeśli na początku nie są przekonani – dziś mówią inaczej. Nawet w tej obecnej drużynie jest wielu chłopaków, którzy przeszli całą tę drogę i na początku chcieli odejść, bo coś było nie tak. Teraz pewnie trudno byłoby im tę szatnię opuścić.

Ta szatnia naprawdę uodparnia na różne rzeczy.

Pamiętam, że na początku siedziałem cicho i marzyłem, żeby tylko nikt mnie nie zauważył. I długo mi się to udawało. Raczej starałem się tak żyć i tak działać, żeby nie zostać namierzonym przez starszyznę. Żeby nie dawać im powodów do żartów. Sami widzicie… Nieśmiały ze mnie gość.

Gdyby ktoś mi powiedział, że będę grał w Wiśle przez tyle lat, nigdy bym nie uwierzył.

Nigdy nie mówiłem, że nie chce zmienić klubu na mocniejszy czy grający w lepszej lidze. Ostatecznie udało mi się trafić do Turcji. To była dobra historia… Szczerze? Na początku nie potraktowałem propozycji Trabzonsporu poważnie. Miałem trzydzieści lat, niezły kontrakt w Wiśle… Mówiłem sam do siebie: Arek, po co ci to? Ale menedżer dzwonił codziennie. Oni byli naprawdę strasznie zdeterminowani. Zdenerwowałem się.

– Dobra, urwijmy temat. Zaproponuj im takie warunki, żeby wreszcie się odczepili – powiedziałem w końcu do swojego agenta, Bartka Bolka.

I tym sposobem trafiłem do ligi tureckiej.

Poczułem smak wielkiej piłki, zagrałem w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Spełniałem marzenia, ale to Wisła zawsze będzie dla mnie wyjątkowa. Widziałem, że jeszcze tu wrócę. Wszystko sobie zaplanowałem. Nie tylko ja, ale każdy piłkarz, który spędzi tu trochę więcej czasu, czuje z tym klubem specjalną więź. Chce dla niego jak najlepiej.  Zagrałem tu ponad czterysta meczów. Dziś jestem z tego dumny. Będę miał co opowiadać wnukom.

Czym jest dla mnie Wisła? O tym się nie mówi. Trzeba po prostu robić. Są setki, tysiące osób, które mówią, że są wiślakami i po prostu robią coś dla Wisły, często bezinteresownie. Wiadomo w jakiej jesteśmy sytuacji finansowej. Jeśli ktoś czuje się wiślakiem, wcale nie musi tego mówić. To trochę tak jak z przyjaźnią. Kiedy mamy naprawdę dobrego kumpla, to nie chwalimy się nim całemu światu. Po prostu się przyjaźnimy. Tak samo jest z Wisłą.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Może to i dziwne, ale przez te wszystkie lata, czy to w Lechu, jako młody chłopaczek, czy w Wiśle, czy w reprezentacji, o którą się otarłem… Wierzcie albo nie, ale w żadnym momencie do głowy nie uderzyła mi sodówka. I wiecie co? W sumie trochę szkoda. Chciałbym jej trochę poczuć. Może dzięki temu wzrosłaby moja samoocena i osiągnąłbym więcej? Niestety, a może stety, nie do końca wiem, co mnie ominęło.

Pech. Wierzycie w pecha? Ja nie wierzę. Mimo tego, że praktycznie cała moja kariera była przeplatana kontuzjami. Może to zabrzmi dziwnie, ale nie wierzę też w coś takiego, jak podatność na kontuzje. Wszystko opiera się na niedopatrzeniach, złej pracy. Albo w ogóle braku pracy. Gdybym mógł cofnąć czas, na pewno popełniłbym mniej błędów. Po każdej kontuzji wracałem nieprzygotowany. Nie miałem wiedzy, może nie chciałem słuchać mądrzejszych od siebie. Niczego nie żałuję, ale prawda jest taka, że kiedy myślałem o wyjeździe do lepszej ligi, to co chwila trafiał mi się uraz.

Jeszcze raz powtórzę – nie wierzę w pecha. Pech nie istnieje. W relacjach mediów czy komentarzach kibiców, często mówią: o, to pechowy zawodnik, bo odniósł kontuzję albo strzelił swojaka. To określenie jest wygodne. Zamyka temat i wszystko wyjaśnia. Nie trafił do pustej bramki? Co za pech! Źle zagrał piłkę? Pechowy facet!

Obawiam się, że to nie pech. To są słabości, to jest nieprzygotowanie, to jest zaniechanie. Ale na pewno nie pech.

Dziś po latach powtarzam piłkarzom, młodszym czy starszym, że kontuzja to jest szansa, którą naprawdę można wykorzystać, żeby zostać lepszym sportowcem. Kontuzje są nieuniknione, po prostu trzeba z nich odpowiednio korzystać.

Szczerze? Nigdy nie miałem parcia na to, żeby być kapitanem. Nigdy nie była to bliska mi rola, ale z biegiem czas po prostu się jej nauczyłem. To drużyna wręczyła mi opaskę. Dali mi gigantyczny kredyt zaufania, który musiałem spłacić. Nie mogłem przed tym uciec. Wziąłem odpowiedzialność na siebie i mam nadzieję, że dałem radę.

– Arek, jesteś takim spokojnym, wyważonym człowiekiem. Dlaczego na boisku zamieniasz się w takiego skurczybyka? W taki wulkan energii?

Ile razy słyszałem podobne pytania? Nie zliczę. Rzeczywiście, zazwyczaj jestem spokojny. Nie krzyczę bez powodu, nie wymachuje rękami na kierowcę, który zajedzie mi drogę czy ekspedientkę, która nie może doliczyć się reszty. Do tego jestem strasznym domatorem. Największą przyjemność sprawia mi spędzanie czasu z rodziną. A mecz? Mecz to co innego…

Mecz to wyjątkowy czas, w wyjątkowym miejscu. Można dać upór ambicji. Można, mówiąc po ludzku, po prostu się wyżyć. Uważam, że jeśli drużyna jest za grzeczna, miła, sympatyczna – to nie jest to dobra drużyna. Bałem się momentu zakończenia kariery. Bałem się, że tych emocji, tej zamiany w wulkan energii, będzie mi brakowało, ale… kompletnie nie. Teraz czerpię realną przyjemność z siedzenia na kanapie czy koszenia trawy w ogródku i mam nadzieję, że już nigdy się to nie zmieni.

Sami widzicie, że w zasadzie to nudny ze mnie gość. Lubię tylko piłką nożną. Kocham swoją rodzinę. No i święty spokój.

ARKADIUSZ GŁOWACKI