Półfinał Ligi Mistrzów - to nadal pozostaje jednym z największych sukcesów polskiej piłki klubowej. Bardzo blisko finału w 1983 roku byli piłkarze Widzewa, ale na ich drodze w półfinale stanął Juventus Turyn Zbigniewa Bońka. Tego samego, który jeszcze niedawno grał na chwałę łódzkiego klubu, ale za rekordową sumę został wytransferowany na Półwysep Apeniński.

– Gdyby nie to, że cię puściliśmy do Juventusu i grałbyś u nas zamiast u nich, bylibyśmy w finale. I pewnie ten finał wygrali – miał powiedzieć kiedyś do obecnego prezesa PZPN legendarny działacz łódzkiego klubu i twórca potęgi Wielkiego Widzewa, Ludwik Sobolewski. Sukces, którego do tej pory nie powtórzyła żadna inna drużyna, byłby większy gdyby nie to, że sprzedano najlepszego piłkarza do – jak się okazało – rywala w najważniejszym meczu sezonu.

Identycznie jak wtedy Widzew czuje się dziś AS Roma, a w rolę Zbigniewa Bońka wcielił się Mohamed Salah.

Egipcjanin był na dobrą sprawę jednym z dwóch porządnych transferów Liverpoolu w letnim okienku transferowym. Teraz wiemy, że Jurgen Klopp postawił nie na ilość, a na jakość. Liczby Egipcjanina w tym sezonie są warte każdego pensa z wydanych na niego 37 milionów funtów. Prowadzi w klasyfikacji strzelców Premier League, zachwyca w Lidze Mistrzów, a obecnie jest wart co najmniej pięć razy tyle, co rok temu.

Sam Egipcjanin podchodzi do tego ze sporą rezerwą. – Wiem, że jest teraz o mnie głośno. Jest sporo plotek. Chcę zostać w Liverpoolu i wygrać tu Premier League. Kocham atmosferę Anfield, naprawdę słyszę, gdy kibice śpiewają moje imię. Pamiętam nawet, że grałem najcześciej Liverpoolem na konsoli „PlayStation”, gdy byłem nastolatkiem. Fajnie było pograć sobie Stevenem Gerrardem, Sami Hyypią, Jamie Carragherem, czy Michael Owenem. Chcę tu zostać i wygrywać – mówi na pierwszy rzut oka tak, jak większość profesjonalnych piłkarzy. Z jego ust można jednak spodziewać się większej szczerości aniżeli PR-owych zagrywek. Dlaczego?

Jest wielką gwiazdą, ale nie zachowuje się jak jedna z nich. Nie nosi głowy w chmurach, nie ma much w nosie. Zapieprza także w obronie i nawet słowem nie narzeka – mówi o koledze z drużyny Simon Mignolet. Salah zawsze robi swoje – z pokorą, która zaniosła go na sam szczyt z samego futbolowego dołu. Docenia każdy dzień spędzony w roli ulubieńca trybun, więc nie złamało go nawet to, że Jose Mourinho wyrzucił go z Chelsea.

– Kiedy przeniosłem się do Arab Contractors w Kairze, miałem pięć raz w tygodniu ponad czterogodzinną podróż na treningi. Wychodziłem wcześniej ze szkoły, by zdążyć, w której byłem zresztą tylko dwie godziny dziennie. Teraz sobie myślę, że gdyby nie udało się z piłką to mogłoby być w życiu ciężko, ale chyba każdy piłkarz na tym poziomie podejmował to ryzyko – powiedział kiedyś Mo Salah.

Z reprezentacją Egiptu, w której w 56 meczach strzelił 32 gole, zagra na Mistrzostwach Świata 2018. Z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że sam o to zadbał. 95 minuta meczu. Rzut karny. Jeśli strzeli, Egipt po 28 latach zakwalifikuje się do Mistrzostw Świata. Patrzyło na niego pewnie jakieś 75 z 97 milionów rodaków. Ciężko wyobrazić sobie trudniejszy ciężar do udźwignięcia na plecach. Strzelił. Dał radę.

W kraju jest uwielbiany, choć nie zawsze tak było. Kiedy na rozdaniu piłkarskich nagród w Szwajcarii pocałował w policzek prezenterkę, w zdominowanym przez islam Egipcie zawrzało. Teraz nikt o tym nie pamięta. Mohamed wymazał wszystkim pamięć nie tylko bramkami, ale też tym rzutem karnym. Cichy, spokojny, wyważony, skromny. Na pytania kibiców w mediach społecznościowych Liverpoolu odpowiadał w swoim stylu. Ulubione angielskie słowo? Miłość. Ulubiony dźwięk? Mojej córki.  Perfekcyjny dzień? Zostać w domu, zrelaksować się, nie mówić do nikogo.

Choć jego losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej…

Zwykły sierpniowy poranek, 2011 rok. Portal 2×45.com.pl podaje, że warszawskiemu klubowi został zaoferowany piłkarz Arab Contractors S.C., który mógłby być alternatywą dla… Manu. 19-letni wówczas zawodnik uchodził za wielki talent i mógłby zwiększyć pole manewru trenera Macieja Skorży w ofensywie.

„Jego transfer nie byłby wielkim ryzykiem, bo jest do wzięcia za około 150 tys. euro. Przy obecnych możliwościach finansowych Wojskowych wyłożenie takiej sumy nie stanowiłoby problemu. Legia ma szansę pozyskać niezwykle obiecującego piłkarza za nieduże pieniądze. Teraz już tylko od niej zależy, czy z tego skorzysta” – pisano siedem lat temu.

Nie skorzystała i może pluć sobie w brodę z dużo większą intensywnością, aniżeli przed dzisiejszym meczem włodarze Romy, którzy oddali Salaha do Liverpoolu. Legioniści postawili na Manu. Portugalczyk, który swego czasu był wyśmiewany przez część kibiców stołecznego klubu za nienajlepszą grę z „eLką” na piersi, ma teraz 36 lat i po kilku latach tułaczki w lidze cypryjskiej od lipca pozostaje bez klubu. Salah, który miał być jego zmiennikiem na Łazienkowskiej, jest chwalony przez samego Zinedine’a Zidane’a, a w mediach aż huczy od plotek łączących go z Realem Madryt, z którym prawdopodobnie zmierzy się w finale Ligi Mistrzów.

No właśnie, bo czy Liverpool da sobie wydrzeć miejsce w najważniejszym meczu tego sezonu na Starym Kontynencie?

Powiedzmy tak – ten zespół jeszcze niedawno mógłby roztrwonić taką zaliczkę. Na początku sezonu formacja obronna i w ogóle gra defensywna The Reds to była parodia. W ostatnich tygodniach drużyna Kloppa do kosmicznej siły rażenia dołożyła jednak całkiem przyzwoite zabezpieczenie dostępu do własnej bramki.

Poza tym, The Reds to drużyna która jak żadna inna potrafi grać w najważniejszych meczach z najtrudniejszymi rywalami. Dość powiedzieć, że są jedynym zespołem, który w tym sezonie ograł w lidze Manchester City, a później rozbroił na łopatki maszynę Guardioli w Lidze Mistrzów. Klopp wie, jak grać z najlepszymi i może to pokazać również tutaj.

W Rzymie wszyscy mają nadzieję, którą wlały w serca kibiców dwa gole strzelone w końcówce spotkania na Anfield. Nie tylko dlatego, że „wystarczy” powtórzyć wyczyn z meczu z FC Barceloną i wygrać 3:0, by awansować. Bez tych bramek raczej nie byłoby to możliwe, ale potężnym światłem w tunelu jest też postawa Liverpoolu, który przed końcem meczu się rozluźnił.

Dokładnie tak, jak rozluźniła się drużyna Messiego. Zlekceważyła dopełnienie formalności, co skrzętnie wykorzystali piłkarze Romy. Tę sztukę będą chcieli powtórzyć dziś. Czy im się uda? Wszystko nie tyle w nogach zawodników Jurgena Kloppa, co w ich głowach. To tam rozstrzygną się losy tego półfinałowego dwumeczu. Na boisku będziemy oglądać tylko i wyłącznie efekt tego psychicznego meczu. Poza tym, Zbigniew Boniek 35 lat temu pokonał swój były klub i zagrał w finale. Salah zrobił już potężny krok w kierunku skopiowania wyczynu Polaka oraz, nomen omen, byłego piłkarza AS Romy.

2 maja 2018 r. | godz. 20:45 | AS Roma – Liverpool FC

Wygra Roma: 2.6
Remis: 3.8
Wygra Liverpool: 2.5

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem